Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Polska] Po pierwsze,...

[Polska] Po pierwsze, nie ufaj nikomu. 5 lat po katastrofie smoleńskiej

Tomasz Sawczuk

Rywalizacja polityczna w Polsce przybiera kształt ostatecznego starcia dobra i zła. W tej sytuacji wszelka różnica zdań – nie tylko w sprawie katastrofy smoleńskiej – jest z założenia czymś podejrzanym.

Powyższa teza to nie hiperbola. „Zło wokół nas, agresorów i zdrajców, opisujemy – jak się wydaje – w miarę precyzyjnie”, stwierdził Jacek Pawlicki w największym prawicowym tygodniku „W Sieci” (nr 10–16 XI 2014). Tekstowi Pawlickiego nie brak pewnej poetyckiej zadumy. Jak wyjaśnia, „od czterech lat próbujemy zrozumieć i opisać, co też się dzieje z większością Polaków, dlaczego już nie chcą swego niepodległego państwa, swej podmiotowości, swej kultury. Dlaczego […] tak ochotnie wpisują się w wyznaczoną im rolę niskopłatnych niewolników mamionych perkalem i koralikami, przyduszonych do gleby walką o przetrwanie. Emocjonalnie rozhuśtywanych, umysłowo rozpraszanych lejącą się z mediów zidiociałą breją, coraz silniej nasycaną lewacką ambrozją. Dla rodziny, wolności, narodu będącą w istocie trupim jadem”.

W konsekwencji, jak pisze Tomasz Łysiak, „Polski już nie ma” („W Sieci”, 3–11 XI 2014). Także Bronisław Wildstein, tym razem na łamach „Do Rzeczy” (15–28 XII 2014) przekonywał, że „sprawa smoleńska jest najbardziej ponurym świadectwem upadku współczesnej Polski”. „Upokorzenie smoleńskie stanowi apogeum starannego wdeptywania Polaków w ziemię. Ruskimi buciorami i peowskim kłamstwem”, stwierdził w przytoczonym wcześniej tekście Pawlicki.

Jeżeli polską polityką rządzi dzisiaj jakieś przykazanie, to brzmi ono: po pierwsze, nie ufaj nikomu.

Tomasz Sawczuk

Kwestia kłamstwa powraca w dyskusjach smoleńskich wielokrotnie. Kłamią rządowi urzędnicy, wręcz „nie ma takiej ilości drwin, kłamstw i jadu, które odwiodłyby ich od próby ustalenia tego, jak doszło do tragedii”, jak pisał Marek Pyza („W Sieci”, 20–26 X 2014). Padają sugestie sfałszowania nagrań z czarnych skrzynek, dokonanego w interesie politycznym, łącznie z celowym preparowaniem stenogramów, co sugerował w TVP Info Antoni Macierewicz. Wyrażenie „kłamstwo smoleńskie” (podobieństwo do „kłamstwa oświęcimskiego” to oczywiście nie przypadek) jest zresztą regularnym terminem prawicowej publicystyki. O kłamstwach rządu mówił też w tym tygodniu w wywiadach prasowych Jarosław Kaczyński. Jak stwierdził w „Gazecie Polskiej lider PiS: „druga strona panicznie się boi i przygotowuje wszelkie możliwe środki ataku”.

Sprawa katastrofy smoleńskiej, jak żadna inna, przyczynia się do radykalizacji języka debaty publicznej.

Nie zamierzam jednak przekonywać, że wbrew przytoczonym tu krytykom obecnej władzy, „państwo zdało egzamin”, ponieważ nie zdało. Katastrofa smoleńska jest sprawą nadzwyczaj poważną, z której powinny zostać wyciągnięte wszechstronne konsekwencje – instytucjonalne i osobowe.

Ale w tych wszystkich filipikach skierowanych pod adresem aktualnych władz zastanawia jedno. Prawicowi publicyści i politycy sprawiają wrażenie umieszczonych w środku jakiejś nagłej, brutalnej i ostatecznej bitwy, mającej zgoła millenarystyczny posmak. W zdelegitymizowanym systemie przedstawiciele prawicy pozycjonują się jako prześladowani dysydenci.

Niestety, nie całkiem bezpodstawnie. Sytuacji nie poprawia określanie ich stanowiska mianem „festiwalu paranoi” czy „ekstrawagancji sekty smoleńskiej”, a samych krytyków – „obozem maniakalnym”. Wszystkie te cytaty pochodzą przy tym tylko z jednego artykułu Wojciecha Maziarskiego („Gazeta Wyborcza”, 29 XII 2014).

Co jednak kluczowe, w takich warunkach trudno o zaufanie do jakichkolwiek instytucji, o ile nie są to „nasze” instytucje. Jeżeli polską polityką rządzi dzisiaj jakieś przykazanie, to brzmi ono: po pierwsze, nie ufaj nikomu. Skoro stawką pojedynku jest zwycięstwo dobra nad złem, różnica zdań nie może być tłumaczona dyskusją w poszukiwaniu lepszych rozwiązań, lecz raczej działaniem ukrytych, złowrogich sił.

Tym samym pluralizm w życiu publicznym staje się podejrzany i zagrożony. Nikt nie wierzy też w istnienie kompetencji, które nie byłyby jedynie na usługach takiej czy innej partyjnej woli politycznej. Instytucje naukowe, wymiar sprawiedliwości i media okazują się na równi przesiąknięte partyjną służalczością. Jak stwierdził w aktualnym numerze „W Sieci” (7–12 IV 2014) Bronisław Wildstein, „obrońcy oficjalnej wersji to ludzie, którzy nie poszukują prawdy, ale bronią własnych interesów”. Jeżeli nie wierzysz w zamach, to widać masz coś do ukrycia.

Państwo nie może zatem istnieć jako takie – może jedynie istnieć jako wyraz sił określonej partii politycznej. A skoro tak, to jego reformowanie staje się bezcelowe. Pozostaje tylko obserwowanie bitwy zwaśnionych plemion.

Aby zostać w Polsce i robić tu coś wartościowego, pozostaje sprawę Smoleńska całkowicie zignorować.

Tomasz Sawczuk

Można by pomyśleć, że w tej sytuacji rzeczywiście warto zorganizować międzynarodową komisję, która zbadałaby i rozstrzygnęła sprawę katastrofy smoleńskiej, co postuluje choćby część rodzin ofiar katastrofy, na czele z Małgorzatą Wassermann. Po pierwsze jednak, w propozycji takiej tkwi pewien paradoks. Postuluje ona – tym razem oficjalne – zrzeczenie się podmiotowości Polski na rzecz zagranicznych organów w kwestii badania sprawy. Po drugie, jeżeli owoce działania takiej komisji okazałyby się niepomyślne dla osób ją popierających, zostaną one zaraz podważone, a członkom komisji łatwo będzie można zarzucić uleganie wpływom Rosji. Komisja nie musi być zresztą jednomyślna. Ostatecznie więc nic nie zmieni.

Z katastrofą smoleńską uporać się musimy sami. Owa bitwa zwaśnionych plemion to jednak nie chwilowa trudność. Jak powiedział w rozmowie z braćmi Karnowskimi Adam Borowski („W Sieci”, 13–19 X 2014), „Smoleńsk to cezura, która ustawiła nas na lata, na dziesiątki lat. To zdarzenie, które na Polaków i na Zachód działa podobnie jak Katyń”.

Taka konstatacja przynosi konieczność dokonania dramatycznego wyboru. Aby zostać w Polsce i robić tu coś wartościowego, pozostaje sprawę Smoleńska całkowicie zignorować. Inaczej wszelkie postulaty zmian zostaną wpisane w kontekst bieżącej osobistej walki grupy polityków. I jest to konsekwencja godna pożałowania.

 

* Artykuł powstał w ramach Obserwatorium Debaty Publicznej „Kultury Liberalnej”, jednostki prowadzącej monitoring mediów i analizującej przejawy radykalizacji debaty publicznej. Już wkrótce uruchomiony zostanie internetowy serwis Obserwatorium, na którym udostępnione zostaną zebrane do tej pory materiały i analizy.

** W piątek (10 kwietnia) o godzinie 17.00, Tomasz Sawczuk był gościem Radia Dla Ciebie – rozmowa dotyczyła społecznych konsekwencji katastrofy smoleńskiej. Zapraszamy do słuchania!

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 326

(14/2015)
9 kwietnia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj