Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > W cieniu imperium

W cieniu imperium

z Dariuszem Kołodziejczykiem rozmawia Błażej Popławski

O nastrojach społecznych i politycznych w Turcji, które oddalają ją od Europy i zagrażają stabilizacji w całym regionie, mówi badacz historii tego kraju.

Błażej Popławski: Czy Turcja to wschodzące mocarstwo, kraj w zastoju czy może państwo grożące eksplozją?

Dariusz Kołodziejczyk: Z pewnością to wschodzące mocarstwo o ogromnym potencjale gospodarczym. Gdy dwa lata temu uczestniczyłem w uroczystych obchodach 90-lecia istnienia Republiki Turcji, w lobby Hotelu Kempinski w Stambule, gdzie nas ulokowano, w chwili przyjazdu dostrzegłem tylko jednego Europejczyka. Mówił po rosyjsku. Reszta przybyłych na uroczyste otwarcie tunelu kolejowego łączącego Europę i Azję pochodziła z Bliskiego i Dalekiego Wschodu.

Czy ten zwrot w kierunku Azji opłaci się Turkom?

Sądzę, że tak. W przeciągu kilkunastu ostatnich lat Turcja przeistoczyła się w imperium panazjatyckie. Dla wielu krajów „Orientu” stała się niezwykle atrakcyjnym wzorem do naśladowania. Europa jest dla Turcji zaledwie jednym z wielu partnerów. Na początku XXI w., gdy do władzy doszła Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (Adalet ve Kalkınma Partisi, AKP), tempo wzrostu PKB Turcji było dwucyfrowe – w dużym stopniu dzięki współpracy z krajami spoza Unii Europejskiej. Teraz dynamika ta nieco wyhamowała, ale i tak większość państw członkowskich może jedynie marzyć o takim skoku gospodarczym.

Turcja to wschodzące mocarstwo o ogromnym potencjale gospodarczym.

Dariusz Kołodziejczyk

Turcja przeszła w XX w. długą drogę – od feudalnego Imperium Osmańskiego do republiki demokratycznej. Jak dziś Turcy oceniają ten proces?

Wciąż nie potrafią bez emocji dokonać pełnego bilansu tej transformacji. Modernizacja została zainicjowana przez Mustafę Kemala Atatürka. Postać tę do dziś otacza w Turcji kult, co znacznie utrudnia samym Turkom obiektywną ocenę skutków wdrażanych przez niego reform. W większości sklepów i urzędów nadal wiszą portrety Kemala. Blisko osiem dekad od jego śmierci, ideologia, którą stworzył, nadaje kształt wszystkim modernizacyjnym dyskusjom. Turcy nie potrafią się od niej odciąć.

A wątek sekularyzacyjny? Przejście od teokracji do państwa opartego na zasadzie suwerenności narodu?

Atatürk nigdy nie był osobiście przywiązany do islamu. Wiódł stereotypowe życie oficera garnizonowego, nie stronił od domów publicznych i libacji alkoholowych. Religia odgrywała dla niego rolę drugorzędną. Sekularyzacja stanowiła element szerszego projektu – europeizacji. Kemal wierzył, że prawdziwą cywilizacją jest tylko cywilizacja zachodnia i należy zrobić wszystko, by Turcja stała się częścią Europy. Droga do niej wiązała się jednak z narzucaniem reform i wdrażaniem ich przy użyciu siły.

Śmierć ojca republiki stała się katalizatorem dla liberalizacji państwa?

Większą rolę odegrała zmiana kontekstu międzynarodowego po zakończeniu II wojny światowej. Władzę – co należy podkreślić: w sposób zgodny z konstytucją – zdobyła opozycja. W skład Partii Demokratycznej wchodzili politycy, którzy oczywiście także uważali się za „dzieci Atatürka”. Większość z nich, w przeciwieństwie do starych elit kemalistowskich, była jednak słabiej wykształcona i pochodziła z prowincji, a nie ze Stambułu. Ich przywódca, Adnan Menderes, nie był urzędnikiem ani wojskowym, utrzymywał się z uprawy bawełny w zachodniej części Anatolii. Demokratyzacja stała się synonimem przywrócenia głosu ludności prowincji i deklasacji elity stambulsko-ankarskiej.

Egalitarny projekt Menderesa okazał się kolejną w dziejach Turcji polityczną mrzonką.

Menderes skończył tragicznie – został powieszony po wojskowym zamachu stanu. Mimo to za jego rządów po raz pierwszy w dziejach współczesnej Turcji weszli do polityki ludzie spoza systemu.

…i zachwiali jego stabilnością.

Radykałowie – zarówno prawicowi, jak i lewicowi – zyskali na znaczeniu później, w latach 60. i 70. Często dochodziło wtedy do aktów terroryzmu. Mehmet Ali Ağca jest produktem tamtych czasów.

Co przełamało ten impas w transformacji kraju?

Kolejna wymiana elit – dojście do władzy Turguta Özala. Były pracownik Banku Światowego, mający świetne kontakty z zachodnimi biznesmenami, potrafiący się dogadać z wojskowymi w Turcji, a do tego osoba niekryjąca przywiązania do religii. Do pewnego stopnia sytuacja ta przypominała mianowanie przez Wojciecha Jaruzelskiego Mieczysława Wilczka – prawnika, przedsiębiorcy, wynalazcy – na ministra przemysłu w rządzie Mieczysława Rakowskiego. Özal, podobnie jak Wilczek, wprowadzał swoje reformy w wyjątkowych okolicznościach. W Turcji trwał wówczas stan wojenny, działalność związków zawodowych była zakazana. I nagle wdrożono pakiet reform, które zmieniły oblicze gospodarki tureckiej na rynkową.

Jak Turcy wspominają ten czas?

Tak jak Polacy reformy Leszka Balcerowicza – jedni dobrze, inni źle. Przyspieszona modernizacja zawsze tworzy w społeczeństwie nowe podziały. Na początku lat 90. w polskiej prasie pojawiło się wiele artykułów, których autorzy bezkrytycznie wychwalali przebieg tureckiej transformacji. Pamiętam felietony Stefana Bratkowskiego z 1990 r. Dziennikarz pisał wtedy: „Turcji świat nie docenia”, „fenomenowi Turcji nie przygląda się bliżej nikt”. Tymczasem Polacy, czytając peany na cześć umacniania się kapitalizmu nad Bosforem, mieli przed oczyma transformację nad Wisłą.

Czy ta modernizacja była wówczas konieczna?

Trudno wyobrazić sobie bez niej dzisiejszy wzrost gospodarczy. Rezygnacja z etatyzmu Turkom się opłaciła. Od tego momentu kraj zaczął produkować towary atrakcyjne dla Zachodu i konkurencyjne wobec europejskich firm – wcześniej o Turkach mówiło się, że wszystko robią drogo i źle.

Ideologia całego pokolenia współczesnych liderów Turcji opiera się fuzji dwóch elementów: głębokiego szacunku wobec religijności i przedsiębiorczości. Stąd też często porównuje się ich do kalwinistów.

Dariusz Kołodziejczyk

XXI w. zdaje się wyznaczać kres tego rodzaju pomysłów na modernizację ustroju. Dziś, gdy słyszy się wystąpienia polityków AKP, można odnieść wrażenie, że cofamy się w czasie. Wraca dyskurs tradycjonalistyczny, coraz częstsze są odwołania do religii.

AKP stało się partią populistyczną – wypowiedzi jej liderów odzwierciedlają lęki i obawy Turków. Działacze tego ugrupowania wnieśli nową jakość do polityki tureckiej. AKP od początku określało się jako partia antysystemowa i na kontestacji ładu zastanego budowało swój potencjał wyborczy.

W okresie rządów dawnych kemalistów okazywanie przez polityka przywiązania do islamu uznane byłoby za herezję. Ale czasy się zmieniły. Politycy nauczyli się wyczuwać nastroje tłumów. Gdy Recep Erdoğan przyjeżdża do prowincjonalnego, niewielkiego miasteczka, to na ulicę zawsze wychodzą tłumy. Ludzie autentycznie wierzą w misję Erdoğana, a on sam jest traktowany jako „swój chłopak”. Ma doskonały kontakt z tłumem. Turcy identyfikują się z AKP, z jej liderem.

Wierzył pan w jego przemianę – z działacza islamistycznego w demokratycznego reformatora i idola politycznego Bliskiego Wschodu?

Do pewnego czasu wierzyłem. Przez lata broniłem AKP. Ugrupowanie to przypominało mi wiele europejskich partii chadeckich. Dziś widzę, że Erdoğan za długo utrzymuje się przy władzy. Jego przekonanie o własnej nieomylności, traktowanie każdego głosu sprzeciwu jako zdrady interesu narodowego może okazać się dla Turcji zgubne. Wydarzenia sprzed dwóch lat – seria protestów, które rozpoczęły się na placu Taksim w centrum Stambułu, a następnie ich brutalne stłumienie przez aparat bezpieczeństwa – nie wróżą dobrze przyszłości demokracji tureckiej.

2_Kołodziejczyk

Fot.: Justyna Chmielewska

 

A poglądy partii Erdoğana na gospodarkę?

Trudno je nazwać spójnymi. Przykładowo, były premier Necmettin Erbakan – przez wielu uznawany za duchowego ojca Erdoğana – od początku krytykował reformy wolnorynkowe. Z czasem w programie ugrupowania zwyciężyła jednak opcja neoliberalna.

Wielu obserwatorów dostrzega we współczesnej ścieżce rozwoju Turcji unikalny przykład pogodzenia zasad islamu z wartościami kapitalizmu przy jednoczesnym zaprzeczeniu ideom demokracji liberalnej. Weźmy choćby ostatnie nowelizacje konstytucji: zastąpienie terminu „państwo narodowe” określeniem „państwo wierne nacjonalizmowi Atatürka”; zamiana zwrotu „państwo oparte na prawach człowieka” na „państwo szanujące prawa człowieka”. Demokracja turecka znalazła się w odwrocie?

Instytucje charakterystyczne dla demokracji liberalnej istnieją – ale wolność słowa i swobody obywatelskie są ograniczane. Ideologia całego pokolenia współczesnych liderów Turcji opiera się fuzji dwóch elementów: głębokiego szacunku wobec religijności i przedsiębiorczości. Stąd też często porównuje się ich do kalwinistów. W sferze obyczajowej – konserwatywni, w ekonomicznej – liberalni. Do tego są dosyć słabo wykształceni, ale też i niezwykle pracowici. Ich zapał przypomina mi desperację polskich biznesmenów z początku lat 90., którzy zaczynali swoją przygodę z kapitalizmem od „szczęk” – metalowych budek, szpecących miejski krajobraz. Z czasem nauczyli się zarabiać krocie, a wielu z nich weszło do świata wielkiej polityki.

Turecka pisarka Elif Şafak określiła modernizację swojej ojczyzny w czasach rządów AKP jako proces, który dokonuje się de facto w dwóch wymiarach: wymiany elit i kolektywnej utraty pamięci. Zgadza się pan z tym stanowiskiem?

Motorem modernizacji w Turcji zawsze była stosunkowo wąska elita stołeczno-urzędniczo-wojskowa. Teraz sytuacja się zmienia. W okresie rządów AKP peryferie Turcji – w tym społeczność kurdyjska – zostały upodmiotowione. Ludzie pochodzący stamtąd garną się chętnie w szeregi AKP. Przełamują wykluczenie społeczne, wierzą w awans ekonomiczny. Do pewnego stopnia na podobnych zasadach kształtowany jest w Polsce elektorat Prawa i Sprawiedliwości – na uwspólnieniu doświadczenia rzekomej krzywdy ze strony salonu.

A kwestia kolektywnej utraty pamięci, o której wspomina Şafak?

Odpowiedź na pytanie zyskuje na znaczeniu w 100. rocznicę ludobójstwa ormiańskiego. To temat drażliwy, bo godzący w etos narodowy. Turcy od małego wychowywani są w kulcie przeszłości. Przekonanie ich o konieczności przyznania się do winy ojców byłoby niezmiernie trudne. Widać oczywiście pewne zmiany, mur niepamięci powoli kruszeje. W kampanię uświadamiania Turków o cieniach projektu modernizacyjnego angażuje się coraz więcej organizacji pozarządowych, ufających w skuteczność edukacji społecznej.

Pan nie wierzy w takie rozwiązania?

Równie ważne są gesty ze strony opiniotwórczych polityków, a takich brakuje. Trwanie w negacjonizmie fatalnie świadczy o kondycji mentalnej znacznej części elit tego kraju.

Dostrzega pan jakieś zmiany w tym zakresie na przestrzeni ostatnich lat?

Podczas rządów AKP nastąpiło wyraźne ocieplenie w relacjach ormiańsko-tureckich. Niestety, Erdoğan cofnął się w pół drogi. Początkowo jego zachowawczość tłumaczono strachem przez elitami wojskowymi. Wyjaśnienie to zdezaktualizowało się, gdy Erdoğan na tyle osłabił polityczną rolę armii, że już nie powinien był się jej obawiać, a jednak kwestia turecko-ormiańskiego pojednania pozostała zamrożona.

Jak zatem tłumaczyć tę zmianę? Strachem przed odszkodowaniami dla potomków ofiar ludobójstwa?

Dla wielu polityków czynnik ten odgrywa zapewne istotną rolę. Cała ta dyskusja przypomina zresztą polskie spory wokół Jedwabnego.

Czy gdyby AKP utraciło władzę, pojawiłaby się jakaś szansa na ożywienie dialogu z Ormianami?

Wprost przeciwnie. Pozostałe ugrupowania są jeszcze bardziej zachowawcze w tej kwestii. Być może zastąpienie Erdoğana kimś nieco bardziej wolnomyślicielskim poprawiłoby sytuację, ale osoba ta musiałaby i tak wywodzić się z AKP.

Przejdźmy na koniec naszej rozmowy do kwestii międzynarodowych. Josif Brodski w znakomitym eseju „Ucieczka z Bizancjum” pisał o Turcji jako o przestrzeni, gdzie geografia prowokuje historię. Dziś, wraz z narastaniem niepokojów na Bliskim Wschodzie, zdania te nabierają nowego znaczenia.

Turcja prowadzi politykę zagraniczną w sposób nie zawsze wygodny dla państw Zachodu. Dąży do obalenia Baszara al-Asada, co byłoby oczywiście na rękę Amerykanom – ale sprzeciwia się przy tym utworzeniu w Syrii autonomii kurdyjskiej, na którą Zachód z kolei patrzy dość przychylnie. Jeszcze więcej napięć rodzi polityka rosyjska Turcji. Ankara wzmacnia współpracę gospodarczą z Moskwą, mimo nakładania przez Zachód kolejnych sankcji na Putina. Ignorując sprzeciw Brukseli, Turcy zgodzili się na budowę rurociągu przez Morze Czarne, który odgrywać będzie rolę analogiczną do Nordstreamu, rozbijając polityczną jedność Unii, a przy tym osłabiając pozycję przetargową Ukrainy jako drogi tranzytu rosyjskiego gazu na zachód.

Na włączenie Turcji do Unii Europejskiej może być już za późno. Poziom rozgoryczenia względem Zachodu jest tam wyższy niż zakłada się w Brukseli.

Dariusz Kołodziejczyk

Czy strategia ta opłaci się Turkom? Zbliżenie do Rosji tak naprawdę oznacza fiasko trwającego dekady projektu zbliżenia Turcji do Unii Europejskiej, a grozić może nawet wykluczeniem kraju z NATO. Pamiętam, gdy Erdoğan podczas wizyty w Berlinie w listopadzie 2012 r. powiedział: „Albo do 2023 r. będziemy w Unii, albo Europa straci Turcję”. Czy ta deklaracja ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?

Z punktu widzenia gospodarczego, strategia zacieśnienia współpracy z Rosją jest dla Turków w pełni zrozumiała. Co do akcesji do Unii być może jest już na nią za późno. W Turcji poziom rozgoryczenia względem Zachodu jest wyższy niż zakłada się w Brukseli.

Kto na tym więcej straci – Europa czy Turcja?

Oczywiście, że Europa. Europejczycy zapłacą za ten błąd słono. Akcesja Turcji do UE – niezależnie od tego, czy postrzegano by ją jako wybór cywilizacyjny, czy motywowany gospodarczo – mogłaby stać się receptą na kryzysy trapiące wspólnotę europejską: zwłaszcza ekonomiczny i demograficzny. W Brukseli zmarnowano szansę na pozyskanie 80-milionowego młodego, przedsiębiorczego społeczeństwa.

Dla Turków koniec planów integracji z Unią będzie prawdopodobnie oznaczać osłabienie tempa demokratyzacji. Brak bodźców zewnętrznych może zahamować proces liberalizacji.

A polityka bezpieczeństwa?

Niewiele osób w Brukseli chciałoby, by Unia graniczyła z państwami upadłymi – Irakiem, Syrią. Obecnie Turcja odgrywa rolę wygodnego dla Europejczyków buforu. Z drugiej jednak strony, gesty Ankary – a może po prostu ich brak – względem Państwa Islamskiego (przepuszczanie przez granice przeciwników Asada, którzy potem często zasilali szeregi bojowników Państwa Islamskiego; nieudostępnienie baz dla lotnictwa koalicji) napawają pesymizmem. To już nawet nie jest wybór mniejszego zła, ale potwierdzenie Schadenfreude, odnajdywania przez Ankarę satysfakcji z racji kłopotów Zachodu. Spirala się nakręca, a skutkiem jest destabilizacja na nieomal całej południowej granicy tureckiej.

Kto wygra wybory powszechne, które odbędą się w Turcji za półtora miesiąca?

Wygra ten, kto będzie potrafił najskuteczniej zagospodarować emocje społeczne – wypadkową frustracji i ambicji imperialnych.

SKOMENTUJ

Nr 328

(16/2015)
21 kwietnia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj