Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Kino widziane z...

Kino widziane z brzegu

Katarzyna Szarla

Gorączka letnich festiwali wciąż trwa. W tegorocznym programie „Dwóch Brzegów” w Kazimierzu Dolnym i Janowcu nad Wisłą najsilniej rezonowały dwa tematy: kino kobiet oraz problem imigracji. Festiwal relacjonuje Katarzyna Szarla.
01-©-Dheepan-Jacques-Audiard

„Dheepan”, reż. Jacques Audiard

Gorączka letnich festiwali wciąż trwa, chociaż swój szczyt osiągnęła na początku sierpnia: najbardziej zapaleni kinomani mogą w tym okresie cały dzień nie wychodzić z sali kinowej, wybierając się do Wrocławia (15. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty, 23 lipca–2 sierpnia), by następnie przenieść się do Kazimierza Dolnego i Janowca nad Wisłą (9. Festiwal Filmów i Sztuki „Dwa Brzegi”, 1–9 sierpnia), Poznania (5. Transatlantyk Festival, 7–14 sierpnia) lub Zwierzyńca (16. Letnia Akademia Filmowa, 7–16 sierpnia). Bogactwo i różnorodność programów letnich festiwali filmowych zachęca do podróżowania w pogoni za najbardziej wyczekiwanymi premierami, czasami warto jednak zatrzymać się w jednym miejscu.

Festiwal Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” od prawie dekady rozkłada swoje namioty w nadwiślańskim kurorcie, który dopiero od roku może pochwalić się regularnie działającym kinem (zainicjowanym w ramach Kazimierskiego Ośrodka Kultury Promocji i Turystyki przy wsparciu projektu Kino za Rogiem, promującego rozwój instytucji tego typu w małych miejscowościach). Zachowując charakter kina objazdowego, „Dwa Brzegi” stanowią jeden z ważniejszych letnich przeglądów współczesnego kina. Festiwal, który w tym roku przyciągnął rekordową liczbę 25 tys. widzów – czyli prawie cztery razy tyle, ile wynosi łączna liczba stałych mieszkańców Kazimierza Dolnego i Janowca – żyje w nierozerwalnej symbiozie z kazimierskim rynkiem i nadwiślańskim deptakiem. Tym, co odróżnia go od innych wydarzeń tego typu, jest łatwo obserwowalny fakt, że trudno w tym czasie spotkać tam kogokolwiek, kto nie uczestniczyłby w którejś z dwubrzeskich projekcji.

Zachowując charakter kina objazdowego, „Dwa Brzegi” stanowią jeden z ważniejszych letnich przeglądów współczesnego kina.

Katarzyna Szarla

W tym roku „Dwa Brzegi” zaoferowały widzom przede wszystkim trzy retrospektywy: reżysera polskiego (Jerzy Skolimowski), zagranicznego (Margarethe von Trotta) i aktorską (Adam Woronowicz) oraz wybór najlepszych pozycji, często nagradzanych, z najważniejszych festiwali filmowych ubiegłego roku: Cannes, Berlina, Wenecji, polskich debiutów z Koszalina, filmów dokumentalnych z Krakowa i festiwalu Against Gravity. Programowi przeglądu można zarzucić zbytnią heterogeniczność, jednak to stała przypadłość tego typu wydarzeń – chociaż próżno szukać tu wiodącego tematu, można zestawiać dialogujące ze sobą pozycje, wskazać powtarzające się motywy (sytuacja imigrantów, spotkania kultur, konfrontacja z przeszłością).

01-©-Twarze-Every-Face-Has-a-Name-Magnus-Gertten

Twarze”, reż. Magnus Gertten

Pierwszy brzeg: kobiety

Stałym akcentem w programie „Dwóch Brzegów” stopniowo staje się ukłon organizatorów w stronę kina kobiet: w ubiegłym roku miniretrospektywę poświęcono twórczości włoskiej reżyserki Liny Wertmüller, w bieżącym gościem festiwalu była Margarethe von Trotta. Niemiecka reżyserka tworzy najczęściej portrety silnych kobiet konfrontujących się z dyskryminującymi je regułami patriarchalnego społeczeństwa. Polskiemu widzowi znana jest przede wszystkim jako autorka filmów fabularnych inspirowanych biografiami sławnych kobiet: członkini grupy Baader-Meinhof Gudrun Ensslin, Róży Luksemburg, Hildegardy z Bingen i Hannah Arendt. Najnowszy film reżyserki, „Porzucony świat”, pokazywany w Kazimierzu premierowo, wypada jednak wyjątkowo blado na tle retrospektywy: podobnie jak w „Siostrach” (1979) von Trotta analizuje toksyczne relacje rodzinne i wychodzi od autobiograficznego wątku cudownie odnalezionej siostry głównej bohaterski, której istnienie zataiła przed krewnymi nieżyjąca już matka kobiet. Niestety, ten wyjątkowo przesłodzony melodramat to wzorcowy przykład, dlaczego niektóre produkty autoterapii nie powinny być upubliczniane.

Bardziej przekonująco siostrzane relacje ukazuje Deniz Gamze Ergüven, której pełnometrażowy debiut pt. „Mustang” śledzi losy pięciu nastolatek na tle współczesnej, burzliwie zmieniającej się tureckiej prowincji. Zachodnie aspiracje i oczekiwania konfrontowane są z tradycyjnymi zasadami podporządkowującymi bohaterki decyzjom konserwatywnego wuja. Młodziutkie dziewczęta, jedna po drugiej, zostają jak najszybciej wydane za mąż, by ochronić ich dobrą opinię. Jej utrata stanowi w oczach sąsiadów główny cel wszystkich młodych kobiet i nie da się jej uniknąć, jeśli nie otoczy się dziewcząt ciągłą opieką i nie zamknie (dosłownie) na cztery spusty.

Ostateczne losy bohaterek wydają się zbyt stereotypowe, jakby każda z sióstr miała stanowić reprezentantkę określonej strategii przyjmowanej przez kobiety wobec aranżowanego małżeństwa (poszukiwanie narzeczonego na własną rękę, rezygnacja, samobójstwo, ucieczka). Równie ciężką ręką nakreślone są postaci molestującego wuja i babki przysposabiającej wnuczki do bycia idealnymi paniami domu. Mimo to film Turczynki, pokazywany w Cannes w ramach sekcji Quinzaine des Réalisateurs i nagrodzony nagrodą Label Europa Cinemas, urzeka subtelnością w scenach portretujących przyspieszone dojrzewanie bohaterek i negocjowanie przez nie własnego miejsca w ramach ograniczającej ich wybory społeczności.

06-©-Mustang-Deniz-Gamze-Ergüven

„Mustang”, reż. Deniz Gamze Ergüven

Drugi brzeg: obcy

Nawet jeśli obiektyw kamery nieczęsto kierowany jest na obrzeża Starego Kontynentu, wśród niektórych filmowców wyczuwalna staje się bolesna świadomość wydarzeń z portu w Calais czy wybrzeży greckich i włoskich wysp, szturmowanych przez imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Potwierdzeniem tej intuicji może być film dokumentalny „Twarze” w reżyserii Magnusa Gerttena, którego zamysł o wiele lepiej oddaje oryginalny anglojęzyczny tytuł „Every Face Has a Name”. Szwedzki reżyser postanowił odnaleźć byłych więźniów nazistowskich obozów koncentracyjnych, którzy 28 kwietnia 1945 r. przypłynęli do portu w Malmö, i skonfrontować ich z filmową dokumentacją ich pierwszych kroków poza niemieckim terytorium. Dzięki ich świadectwom reżyser zdołał przypisać anonimowym twarzom z archiwalnych nagrań ich zapomnianą tożsamość. Gertten przeplata materiał obrazami nakręconymi w jednym z włoskich portów, gdzie odholowany zostaje statek wiozący uchodźców z Afryki Północnej, tworząc aż nazbyt jasne dla widza zestawienie.

Do tematu imigracji subtelniej odnosi się „Dheepan” Jacques’a Audiarda, pokazywany w Kazimierzu Dolny zaledwie dzień po polskiej premierze. Film, nagrodzony Złotą Palmą przez jury tegorocznego canneńskiego konkursu, można potraktować jako świadectwo istotności zaangażowanego spojrzenia dla współczesnego kina. Francuski reżyser z dojrzałością i wyważeniem zabiera głos w palącej i kontrowersyjnej kwestii, jaką stanowi obecnie sytuacja uchodźców i stosunek europejskiego społeczeństwa wobec nich.

Podobnie jak w głośnym „Proroku” (2009) Audiard analizuje skomplikowany układ sił tworzący się w wieloetnicznej społeczności. Bohaterem opowieści, która opiera się częściowo na wspomnieniach pisarza Jesuthasana Antonythasana (odtwarzającego główną rolę), jest Sivadhasan, były członek Tamilskich Tygrysów. Po utracie bliskich postanawia opuścić pogrążoną w wojnie domowej Sri Lankę; jednak jedyną szansę na otrzymanie paszportu stanowi udawanie rodziny wraz z przypadkowo poznaną młodą kobietą Yalini i dziewięcioletnią Illayaal. Ostatecznie wszyscy troje otrzymują azyl we Francji. Nowe otoczenie przypomina jednak okrutną dżunglę, z której dopiero co próbowali się wyrwać: na zasiedlonym przez imigrantów osiedlu, gdzie otrzymują mieszkanie i pracę, obowiązują reguły dyktowane przez lokalną mafię, a najlepszą strategią przetrwania jest stanie się niewidocznym.

Doskonale obrazuje to scena, gdy rzekomy mąż tłumaczy zaskoczonej Yalini, że dla bezpieczeństwa rodziny powinna zacząć nosić chustę zakrywającą włosy. Jedyne, co francuskie instytucje mają do zaoferowania uchodźcom, to uprzejme zaskoczenie, jak w scenie, gdy nauczycielka pyta, dlaczego Illayaal nie chodziła do szkoły, na co dziewczynka odpowiada, że szkoła została spalona przez rządową stronę konfliktu.

Audiard skupia się jednak przede wszystkim na kameralnym dramacie rozgrywającym się pomiędzy skazanymi na siebie bohaterami. Kamera z uwagą obserwuje powoli tworzące się między nimi więzi, wystawiane na próbę przez nieufność i naznaczenie krwawą przeszłością. Szczególnie poruszająca jest kreacja Antonythasana, z wyczuciem portretującego postać ojca rzekomej rodziny, zdeterminowanego, by mimo braku więzów krwi za wszelką cenę chronić kobietę i dziewczynkę.

02-©-W-objęciach-węża-El-Abrazo-de-la-Serpiente-Embrace-of-the-serpent-Ciro-Guerra

„W objęciach węża”, reż. Ciro Guerra

W górę rzeki

W programie „Dwóch Brzegów” zwracają uwagę również dwa inne międzykulturowe spotkania: „W objęciach węża” w reżyserii Ciro Guerry oraz międzykontynentalna fantazja Petera Greenawaya „Eisenstein w Guanajuato”. Film Kolumbijczyka (pokazywany w canneńskiej sekcji Quinzaine des Réalisateurs i nagrodzony przez jury CICAE, Międzynarodowego Stowarzyszenia Kin Studyjnych) to rozgrywająca się na dwóch płaszczyznach czasowych opowieść. Inspirowana dziennikami autentycznych badaczy amazońskiej puszczy, Theodora Kocha-Grunberga i Richarda Evansa Schultasa, jest historią o conradowskiej z ducha wędrówce bohaterów pod przewodnictwem szamana Karamate, ostatniego ze swego plemienia, w poszukiwaniu yakruny – magicznej rośliny o uzdrawiających właściwościach rosnącej w sercu puszczy. „W objęciach węża” stanowi wysmakowany wizualnie traktat o wielowymiarowych konsekwencjach, jakie dla amazońskich plemion miało zetknięcie się z zachodnim, cywilizowanym światem.

W najnowszym filmie Petera Greenawaya stereotypowe role odwracają się: to Nowy Świat dosłownie zniewala Stary, w osobie legendarnego radzieckiego reżysera. „Eisenstein w Gunajuato” stanowi pierwszą część planowanej przez brytyjskiego postmodernistę trylogii inspirowanej epizodami z biografii twórcy „Strajku”. Tak ambitne przedsięwzięcie może niepokoić, zwłaszcza gdy wspomni się ostatnie dzieła Greenawaya, np. „Goltzius and the Pelican Company” (2012), który stanowi już tylko wariację na tematy stale poruszane przez reżysera. Wydaje się jednak, że tym razem mamy do czynienia z czymś więcej niż z wyłącznie wizualnym tour de force znakomicie korzystającego z możliwości stołu montażowego Brytyjczyka.

W Guanajuato Eisenstein przymierza się do nakręcenia filmu „Niech żyje Meksyk!”, jednak nie należy spodziewać się szanującej fakty opowieści o legendarnej porażce radzieckiego reżysera, któremu nie udało się nawet własnoręcznie zmontować nakręconego materiału. Nasycając swoimi osobistymi fascynacjami tę erotyczno-tanatologiczną fantazję, Greenaway zdaje się przewrotnie przekonywać, że Rosjanin nie miał na to ani czasu, ani ochoty, był bowiem zbyt zaabsorbowany eksploracją ciała swojego przystojnego meksykańskiego przewodnika.

***

Sercem festiwalowego miasteczka pozostaje Cafe Kocham Kino, czyli miejsce, gdzie możliwy jest bezpośredni kontakt pomiędzy twórcą a widzem – co podkreślają organizatorzy wydarzenia. Tutaj można było również wieczorami obejrzeć odnowioną wersję „Dekalogu” Kieślowskiego. Gdy zwiedza się obce brzegi, warto nie tracić z oczu własnego.

 

Wydarzenie:

9. Festiwal Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi”, 1–8 sierpnia 2015, Kazimierz Dolny – Janowiec nad Wisłą.

 

01-©-Eisenstein-w-Guanajuato-Eisenstein-in-Guanajuato-Peter-Greenaway

„Eisenstein w Gunajuato”, reż. Peter Greenaway

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 345

(33/2015)
18 sierpnia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj