Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Kto się boi...

Kto się boi Xaviera Dolana? Recenzja filmu „Pieśń słonia”

Ada Minge

„Xavier Dolan zabija swoją matkę” – ucieszyli się recenzenci po premierze filmu Charlesa Binamé, w którym Kanadyjczyk wciela się w rolę psychicznie niestabilnego pacjenta, dręczonego wspomnieniem rodzicielki zmarłej na jego rękach. Szkoda, że na tym kończy się błyskotliwość „Pieśni słonia”.

Wigilia roku 1966, szpital psychiatryczny na wyziębionej, kanadyjskiej prowincji. Za zamkniętymi drzwiami gabinetu doktora Lawrence’a, zaginionego w tajemniczych okolicznościach, spotykają się dyrektor zakładu doktor Greene (Toby Greenwood) oraz leczony przez tego pierwszego Michael Aleen (Xavier Dolan). Greene, który odwykł już od bezpośredniego kontaktu z pacjentami, próbuje wyciągnąć od chłopaka informacje na temat zniknięcia Lawrence’a. Wkrótce jednak dialog, przerywany interwencjami byłej żony dyrektora, pielęgniarki Peterson (Catherine Keener), przestanie się ograniczać do śledztwa w sprawie zaginionego, a na pierwszy plan wysunie się pełen niedomówień emocjonalny trójkąt reżyserowany przez nikogo innego, jak przez młodego pacjenta.

Choć koncept sztuki montrealskiego dramaturga Nicolasa Billona, której film jest adaptacją, może nasuwać skojarzenia z klaustrofobicznym Sartrowskim mikroświatkiem, to „Pieśni słonia” daleko do egzystencjalnych dreszczy i interpersonalnego piekła rodem z „Za zamkniętymi drzwiami”. Nietrafnie reklamowany jako spektakl psychologicznej manipulacji, film skręca zdecydowanie w stronę kameralnego dramatu konwencjonalnie rozchwianych jednostek.

Z reżyserskiego krzesła na kozetkę

Główna atrakcja „Pieśni słonia”, czyli Xavier Dolan – który nieczęsto pozwala się reżyserować – zainteresował się rolą Michaela jeszcze zanim Binamé zajął się castingiem. Autor „Mamy” udowadnia tu, że i na cudzym terenie potrafi dać popis aktorskich zdolności, choć trudno pozbyć się przy tym wrażenia, że nie jest to entourage, który wyzwala właściwą mu, autentyczną energię – tę rodem z „Zabiłem moją matkę” czy „Wyśnionych miłości”. Oblane białym światłem, sterylne, metalowo-szare kadry Binamé są zresztą tak dalekie od kampowej, wystawnej Dolanowskiej estetyki, jak to tylko możliwe. Jedynym wspólnym stylistycznym mianownikiem tych dwóch światów są akcenty vintage: Binamé przeniósł bowiem akcję dramatu Billona, w oryginale rozgrywającego się w latach 80., o 20 lat wstecz, co ujawnia się głównie poprzez nałożenie na protagonistę kusej, czerwonej wiatrówki.

ELEPHANT SONG photos: SŽbastien Raymond. seb@sebray.com

ELEPHANT SONG
photos: SŽbastien Raymond. [email protected]

Zapytany o to, czy pomiędzy nim a młodym reżyserem miała na planie miejsce wojna na ego, Binamé z rozbawieniem zaprzecza: „Jest uroczy i hojny, nie ma w nim zazdrości”. Młody Kanadyjczyk podbił również serce Catherine Keener („Kocham tego dzieciaka”, wyznała aktorka w jednym z wywiadów). Dolan dołączył do ekipy „Pieśni słonia” zaraz po zakończeniu zdjęć do „Mamy”. Trudno jednak o większy kontrast emocjonalnych tonacji w przypadku dwóch filmów, mimo że każdy z nich oscyluje wokół postaci niestabilnego psychicznie protagonisty. O ile „Mama” to bilet do autonomicznego, ekspresywnego świata filtrowanego przez szaleńcze tempo percepcji głównego bohatera (ta wybujałość prowokuje nienawiść u jednych, a miłość u drugich), to „Pieśń słonia” jest spektaklem konwencji. Nic dziwnego, że w obliczu Dolanowskiej supernowej film Binamé, prezentowany w programie tego samego, bo zeszłorocznego festiwalu w Toronto, przeszedł bez echa.

Ojcowie, dzieci i matki

Nagrodzonemu Canadian Screen Award scenariuszowi „Pieśni słonia” – za który odpowiada sam autor scenicznego oryginału – nie można jednak odmówić wartkości. Sprzężenie dwóch płaszczyzn czasowych – rozmowy Michaela z doktorem Greenem oraz odbywającego się kilka tygodni później przesłuchania w sprawie nieznanego nam finału tejże konfrontacji – wystarcza, aby utrzymać ciekawość widza na stałym poziomie. Przyczynia się do tego również dynamiczny montaż i przemyślana praca kamery; Binamé dużą wagę przywiązuje bowiem do dynamiki w kadrze, pilnując wykorzystania całej gamy planów oraz każąc bohaterom co i rusz zmieniać usytuowanie względem siebie.

Z tą motoryką i koncepcją fizycznie ewoluującego układu sił, który znajduje odbicie na płaszczyźnie psychicznej rozgrywki, znakomicie współgra aktorskie trio. Zarówno Dolan, Greenwood, jak i Keener komunikują się z odbiorcą przede wszystkim za pomocą mimiki i wystudiowanej, oszczędnej mowy ciała. Ponadto ze szczególną dbałością zaprojektowano w filmie układ przestrzeni i scenografię. Każdy rekwizyt prędzej czy później „wypala” na wzór czechowowskiej strzelby: czy to niedziałający kaloryfer, sztuczna bożonarodzeniowa choinka, nienaturalnie kolorowe akwarium czy skórzana kozetka. Dzięki tym zabiegom udaje się w filmie uniknąć znudzenia jednym miejscem akcji.

W obliczu Dolanowskiej supernowej, jaką była „Mama”, film Binamé, prezentowany w programie tego samego, bo zeszłorocznego festiwalu w Toronto, przeszedł bez echa.

Ada Minge

Sednem całej sytuacji scenicznej jest w „Pieśni słonia” to, że Binamé obydwu bohaterów ustawia w pozycji potrzeby dialogu. Już ze względu na tę początkową równość hierarchia pytający-przepytywany zostaje zburzona. Choć doktor Greene zapiera się, jakoby rozmowa z pacjentem należała do jego zawodowej rutyny, to potrzebuje jej tak samo, jak Michael. Różnica pomiędzy nimi polega na tym, że młodszy mężczyzna dokładnie zna swój cel i przez cały czas bada możliwość jego realizacji, z łatwością konstruując psychologiczny profil przełożonego i zostawiając go pod tym względem daleko w tyle. Nie wiadomo przy tym, jakimi intencjami podszyta jest gra, którą prowadzi. Reżyser podsuwa kolejne tropy: pedofilia; seksskandal, który grozi i tak już nadszarpniętej reputacji szpitala; wreszcie – homoseksualna fascynacja. Szkoda tylko, że tak wiele z nich bezpardonowo porzuca i tym samym rezygnuje z pogłębienia problematyki. Sam motyw queerowy pozostaje w filmie ledwie zarysowany, a to, że sugeruje się go jako pochodną braku ojcowskiej figury w dzieciństwie, ostatecznie dowodzi, że wszystko u Binamé orbituje wokół relacji rodzic-dziecko oraz wokół traum wynikających z niedopełnienia związanych z nimi powinności. W przypadku Michaela są to zaniedbania ze strony egocentrycznej matki, w przypadku Greene’a i Keener – rodzicielska lekkomyślność. Ścieżka do pozostałych, zapowiadających się dużo ciekawiej linii interpretacyjnych urywa się zaś tak szybko, jak się zaczyna.

ELEPHANT SONG photos: SŽbastien Raymond. seb@sebray.com

ELEPHANT SONG
photos: SŽbastien Raymond. [email protected]

Sterylne unisono

Przy całej formalnej i narracyjnej sprawności, „Pieśni słonia” brakuje pazura, którego ślad powinna pozostawić po sobie dobra psychodrama. Począwszy od 1993 r. Binamé, oprócz nielicznych filmów, reżyserował w końcu seriale, dramaturgiczne chwyty ma więc w małym palcu. Jednak psychologiczna tkanka filmu, sprowadzająca się tu do listy freudowskich klisz (matka-diva, nieobecny ojciec i nieprzepracowane żałoby), sama w sobie jest zbyt miałka, żeby zaintrygować, a na ratunek nie przychodzi nawet rozwój intrygi. Nie ma tu zapowiedzianej „złożonej gry umysłów”, dialogom brakuje bowiem nie tylko błyskotliwości, ale przede wszystkim głębi i dwuznaczności, które uzasadniałyby taki koncept. Dobrym przykładem jest tytułowa „słoniowa” symbolika, którą film przyjmuje jako swoją wykładnię, a której polot okazuje się ograniczać do gry słów i kilku flashbacków (słoń jako symbol matriarchatu, piosenka z dzieciństwa, która staje się poniekąd streszczeniem strategii Michaela wobec Greene’a oraz wspomnienie ojca zabijającego zwierzę na pustyni).

W przypadku dzieła, którego istotą są interpersonalne niuanse i antycypacja ich rozwoju, nie sposób skomentować pewnych rozwiązań, nie zdradzając jednocześnie lwiej części historii. Wystarczy jednak powiedzieć, że przy braku fabularnego „mięsa” Binamé udaje się utrzymać zaangażowanie widza wyłącznie dzięki aktorom. Finał pozostawia jednak spory niedosyt, a zamiast empatii wobec bohaterów pojawia się zdumienie tanim terapeutyzmem, któremu „Pieśń słonia” okazuje się hołdować. Wątek tożsamościowy i konflikt wewnętrzny głównego bohatera są tu potraktowane lekką ręką, ze stratą dla całości dzieła.

piesn_slonia_4

Adaptacjom sztuk teatralnych spod znaku „Sierpnia w hrabstwie Osage” Johna Wellsa (2014) zarzuca się często efekciarstwo i aktorską szarżę. Wells w swoim filmie odszedł od teatru dużo dalej, niż robi to Binamé (panoramy plenerów, zmiany miejsca akcji, większa liczba bohaterów), lecz przede wszystkim postanowił stanąć na rozdrożu, gdzie oprócz jednostkowych psychologii spotykały się rozmaite wątki amerykańskiej historii i kultury. Tego rodzaju podtekstów w „Pieśni słonia” próżno szukać. Zamiast otwierać szersze pole refleksji, która zrodziłaby w widzu nowe pytania, Binamé stawia kropkę. I to w wyjątkowo rozczarowującym punkcie.

 

Film:

„Pieśń słonia”, reż. Charles Binamé, Kanada 2014.

 

Zwiastun:

 

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 348

(36/2015)
8 września 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj