Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Feminizując] O trzecią...

[Feminizując] O trzecią przestrzeń. Matka-linoskoczek

Dorota Ogrodzka

Matki poddawane są olbrzymiej presji społecznej – zarówno ze strony konserwatystów, jak i „postępowców”. Tymczasem najlepiej dla dyskusji publicznej i samych rodziców byłoby dostrzec trzecią drogę.

W myśleniu o życiu my, współcześni obywatele nowoczesnych społeczeństw zachodnich, często operujemy dychotomią. Można być – według tego paradygmatu – biednym lub bogatym, młodym lub starym, silnym i dobrze ustawionym lub pozbawionym wpływu i nic nieznaczącym. Choć uderzają nas uproszczenia i uraża zbyt łatwe stosowanie etykiet, sami i same chętnie oddajemy się praktyce dzielenia świata na pół. Patrzymy na siebie i zastanawiamy się, jak najlepiej opisać swój własny stan oraz kto w takim razie jest w sytuacji przeciwnej. Chcemy być szczęśliwi i wolni, w przeciwieństwie do tych, których uważamy za pogrążonych w niepomyślności i ubezwłasnowolnionych. Podkreślamy swoje przynależności i cele, wierząc, że to pomoże nam żyć po swojemu, w sposób całkowity i wyjątkowy.

O macierzyństwie także często myśli się dwubiegunowo. Jak o ziemi obiecanej, idyllicznym terytorium spełnienia albo jak o koszmarze nieprzespanych nocy, utraconej swobody i dożywotniej żałoby. Marzymy o nim latami lub panicznie boimy się perspektywy posiadania dziecka. Odżegnujemy się od przyszłości w pieluchach lub rozpływamy na widok niemowlęcych fotografii, snując w wyobraźni wizje spokojnych spacerów z uśpionym w wózku bobasem.

Początek lub koniec

„Stając się matkami umieramy” – pisze Rachel Cusk w swojej słynnej książce „Praca na całe życie. O początkach macierzyństwa”. Sformułowanie to uderzyło jak grom z jasnego nieba w opinię publiczną, dla której mówienie o posiadaniu dzieci wydaje się dopuszczalne jedynie pod warunkiem, że wszystkie jego nieprzyjemne, przykre elementy zostaną wyrugowane z pola widzenia, bezpiecznie umieszczone w specjalistycznej prasie, opatrzonej etykietą „dla rodziców”. Etykieta ta pełni funkcję swoistego ostrzeżenia, jak informacja o radioaktywności umieszczona na toksycznej substancji. Tymczasem Cusk odkorkowuje flakonik i zaprasza czytelników i czytelniczki do wspólnego picia. Przytoczone motto rozpętało burzę w brytyjskiej i amerykańskiej prasie, gdy książka ukazała się drukiem – autorka została obwołana mianem matki gorszycielki, niekochającej swoich dzieci degeneratki. Ona sama przekonywała jednak, że głośno mówi jedynie to, co wszystkie matki dobrze wiedzą – macierzyństwo to koniec wszystkiego, co własne, niezależne, przyjemne.

Zupełnie inaczej – jako o głównym sensie, celu i zarazem początku społecznego życia kobiety – myśli się o macierzyństwie w środowiskach konserwatywnych, zwłaszcza kościelnych i katolickich. Agnieszka Graff cytuje w swojej książce zatytułowanej „Matka Feministka” jedną z wielu refleksji wpisujących się w ten nurt: „Każda dziewczyna, każda kobieta jest stworzona i powołana do tego, by być matką, niezależnie od tego, czy powołanie to będzie realizować w rodzinie, czy w życiu zakonnym. Tylko w ten sposób można doświadczyć spełnienia i prawdziwego szczęścia” – piszą autorzy katolickiego portalu poświęconego tematyce powołań.

Wiele z nas, gdy zostaje matkami, jednak nie umiera, ale na pytanie o pełnię życia także nie kiwa entuzjastycznie głową.

Dorota Ogrodzka

Macierzyństwo jako pełnia życia. Macierzyństwo jako koniec wszystkiego. Odmienne perspektywy, z których obie roszczą sobie prawo do miana prawdy, poczucia bezapelacyjnej słuszności. Jak dwie pigułki z „Matrixa” – w zależności od tego, którą wybierzesz, tak będzie wyglądało twoje życie. Nie ma odwrotu: ci, którzy zdecydowali się na niebieską, z politowaniem lub oburzeniem patrzą na zwolenników czerwonej, nie pojmując, jak można było być tak głupim, nieświadomym lub naiwnym, by odrzucić ten „właściwy” styl myślenia i zachowania.

Balansowanie na linie

Tymczasem wiele z nas, gdy zostaje matkami, jednak nie umiera, ale na pytanie o pełnię życia także nie kiwa entuzjastycznie głową. Większość stoi w akrobatycznym szpagacie, w którym rozciągają się nie ścięgna, ale emocje, stany umysłu i dotychczasowe przekonania. Poczucie bezsilności, frustracji i straty podąża w nierozłącznej parze z euforią, zachwytem i satysfakcją. Jednego dnia czyste niebo, absolutne poczucie sensu i motyle radości w brzuchu, drugiego środek wielkiej pustki i chęć wywieszenia kiru w oknach. Ta trudna do wytłumaczenia ambiwalencja zdaje się nieodzowną częścią macierzyńskiej ekwilibrystki pomiędzy poczuciem pełni a poczuciem końca świata. Zamiast więc wciąż stać w rozkroku lub na siłę pragnąć stabilnego umieszczenia się na jednym z biegunów – co pewnie łudzi perspektywą poczucia bezpieczeństwa i spójności – może warto pomyśleć o trzeciej drodze, przełamywaniu binarnego kodu w myśleniu o sobie i w codziennych rozwiązaniach.

Odkąd zostałam matką, czuję się jak linoskoczek, który balansuje na linie rozpiętej na dużej wysokości pomiędzy wieżami. 7 sierpnia 1974 roku francuski akrobata i performer Philippe Petit przeszedł – oczywiście nielegalnie – po linie rozpiętej pomiędzy budynkami nowojorskiego World Trade Center. Zrobił coś, co wydawało się niemożliwe – przemycił kilogramy sprzętu do jednego z najlepiej strzeżonych miejsc w USA, rozpiął linę, zahaczając ją o krawędzie południowej wieży i za pomocą strzały z łuku przerzucając na dach wieży północnej. Zamocował metalowy sznur, wziął głęboki oddech i rozpoczął swoja akcję. Bez jakiejkolwiek asekuracji spędził na linie trzy kwadranse, tańcząc, kładąc się, wykonując cyrkowe i baletowe figury. Muskał palcami powietrze, igrał z grawitacją, triumfalnie machał do przyjaciół patrzących z dachu, z figlarnym uśmiechem grał na nosach policjantom, którzy w międzyczasie zjawili się, by ściągnąć intruza z powrotem na stabilny grunt. Wpadł w rodzaj transu, uniesienia, które towarzyszy momentom ryzyka, wielkiego niebezpieczeństwa i wielkiej przyjemności. Był blisko śmierci jak nigdy, jednocześnie w samym centrum egzystencjalnego doświadczenia, życia przeżywanego i odczuwanego w każdym centymetrze ciała.

O wyczynie Philippe’a Petita mówi się, że to twórczy atak terrorystyczny – zaburzający zastany porządek, kpiący z przepisów prawa, ustalonych reguł, a przede wszystkim z przekonań o możliwościach i ograniczeniach ludzkiego ciała oraz wyobraźni. Zwraca naszą uwagę na całe bogactwo możliwości znajdujących się w przestrzeni pomiędzy. Choć niewidoczna, jak powietrze, ona istnieje. To tu, na nieoczywistym terytorium rozpościerającym się między wieżami-biegunami możliwe są nowe formy cielesnej obecności, nowe formy działania – skoki, figury, pozy, zabawa, wyrafinowany popis – wszystko to niebezpieczne, grożące upadkiem, a jednocześnie piękne, nowe, oszałamiające.

Przestrzeń macierzyństwa jest dla mnie nieustannym szukaniem, lawirowaniem pomiędzy własnymi potrzebami a potrzebami małego człowieka, który domaga się obecności i uwagi.

Dorota Ogrodzka

Edward Soja – geograf-filozof, autor esejów i traktatów o nowoczesnych przestrzeniach miast zaproponował w jednej swych książek kategorię thirdspace – trzeciej przestrzeni, takiej, która wymyka się podwójności rządzącej ludzkim myśleniem. Sodży nie interesuje podział na przestrzeń centrum i przestrzeń peryferii, na wnętrze i zewnętrze, na przestrzeń śmierci i przestrzeń życia. Dużo bardziej – podobnie jak linoskoczka – interesuje go ów obszar pośredni. W swoich badaniach lekceważy monumentalne, nowoczesne centra miast i tereny zdecydowanie od nich oddalone – wsie, małe miasteczka, siedliska życia małych społeczności. Nie obchodzą go zupełnie dzikie krajobrazy i tętniące życiem śródmieścia. Zwraca natomiast swój wzrok na obrzeża autostrad, zaplecza centrów handlowych, pół dzikie, pół zagospodarowane tereny wiejsko-miejskie, miejsca rezydencji koczowniczych zespołów cyrkowych. Szuka trzecich przestrzeni, które nie są ani ładne, ani brzydkie – ani dobre, ani złe, które nie należą do nikogo, a jednocześnie mogą stać się udziałem każdego.

Wieczne poszukiwania

Macierzyństwo jest dla mnie taką właśnie trzecią przestrzenią. Nie jest ani ziemią obiecaną, ani krainą śmierci. Nie czuję, bym umierała, choć wiele możliwości, bez których jeszcze nie dawno nie wyobrażałam sobie życia, pozostaje teraz poza moim zasięgiem. Z każdym krokiem oddalają się, tak jak powierzchnia dachu od stóp akrobaty, który stąpa po linie. Czasem podobnie jak on tracę grunt pod nogami, a – by zacytować filozofa – „wszystko co stałe, rozpływa się w powietrzu”. Jednocześnie dzięki tej niestabilności możliwe są nowe figury, nowe sytuacje, nowe opcje życia.

Ta trzecia przestrzeń macierzyństwa jest dla mnie nieustannym szukaniem, lawirowaniem pomiędzy własnymi potrzebami a potrzebami małego człowieka, który domaga się mojej obecności i uwagi. Próbuję utrzymać się na nogach, gdy na przemian zalewają mnie fale miłości i czułości do mojego syna, to znów fale żalu i tęsknoty za ukochanymi formami aktywności, za stopniowo traconą wolnością i swobodą codzienności.

Nie lubię mówienia o nowym i starym życiu. Życie, które prowadzę, odkąd zostałam mamą, nie jest radykalnie różne od tego, które wiodłam przed pojawieniem się dziecka – nie jest na drugim biegunie. Jest trochę podobne, trochę inne, czasem łatwiejsze, czasem trudniejsze, czasem ciekawsze, a niekiedy bardziej monotonne i trywialne. Jest czymś innym, czymś pomiędzy, czymś trochę nowym, trochę starym. Wiem, że to, co konieczne, by nie zacząć spadać to – jak w tańcu na linie – nieprzystawanie w miejscu, ale ciągły ruch. Nie chcę przyklejać się do utartych formułek i przekonań o macierzyństwie – jeśli to zrobię, ostatecznie rozbiję obozowisko na dachu jednej z wież, co wróci mnie do punktu wyjścia.

Znacznie ciekawiej jest być pośrodku, czerpać z rozmaitych idei i pomysłów na życie z dzieckiem i ze sobą, ale żadnym za bardzo nie ulegać, mieć za to wciąż ochotę kreować własne. Nie wierzyć zbytnio ani peanom głoszonym na cześć macierzyńskiego zadania i powołania, ani smutnej pieśni żałobnej opłakującej to, co na zawsze utracone. Nie dopatrywać się w swoim odbiciu w lustrze ani bohaterki, ani ofiary. Nie oddawać się neofickiemu zachwytowi rodzicielstwa bliskości, ani nie upierać się przy zasadach zimnego chowu. Pozwalać sobie na bycie niepoprawną i dla tych, którzy każą wracać do pracy i życia towarzyskiego jak najszybciej, i dla innych, którzy z niedowierzaniem kiwają głowami, gdy odpowiadam na maile o drugiej w nocy. Słowem – nie ulegać za bardzo żadnej z presji. Dawać sobie prawo do narzekania i do euforii. Zamiast chodzić po wytartych ścieżkach i wyślizganych chodnikach, zaczepiać linę tam, gdzie chodzenie wydaje się niemożliwe.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 315

(3/2015)
26 stycznia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj