Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Moje pisarstwo to...

Moje pisarstwo to moja rzeczywistość. O drugim tomie „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda

Karol Owczarek

Karl Ove Knausgård o swojej powieści powiedział, że jest nudna jak otwieranie lodówki i sprawdzanie, co jest środku. Co sprawiło, że miliony czytelników zaczytują się w jego autobiograficznej prozie? Najkrócej mówiąc, kieruje nimi głód prawdy.

Knausgard_moja-walka_okladka

Podejmowane w „Mojej walce” wątki wyrwane z kontekstu brzmią mało zachęcająco. Są wśród nich opis przewijania dziecka i rozważania na temat krzywizny własnego członka. Rozpisana na kilkadziesiąt stron wyprawa nastolatka na sylwestra, której dramatyzm opiera się na problemach z ukryciem piwa przed rodzicami (uda się połowicznie) i tym, czy na imprezie będzie fajnie (nie będzie). Niewiele krótsza relacja z kinderbalu, podczas którego nie wydarzyło się nic spektakularnego, poza tym, że wychodząc, córka narratora zapomniała o swoich złotych pantofelkach (wrócili się po nie). Do tego sentencje, których nie powstydziłby się sam Paulo Coelho, i długie partie tekstu jakby żywcem wyjęte z bloga początkującego pisarza. Mimo to Knausgårda nazywa się Proustem naszych czasów. Choć trzeba zaznaczyć, że powieść Norwega ma tyle wspólnego z „W poszukiwaniu straconego czasu”, co PRL-owska meblościanka z secesyjną szafą. Też jest książką i są w niej wspomnienia autora, tak jak meblościanka też jest meblem i przechowuje się niej różne rzeczy, nowsze i starsze, potrzebne i zupełnie bezużyteczne. Porównanie do meblościanki nie jest jednak wartościujące, to tylko obrazowe stwierdzenie faktu.

„Moja walka” jest prozą w stanie czystym. Ze świecą szukać tu stylistycznych smaczków, formalnych eksperymentów, symboliki i wyszukanych metafor. Brakuje nawet związków frazeologicznych, choćby takich, jak użyty na początku poprzedniego zdania. Język jest tu prosty jak nasza codzienna mowa, a opisywane wydarzenia są – no właśnie – prozaiczne do bólu. Norweski pisarz nie odgradza się murem od czytelnika, jego pisarstwo ma inkluzywny charakter. To jednak w żaden sposób nie wyróżnia „Mojej walki” na tle współczesnej literatury, nie brakuje przecież na rynku powieści gatunkowych i obyczajowych pisanych komunikatywnym językiem, a sterylną frazą potrafią operować w mistrzowski sposób choćby Michel Houellebecq czy John Maxwell Coetzee.

Idee są nagie

Wartość tej książki tkwi w tym, że jej narrator nie tylko mówi jak my na co dzień, lecz także mówi to, czego nie mamy odwagi powiedzieć, choć bardzo byśmy chcieli. Nie tworzy też fikcyjnego uniwersum, lecz pisze o sobie, rodzinie i znajomych – osobach prawdziwych, zwyczajnych i nadal żyjących. Knausgård ukazuje swoje dotychczasowe życie tak, jak je pamięta, bez upiększeń, krygowania się i głaskania swoich bliskich po głowach, w myśl zasady, że prawda nas wyzwoli. Porusza kwestie zaprzątające ludzkość od wieków, bliskie każdemu z nas, jak śmierć, rodzina, miłość czy konflikt natury i kultury, ale prezentuje je sauté. Sprowadza uniwersalia do ludzkiego wymiaru, ale nie trywializuje ich, nie ucieka w ironię, traktuje je ze śmiertelną powagą. To, że obok ważkich tematów pojawiają się opisy zmiany pieluchy u córki i lista zakupów w sklepie, a rozstaniu z pierwszą żoną autor poświęca mniej miejsca niż pierwszej imprezie w życiu, nie powinno dziwić. Życie nie składa się z samych spektakularnych chwil i podniosłych dyskusji, wręcz przeciwnie – dominuje w nim rutyna. A pamięć płata nam różne figle i rozkłada akcenty w zaskakujący sposób. Często wypieramy lub lekceważymy przełomowe chwile, za to jesteśmy w stanie dokładnie odtworzyć okoliczności pierwszego piwa wypitego ze znajomymi.

Hitchcock powiedział kiedyś, że film to życie z wyciętymi fragmentami nudy, co można odnieść też do innych narracyjnych dzieł sztuki, w tym literatury. Knausgård w swojej książce niczego nie wycina. Znalazł literacki sposób na wylanie z siebie wszystkich nagromadzonych bólów i trosk, a przy okazji stworzył uniwersalny katalizator egzystencjalnych lęków. O tym, jak bardzo uniwersalny, niech świadczy to, że powieść odniosła ogromny sukces rynkowy zarówno w samej Skandynawii (pierwszą część cyklu kupił co dziewiąty dorosły Norweg), jak i w całej Europie, a w Stanach Zjednoczonych na płatne spotkania autorskie ustawiają się długie kolejki.

Słowo nas wyzwoli

Knausgård nie wziął się znikąd. Studiował historię sztuki oraz literaturoznawstwo na Uniwersytecie w Bergen, przez kilka lat był związany z norweskim pismem literackim „Vagant”, pisał eseje i redagował książki. Zanim przystąpił do pracy nad „Moją walką”, wydał dwie powieści, nagradzane i cenione przez krytyków, które jednak nie cieszyły się zbyt dużą popularnością i odeszły w zapomnienie. Gdy zbliżał się do czterdziestki i nieodłącznego w takim momencie kryzysu wieku średniego, jego dni były wypełnione rodzinnymi obowiązkami, wynikającymi z narodzin kolejnych dzieci, troską o finanse, sporadyczne udzielaniem wywiadów oraz spotkaniami autorskimi, i trudno powiedzieć, które z tych zajęć było dla niego najbardziej frustrujące, bo na wszystkie pomstował z równą mocą. Myślał także nad nową książką, zupełnie inną od dotychczasowych.

O powstaniu „Mojej walki” nie zadecydowało żadne wyjątkowe zdarzenie, jest ona raczej efektem narastającego rozgoryczenia i zniechęcenia rolą męża, rodzica dwójki dzieci oraz drugorzędnego literata, a także chęci rozliczenia się ze zmarłym ojcem, od którego wpływu autor nie mógł się uwolnić nawet jako dojrzały mężczyzna. Knausgård, jak przyznaje w wywiadach i wielokrotnie pisze o tym w powieści, miał już dość tego, że przez całe życie ogląda się na innych, walczy o akceptację i dostosowuje do otoczenia, zadając sobie przy tym gwałt. Nie chciał podzielić losu ojca, prowincjonalnego nauczyciela, który pewnego dnia postanowił porzucić dotychczasowe, uwierające go życie, odszedł od rodziny i w izolacji od świata pił na potęgę, co doprowadziło do jego śmieci. Zamiast zatracić się w pijaństwie, Knausgård napisał pierwszą część „Mojej walki”, która pozwoliła mu wreszcie zdjąć hamulce i być w zgodzie ze sobą. Opublikowana w 2009 r. powieść nieoczekiwanie przyniosła mu ogromny sukces czytelniczy i status gwiazdy literatury, w czym zapewne dopomogły pozwy składane przez rodzinę pisarza, której nie spodobało się m.in. ukazanie jego babci jako wariatki i alkoholiczki. Zachęcony powodzeniem w przeciągu trzech lat opublikował kolejnych pięć tomów powieści, która łącznie ma ponad trzy i pół tysiąca stron.

Do rąk polskich czytelników trafiła właśnie część druga. O ile pierwszy tom w dużej mierze ma charakter Bildungsroman i poznajemy w nim chłopięce lata oraz dojrzewanie autora, to w drugim przedstawiany jest już „wiek męski, wiek klęski”, czyli czasy dużo bliższe momentowi pisania. Węzłowa dla pierwszej części jest figura ojca pisarza, jego emocjonalny chłód w stosunku do syna, alkoholizm i śmierć. W drugim tomie następuje odwrócenie ról – teraz autor stał się rodzicem dwójki dzieci i codziennie musi się mierzyć z tą rolą. Nie jest już obserwatorem, lecz sam zaczyna być obserwowany przez dorastające potomstwo. Z Norwegii przeprowadził się do stolicy Szwecji, by uciec przed pierwszą żoną, i próbuje ułożyć sobie życie od nowa. Zamiast śmierci, dominuje tutaj problematyka miłości.

Cierpienia człowieka nowoczesnego

Jak pisał Tołstoj w pierwszym zdaniu „Anny Kareniny”, wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób. Małżeństwu Knausgårda, będącemu głównym tematem drugiej części „Mojej walki”, daleko do szczęścia i rodzinnego ciepełka. Związek zapatrzonego w siebie sfrustrowanego artysty z Lindą Boström, również pisarką, mającą za sobą próbę samobójczą i leczenie psychiatryczne, nie mógł być usłany różami. Dużo tu płaczu, nieporozumień, awantur i gróźb rozstania. Narrator tkwi w rozkroku między obowiązkami rodzica a artystycznym powołaniem. Cieszy się z narodzin kolejnych dzieci, ale doprowadza go do szału konieczność codziennego zajmowania się nimi w myśl polityki równościowej i partnerskich relacji w związku. Kocha swoją żonę, ale dla realizacji pisarskiego projektu jest gotów ją w każdej chwili zostawić.

Trudno przywoływać tezy wygłaszane przez Knausgårda i poddawać je analizie, gdyż są to na ogół refleksje i obserwacje niezbyt uładzone, tchnące banałem, a momentami wręcz skrajne i obrazoburcze, podobne do tych, które niekiedy kołaczą nam się po głowie, gdy obserwujemy swoje otoczenie. Oprócz utyskiwań na sytuację w małżeństwie, wiele tu lamentów na współczesność. Autorowi nie w smak postępowe idee i systemowe rozwiązania szwedzkiego modelu państwa opiekuńczego, które w zamyśle miały stworzyć sprawiedliwe, oświecone i harmonijnie współegzystujące społeczeństwo, a doprowadziły do jego uniformizacji i zamknięcia. Zdaniem pisarza, „życie nie jest wielkością matematyczną, nie ma żadnej teorii, jest jedynie praktyka”. Knausgård zdecydowanie staje po stronie natury i genów, które państwo i społeczeństwo próbują urabiać według swoich norm, odbierając przy tym jednostce wolność i autentyzm. W tych tyradach przeciwko kulturze jako źródle cierpień pobrzmiewa tradycja rousseauistyczna, a sprzeciw wobec idei to echa antyplatonizmu i irracjonalizmu XIX-wiecznych filozofów życia, jak Dilthey czy Nietzsche, oraz pisarzy, jak Gide i Dostojewski, którego nazwisko pojawia się zresztą w „Mojej walce”. Pisarz nie oszczędza też samego siebie. Jest nadwrażliwy i nadświadomy, dokonuje nieustannej wiwisekcji siebie i osób wokół, nie ma jednak siły, żeby przebić się przez mur ograniczeń i ideologii. Wyrzuca sobie tchórzliwość, niemęskość i brak odwagi cywilnej. Swoje słabości próbuje pokonać poprzez obnażenie ich, a walkę z kulturą prowadzi za pomocą jej własnych środków – pisarza w sobie niszczy, pisząc powieść.

„Moja walka” to kolejny w historii literatury przykład dążenia do realizmu totalnego i bycia tak blisko życia, jak tylko to możliwe, daleki jednak od formalnych eksperymentów modernistów, tęskniących za autentyzmem i prawdą w powieści, a także skrajnie nieliterackiego i czysto informacyjnego „Kronosu” Gombrowicza. Do fascynacji tym polskim pisarzem Knausgård jednak otwarcie się przyznaje w publicznych wypowiedziach – ujęła go pojemna forma autobiograficznych „Dzienników”, łączących eseistyczne ustępy z banałem i drobnostkami codzienności, i sam w podobnej, choć o wiele bardziej anarchistycznej, formule zbudował swoją książkę, którą nazywa powieścią non-fiction.

Choć „Moją walkę” niektórzy odbierają jako potok żółci frustrata, a jeden z amerykańskich krytyków nazwał ją gigantycznym literackim selfie, nie można jej odmówić wyjątkowości. Skoro musimy kłamać i samookłamywać się na co dzień, by jakoś przetrwać w społeczeństwie, to warto docenić, że ktoś pokusił się o próbę maksymalnie szczerego pisania o sobie i najbliższym otoczeniu, a przy okazji stworzył silnie uzależniającą i infekującą prozę, na której kolejne odsłony czeka się z utęsknieniem.

 

Książka:

Karl Ove Knausgård, „Moja walka”, t. 2, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 333

(21/2015)
26 maja 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj