Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > (Nie)czyste szaleństwo. Recenzja...

(Nie)czyste szaleństwo. Recenzja filmu „Brud” Jona S. Bairda

Katarzyna Pochmara-Balcer

O ekranizacji „Ohydy” Irvine’a Welsha mówi się, że jest dziełem obrazoburczym, zboczonym i niesmacznym. Jednak podobnie jak Smarzowski w „Drogówce”, reżyser Jon S. Baird pod przykrywką niewybrednej komedii udowadnia, że kto pragnie oczyszczenia, musi najpierw unurzać się w brudzie.

brud_4

Już kilka pierwszych scen zapowiada, że to nie będzie łatwy film. Morderstwu w przejściu podziemnym towarzyszy skoczna, frywolna melodyjka, wprowadzająca dysonans, którego nie pozbędziemy się do końca. Coś jest zdecydowanie nie tak w tym niespójnym, paranoicznym świecie „Brudu”. Audiowizualna kakofonia, jaką Baird serwuje widzom, by przedstawić tragiczną historię chorego człowieka, falsyfikuję tezę Zanussiego, wedle której nie można jednocześnie słuchać Schuberta i Depeche Mode. Szkocki reżyser pokazuje, że można. Jeśli adaptujemy Welsha, wszystko jest dozwolone.

Problem w tym, że wcześniej ktoś już to robił. Dlatego kiedy Baird rozpoczynał pracę nad „Brudem”, Welsh doradził mu, by postarał się wyrzucić z głowy „Trainspotting”. Otoczka kultowości, w jaką obrosła filmowa adaptacja debiutanckiej powieści pisarza, mogła stanowić brzemię nie do uniesienia – odcięcie się od jej wpływu było więc sprawą najwyższej wagi. Powrót po prawie dwóch dekadach do tych samych tematów i przełożonego już na ekran specyficznego stylu pisarza mógł oznaczać artystyczne samobójstwo. Obraz Danny’ego Boyle’a w najmniejszym stopniu nie onieśmielił jednak Bairda. Szkockiemu reżyserowi udało się bez kompleksów i wbrew oskarżeniom o epigonizm stworzyć dzieło może nie oryginalne, ale przynajmniej w pełni autonomiczne. Ponieważ jednak dynamiczny montaż i sceny krótkie jak życie narkomana mogą wywoływać wrażenie filmowego déjá vu, nie dziwi wcale fakt, że mało który krytyk recenzujący „Brud” był w stanie darować sobie prognozy dotyczące ewentualnego powtórzenia sukcesu, jaki niegdyś stał się udziałem słynnej opowieści o edynburskich nałogowcach.

Machinacje głównego bohatera czynią z „Brudu” niegrzeczną, plebejską wersję „House of Cards”, pomieszanego nieco z naszą polską „Drogówką”.

Katarzyna Pochamara-Balcer

Plebejusz Underwood

Powodem, dla którego detektyw Bruce Robertson (James McAvoy) zdecydował się na wstąpienie do policji, były rozliczne akty agresji, jakich w młodości doświadczył ze strony stróżów prawa. Będąc dorosłym człowiekiem, sam zapragnął stać się częścią tego brutalnego świata. Jaki inny zawód zapewniłby mu nieograniczony dostęp do narkotyków czy możliwość seksualnego wykorzystywania nieletnich?

Bruce jednak nie chce na tym poprzestać i marzy o awansie. Upragniona pozycja inspektora pozwoli mu, w jego przekonaniu, odzyskać żonę i córkę. Przed objęciem nowego stanowiska, sprawdzianem jego kompetencji staje się śledztwo w sprawie śmiertelnego pobicia japońskiego studenta. Nie chcąc, by ambicje współpracowników pokrzyżowały mu plany, Robertson rozpoczyna serię intryg, mających na celu publiczne upokorzenie i tym samym wyeliminowanie potencjalnych konkurentów. Uwodzi żonę kolegi, rozsiewa wyssane z palca plotki i w niezbyt tolerancyjnym środowisku edynburskich policjantów rzuca na nadmiernie dbającego o siebie współpracownika podejrzenie o homoseksualizm.

Machinacje Robertsona czynią z „Brudu” niegrzeczną, plebejską wersję „House of Cards”, pomieszanego nieco z naszą polską „Drogówką”. Podobnie jak amerykański kongresmen Francis Underwood, Robertson, zwracając się bezpośrednio do widza, chętnie objaśnia mu arkana swoich niecnych knowań. Obaj, mimo przeświadczenia o swej wyższości nad kolegami po fachu, chwytają się wszelkich środków, by swą pozycję utrzymać. Chociaż trudno wyobrazić sobie Underwooda puszczającego bąki na służbowym spotkaniu, różnica pomiędzy tymi dwoma postaciami zdaje się wynikać z odmienności środowisk, w jakich przyszło im walczyć o swoje (i cudze). Robertson nie nosi białych rękawiczek, których z kolei kongresmen nigdy nie ośmiela się zdjąć. Ich styl dzielą lata świetlne; determinacja i metody pozostają jednak identyczne.

brud_3

Kobiety z Twin Peaks

Oprócz cynizmu i braku skrupułów, Underwooda i Robertsona łączą także postacie życiowych partnerek, na które władza oraz pozycja zawodowa działają jak afrodyzjak. Claire Underwood to jednak kobieta twardo stąpająca po ziemi i ani o krok nie ustępująca mężowi w dążeniu do celu ścieżką usłaną szczątkami swoich nieszczęsnych przeciwników. Carole Robertson zaś przypomina raczej bohaterki filmów Lyncha – zamieszkujące Twin Peaks czy śpiewające w podrzędnych barach tajemnicze kokoty, nieodmiennie otoczone chmurą papierosowego dymu. Scena z szykującą się do wyjścia Carole, która przed lustrem prowadzi dziwny, teatralny monolog, otwiera „Brud”, ustanawiając tym samym punkt odniesienia dla poczynań zdesperowanego męża. To Carole, a raczej – jak się okazuje – jej projekcja, którą detektyw tworzy w swojej głowie, staje się motorem napędowym jego walki o awans.

Przy tym wszystkim jednak świat „Brudu” pozostaje z gruntu męski. Tylko mężczyźni – choć nakreśleni karykaturalną kreską – to u Bairda postacie z krwi i kości, kobiety utkane są raczej z wyobrażeń i seksualnych potrzeb. W przekonaniu Robertsona jedyna na komisariacie policjantka nie stanowi wielkiego zagrożenia dla zawodowych planów bohatera, ponieważ jej los zdaje się z góry określony: pewnego dnia zajdzie w ciążę z którymś z kolegów z pracy i na tym skończy się emancypacja. Tylko płeć brzydka ma w filmie szansę na nieco bardziej wnikliwą analizę charakterologiczną, nie mówiąc już o psychologicznej przemianie. Największy posterunkowy ćpun, którego myśli skupiają się głównie wokół planu poderwania ponętnej sekretarki, okazuje się bezwzględnym karierowiczem, a tchórzliwy, homofobiczny inspektor, marząc o karierze scenarzysty, podczytuje w pracy podręcznik Voglera i wiesza w biurze plakat „Odysei kosmicznej” Kubricka.

W przypadku kobiet nie ma jednak półcieni czy psychologicznych subtelności. Jest biel albo czerń. Wyjątkiem okazuje się Chrissie, żona kolegi Robertsona z pracy, z którą bohater ma romans, i której udaje się przejść całkiem interesującą metamorfozę z zahukanej pani domu w agresywnego wampa. Poza tym pojedynczym przypadkiem świat kobiet oscyluje między dwiema skrajnościami. Robertsona niszczy femme fatale, ale z odsieczą przychodzi spotkany na ulicy anioł. Obraz może zbyt uproszczony, lecz z drugiej strony jedyny, jaki zrodzić się może w dotkniętym chorobą umyśle Robertsona. Bo rzeczywistość „Brudu” zdaje się właśnie projekcją wewnętrznego chaosu bohatera.

brud_2

Król Szkocji w delirce

Baird przyznał, że James McAvoy był ostatnią osobą, o której reżyser myślał, obsadzając postać Robertsona. Znany z „Ostatniego króla Szkocji” aktor nie dał jednak za wygraną, przekonał Bairda do spotkania i w ciągu dziesięciu minut wywalczył sobie rolę, którą całkiem słusznie okrzyknięto kreacją jego życia. Szkocki aktor wyciska postać Robertsona do ostatniej kropli, przekształcając „Brud” w teatr jednego aktora.

Historia tajemniczego morderstwa jest tutaj zresztą jedynie tłem, pozwalającym twórcom na staranne sportretowanie postaci antypatycznego detektywa. Robertson może i jest odpychający, cyniczny i wyrachowany, przede wszystkim jednak jest człowiekiem cierpiącym, i to na tym skupia się Baird. Dzieje się tak przynajmniej od połowy filmu, gdy wiecznych imprezowiczów dopada w końcu zadyszka i Edynburg, niczym Grochów, musi się wreszcie obudzić z przepicia. Za przekrwionymi oczyma McAvoya czai się bezmiar emocjonalnej męki, nie zaś narkotyczna pustka. W miarę upływu czasu sprawnie zrealizowana, choć pełna niewybrednych żartów komedia, zmienia się w zapis choroby psychicznej, której uzależnienie jest tylko skromnym elementem.

Scenarzysta zamienia cały zestaw fizycznych dolegliwości powieściowego detektywa na pakiet udręk psychicznych, w które wyposaża jego wersję filmową. Niezagojone rany z przeszłości otwierają się i ropieją. Robertson, otoczony sforą wewnętrznych demonów, uzewnętrzniających się w jego surrealistycznych wizjach, okazuje się człowiekiem skrajnie samotnym. Wyzwolenie, jak zdaje się sugerować Baird, może przynieść jedynie drugi człowiek. Detektywowi jednak uda się jeszcze wciągnąć całe autostrady kokainy, nim zrozumie tę (może zbyt) prostą prawdę.

Jest pewien paradoks w tym, że Baird, osiągając skrajność w przerysowywaniu przedstawianego świata, jednocześnie sprawia, że zaczynamy mu wierzyć. Trzeba mieć nie tylko pomysł, ale także – skoro już jesteśmy w tym grubiańskim, „męskim” otoczeniu, nie bójmy się tego słowa – jaja, by serwując widzowi gagi rodem z amerykańskich (kolejnych) komedii dla kretynów, jednocześnie nie stracić z oczu tego, co naprawdę chce się powiedzieć. A opowiadając poważną historię, dać się oglądającemu porządnie pośmiać.

brud_1
Film:
„Brud”, reż. Jon S. Baird, Wielka Brytania 2013.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 303

(43/2014)
28 października 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj