Dziś widać, że zjednoczenie rozwiązało „kwestię niemiecką” jedynie przejściowo, a przynajmniej nie bez sprzeciwu wschodnich Niemców. Od czasu błyskawicznego wzrostu ruchu Pegida [1] pod koniec 2014 roku oraz odnoszonych niedługo potem regionalnych triumfów wyborczych partii Alternative für Deutschland (AfD) na wschodzie Niemiec, słychać wypowiedzi, w których piętnuje się rzekome i faktyczne błędy popełnione podczas zjednoczenia.
Związane z tym otwarte podważanie instytucji państwowych na ulicach i w parlamentach krajów związkowych wciąż wywołuje konsternację uczestników debaty publicznej, nadal kształtowanej przez perspektywę Niemców z Zachodu. Ów specyficzny „wschodnioniemiecki gniew” nie wyraża się już tylko w hasłach takich jak „NRD 2.0”, w których zjednoczone Niemcy zrównywane są z dyktaturą. Wyrażenie „zimny gniew” weszło na salony między innymi dzięki profesorowi literatury z Lipska, Dirkowi Oschmannowi, autorowi głośnej książki „Der Osten: eine westdeutsche Erfindung (2023)”. Ostro krytykuje w niej zachodnioniemieckie spojrzenie na wschodnie landy jako konstrukt służący marginalizacji ich mieszkańców.
Zjednoczenie jako pasmo klęsk
Często mówi się o „długim cieniu NRD”. Odnosi się on do związanych z dyktaturą doświadczeń obywateli byłego niemieckiego państwa robotniczo-chłopskiego. Poskutkowały one ukształtowaniem się odmiennej kultury politycznej, przejawiającej się choćby w niższej frekwencji wyborczej oraz dużej nieufności wobec instytucji politycznych. W debacie publicznej wyciąga się z tego trącący paternalizmem wniosek, że mieszkańców wschodniej części kraju należy po prostu lepiej „przeszkolić” w dziedzinie demokracji. Jak gdyby potrzebowali oni korepetycji z „wychowania obywatelskiego”.
Istotne w tym kontekście są również doświadczenia transformacji. Rzadziej już przedstawia się je jako wyzwolenie ze struktur bezprawia, a coraz częściej jako doświadczenie masowego bezrobocia, deindustrializacji, upokorzenia i osobistego poniżenia. Utrzymujące się do dziś materialne nierówności między wschodem a zachodem Niemiec rodzą często głęboko zakorzenione poczucie niesprawiedliwości i gniewu, które podlegają politycznej instrumentalizacji. Po taką narrację o „przegranych zjednoczenia” [Wendeverlierer] sięga się, również w nauce, w obliczu ulicznej mobilizacji zwolenników skrajnej prawicy, odnotowywanych w okresie kryzysu uchodźczego napaści na imigrantów czy sukcesów wyborczych AfD. W ten sposób utrwalana jest interpretacja zjednoczenia Niemiec jako pasma klęsk.
Te debaty, nierzadko pozostające pod wpływem zachodnioniemieckiej ignorancji i wschodnioniemieckich resentymentów, opierają się zasadniczo na słusznych przesłankach. Jednak zbyt często brakuje w nich szerszej perspektywy. Modele objaśniające poszczególne zjawiska, odwołujące się do socjalizacji w warunkach byłej NRD, czy też ekonomicznych i osobistych trudności spowodowanych transformacją, często ukazują Niemcy wschodnie – zwłaszcza w debacie publicznej – jako przypadek szczególny.
Jeżeli jednak uświadomimy sobie, że podobną ścieżkę transformacji przeszły liczne społeczeństwa wschodniej części Europy, spór wewnątrzniemiecki wydaje się wtedy wyrwany z szerszego kontekstu. Istotne są na przykład narracje o ciągłości oraz wymianie elit, po które sięga się odpowiednio w Polsce i Niemczech, aby pokazać różne perspektywy na proces transformacji. Zjawiska ukazywane w Niemczech jako narzucone z zewnątrz w Polsce są postrzegane jako efekt własnej sprawczości. To wpływa na to, jak oba społeczeństwa postrzegają swoje państwa po transformacji.
Wymiana wschodnich elit
Po zjednoczeniu Niemiec szeroko zakrojona wymiana elit urzędniczych na wszystkich szczeblach machiny państwowej początkowo przynosiła nowym krajom związkowym korzyści. Specjaliści z Zachodu mogli objąć stanowiska zarówno w administracji państwowej, jak i wymiarze sprawiedliwości, szkolnictwie wyższym, gospodarce i polityce. Szybko i efektywnie dokonano transferu instytucji zachodnioniemieckiego ładu politycznego na wschód. Procesowi temu towarzyszyły znaczące transfery socjalne, mające na celu łagodzenie negatywnych ekonomicznych i społecznych skutków transformacji.
W Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce, z zazdrością spoglądano nie tylko na Republikę Federalną jako na państwo opiekuńcze, ale i na specyficzne zjawisko transferu elit. Przecież na wschód od Odry musiano zadowalać się starymi kadrami. W tym kontekście przywoływano słynny cytat Konrada Adenauera, który odnosząc się do uwikłania swojego współpracownika Hansa Globkego [2] w system nazistowski, w 1952 roku miał powiedzieć: „Nie wylewa się brudnej wody, gdy nie ma się czystej”.
Tymczasem we wschodniej części Niemiec zjawisko wymiany elit budzi coraz większe kontrowersje. Z czasem coraz rzadziej patrzono na ten proces jako na praktyczną konieczność. Także dlatego, że Niemcy ze wschodu są do dziś wyraźnie niedoreprezentowani na stanowiskach kierowniczych niemal we wszystkich dziedzinach życia społecznego, coraz silniejsza stawała się narracja o „przejęciu z zewnątrz”. Frustrację wyrażają również pojęcia o mocnym ładunku emocjonalnym, takie jak „kolonizacja”. Wątpliwa terminologia wkrada się również do szerokiej debaty społecznej. Przykładem jest Frank Richter, znana postać publiczna z Drezna. W przeszłości organizował spotkania z sympatykami Pegidy, spopularyzował określenie „zaniepokojony obywatel” [besorgter Bürger], którym opisywał uczestników protestów. W późniejszych publikacjach użył słowa Anschluss na określenie zjednoczenia Niemiec, co wywołało kontrowersje – termin ten jest historycznie obciążony, odnosząc się do aneksji Austrii przez III Rzeszę w 1938 roku.
W tym kryje się niebezpieczeństwo. Siły antydemokratyczne wykorzystują krytykę poszczególnych aspektów zjednoczenia do występowania przeciwko całemu procesowi zjednoczeniowemu. Budowa demokratycznych struktur państwowych, która dzięki wymianie elit przebiegała o wiele efektywniej, jest więc odbierana jako narzucenie czegoś „z zewnątrz”, a nie jako własne dokonanie polityczne. To właśnie z takich doświadczeń – rzeczywistych lub subiektywnie przeżywanych – wyrastają autorytarne resentymenty.
Polska droga: kompromis zamiast zerwania
Z kolei punktem wyjścia dla przełomu politycznego w Polsce był kompromis. Polegał on na tym, że między lutym a kwietniem 1989 roku przy Okrągłym Stole siły demokratyczne uzgodniły z reżimem komunistycznym rozwiązania przejściowe. Strategia ta okazała się wielkim sukcesem – umożliwiła choćby dokonanie przemian politycznych bez rozlewu krwi.
W kontekście interwencji radzieckiej w NRD w 1953 roku, na Węgrzech w roku 1956 roku lub w Czechosłowacji w roku 1968 roku wcale nie było takie oczywiste, że przekazanie władzy odbędzie się w sposób pokojowy. Ponad tysiąc ofiar rewolucji w Rumunii w grudniu 1989 roku dowodzi tego z całą mocą. Dlatego też „polski model transformacji” znalazł naśladowców, wśród których byli Niemcy z NRD w grudniu 1989 roku. Wynegocjowane przy Centralnym Okrągłym Stole [Zentraler Runder Tisch] wybory do wschodnioniemieckiej Izby Ludowej [Volkskammer] doprowadziły do przystąpienia NRD do Republiki Federalnej Niemiec, czego konsekwencje opisano powyżej.
W Polsce dla odmiany skutkiem porozumienia z władzami komunistycznymi było odsunięcie w czasie rozliczenia dawnych elit. Tak zwana „gruba kreska” miała umożliwić budowę nowych instytucji demokratycznych za cenę rezygnacji z badania uwikłań elit komunistycznych przez sądy. Ten model, służący stabilizacji procesu przemian, spotkał się z oporem części opozycji antykomunistycznej.
W przeciwieństwie do Niemiec Wschodnich w Polsce nie wylano „brudnej wody”. Stworzyło to możliwość kontynuowania dawnych karier – choćby w wymiarze sprawiedliwości, aparacie bezpieczeństwa czy w wielu sektorach administracji państwowej. Na długi czas zabrakło również lustracji byłych – nawet najwyższych – funkcjonariuszy komunistycznych.
Od początku ubolewano w związku z tym, że polska „rewolucja kompromisu” pozostała rewolucją niedokończoną. Ten punkt widzenia lepiej niż ktokolwiek inny uosabia Jarosław Kaczyński. Motorem jego dojścia do władzy była krytyka „układu”, który szkodzi polskiej demokracji. Taka narracja nie podważa jednak samej demokracji, lecz jedynie „opieszałe” pociąganie do odpowiedzialności elit postkomunistycznych. Z tej perspektywy demokrację nadal postrzega się jako własne, narodowe osiągnięcie, które należy umacniać i rozwijać.
Polacy atakują elity, a Wschodni Niemcy system
Bez wątpienia obie konstelacje dają pożywkę siłom politycznym zagrażającym liberalnej demokracji. Występują między nimi jednak strukturalne różnice.
W Niemczech wschodnich narracja o „kolonizacji wewnętrznej” umacnia przekonanie, że we współczesnej Republice Federalnej utrzymuje się społeczna, polityczna i ekonomiczna dominacja zachodniej części kraju. W skrajnej postaci krytyka uderza nie tylko w elity, ale i w samą demokrację. Tłumaczy to także wzrost brutalności debaty publicznej, w której współczesne państwo niemieckie porównuje się wręcz z dyktaturami, a także przyczynia się do sukcesów radykalnych sił politycznych, takich jak AfD. Utrwala się wreszcie poczucie, że Republika Federalna nie jest tak naprawdę „własnym państwem”, przez co deprecjonuje się ją i odrzuca w całości.
W Polsce logika suwerenności nie kieruje się tymczasem przeciwko własnemu państwu. Odrzucana jest nie polska demokracja, a jedynie część jej elit. W takim kontekście reformy przeprowadza się w imię zwiększenia własnej sprawczości i dokończenia procesu demokratyzacji. Nawet przebudowa państwa w duchu nieliberalnym – na przykład w sferze wymiaru sprawiedliwości – przedstawiana jest jako uwolnienie od „postkomunistycznych sitw”. Resentymenty są w Polsce ukierunkowane inaczej niż w Niemczech. Dominuje raczej przekonanie, że państwo trzeba zreformować, a nie odrzucić, natomiast we wschodnich krajach związkowych Niemiec nierzadko kwestionuje się sam demokratyczny ład państwowy.
Lekcje zza Odry
To porównanie pokazuje, dlaczego system polityczny Republiki Federalnej Niemiec – choć szybciej stworzył stosunkowo stabilne instytucjonalne i ekonomiczne środowisko przemian – spotyka się z tak fundamentalnym sprzeciwem. Podczas gdy w Polsce autentyczny sukces modelu Okrągłego Stołu krytykowany jest jako niedokończony akt wybicia się na wolność, wymianę elit we wschodniej części Niemiec uznaje się za przejaw trwałego podporządkowania i sterowania z zewnątrz.
To prowadzi do dwóch różnych reakcji. W Polsce dominuje przekonanie, że demokrację trzeba naprawić i dokończyć. We wschodnich Niemczech częściej pojawia się natomiast odrzucenie samego systemu. W kontekście polskim – i nie tylko – można rozpatrywać i inne aspekty debaty wewnątrzniemieckiej. Jak chociażby sukcesy otwarcie życzliwej wobec Putina partii BSW [3], które zbyt pochopnie tłumaczy się socjalizacją wyborców w byłej NRD, jako że przecież ten sam kontekst historyczny w większości innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej zrodził wyraźny sceptycyzm wobec Rosji.
W realiach sporu w Niemczech zainteresowanie sąsiadem zza Odry może zatem pomóc nie tylko w nadaniu bardziej rzeczowego tonu burzliwej debacie dotyczącej transformacji wschodniej części kraju, ale i w znalezieniu lepszych wyjaśnień dla umacniających się resentymentów.
Przypisy:
[1] Pegida, skrót od niem. Patriotische Europäer gegen die Islamisierung des Abendlandes (Europejscy Patrioci przeciw Islamizacji Zachodu) – stowarzyszenie organizujące antyislamskie i antyimigranckie protesty uliczne, początkowo w byłym NRD, a następnie – na zasadzie swoistej „franszyzy” – w kilku innych krajach Europy.
[2] Hans Globke (1898–1973) – prawnik, po dojściu Hitlera do władzy robił karierę w wymiarze sprawiedliwości III Rzeszy, tworząc m.in. komentarze do norymberskich ustaw rasowych; po 1945 roku bliski doradca kanclerza Adenauera jako szef Urzędu Kanclerskiego RFN.
[3] Pełna nazwa to Bündnis Sahra Wagenknecht – Vernunft und Gerechtigkeit (Sojusz Sahry Wagenknecht – dla Rozsądku i Sprawiedliwości) – niemiecka lewicowa, populistyczna partia polityczna, powstała w 2024 roku po rozłamie w postkomunistycznej Die Linke, nazwana tak od najbardziej rozpoznawalnej założycielki.