Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Putinada] Tragedia przedwojennego...

[Putinada] Tragedia przedwojennego Lwowa

Wiesław Romanowski

Wspólna przeszłość Polaków, Żydów i Ukraińców jest trudna – nie powinno się jej zbyt pochopnie analizować. O ostatnim polskim prezydencie Lwowa pisze Wiesław Romanowski.

Lwów to miasto-fenomen, opisywane w „Kulturze Liberalnej” już kilkakrotnie – również z ukraińskiego punktu widzenia. Warto czasem przypominać i o tym, że akceptacja zmian w tym mieście nie była dla Polaków tak łatwa, jak to przedstawiają niektórzy twórcy mitu Jerzego Giedroycia. Pisze Wiesław Romanowski.

 


 

Tragiczny przymiotnik prezydenta

„Zły los nie oszczędził mi poczucia bezsilności i długich lat tułaczki na Obczyźnie z tragicznym przymiotnikiem «ostatniego prezydenta Lwowa»”, napisał w testamencie Stanisław Ostrowski. „Często jestem TAM myślami i na przekór obecnemu stanowi rzeczy, należę do tej grupy realnych optymistów, którzy nie tracą nadziei, że LWÓW BYŁ I BĘDZIE NASZ!”. Testament napisał w 1982 r. w Londynie, gdzie zdążył już być także prezydentem RP na uchodźctwie, z powodzeniem też kontynuował praktykę lekarską i naukową. W testamencie najwięcej jest jednak o Lwowie. Lwów był sensem jego życia. Punktem centralnym, początkiem i końcem. Tam się urodził w 1892 r. w patriotycznej rodzinie. Ojciec – Michał – był powstańcem styczniowym i carskim więźniem na Syberii, ze Lwowa poszedł do Legionów Piłsudskiego, wrócił, by bronić miasta przed „zbałamuconymi – jak mówił i pisał – przez Austrię pobratymcami-Ukraińcami” (1918) i bolszewikami (1920). „BYŁ I BĘDZIE NASZ” – czy rzeczywiście Ostrowski wierzył w to w roku 1982, czy to żołnierski honor i wierność kazały pisać te słowa, a może była to po prostu londyńska, emigrancka, odpowiedź na paryskie herezje Giedroycia?

W testamencie jest ukryta, za pozą dystansu i lekkiej ironii, znana dojrzałym mężczyznom mickiewiczowska fraza: „wiek męski, wiek klęski”. Miłość do Lwowa okazała się miłością tragiczną, z finałowym wygnaniem z raju. Ostatni obrazek – nie obraz, a obrazek właśnie – jaki zachował prezydent, opuszczając Lwów (jak się okazało – na zawsze), to fragment lwowskiej ulicy widziany ukradkiem spod plandeki sowieckiej ciężarówki wiozącej więźnia na dworzec kolejowy i dalej do Moskwy i na Syberię: „Nie mając zawiązanych oczu, patrzyłem na życie ulic mojego miasta. Nie poznawałem o tej porze dnia olbrzymiego powiększania się ludności, poruszających się pieszo lub zwisających na przeładowanych wozach tramwajowych i autobusach. Można by wnioskować, na podstawie tych krótkich wrażeń wzrokowych, że ludność uwielokrotniła się dzięki napływowi uciekinierów z zachodu, a jeszcze więcej z powodu napływu z wojskami sowieckimi wschodnich mongolskich twarzy”.

Zły los

Stanisław Ostrowski został prezydentem Stołecznego Królewskiego Miasta Lwowa w 1936 r. – roku dla Lwowa fatalnego. Lwowskie radio nadało w styczniu audycję „Spieniona Fala” opowiadającą o podróży statkiem „Kryzys” z portu Bida do portu Granda. Audycja została wstrzymana przez lokalną cenzurę i wyemitowana dopiero po interwencji Warszawy – „Kryzys”, „Bida” i „Granda” – w takiej tonacji mieszkańcy Lwowa rozpoczynali ten rok. „Polska się nie rozwija”, „w Polsce rozplenił się pasożyt nepotyzmu, biurokracji i etatyzmu”, grzmieli publicyści krytykujący obóz władzy, do którego należał Stanisław Ostrowski, kandydat na najwyższe stanowisko w mieście. Jego pozycja polityczna nie była jednak zagrożona. Klub BBWR miał w radzie miejskiej przewagę i wynik przyszłych wyborów nie budził wątpliwości. Jednak wybory zaplanowane na 22 kwietnia zostały przełożone prawie o miesiąc. Na politycznej i społecznej scenie miasta pojawił się uliczny bunt kwestionujący z trudem klecony porządek rzeczy, łącznie z mitem najwierniejszego Polsce miasta – pojawiła się zapowiedź jego zagłady, gen apokalipsy. Miejska polityka traciła znaczenie.

14 kwietnia policja, broniąc ratusza przed zdesperowanym tłumem bezrobotnych domagających się pracy, użyła broni palnej. Skład protestujących oddawał strukturę etniczną miasta – byli w nim też członkowie Związku Obrońców Lwowa i legioniści. Zginął robotnik, Władysław Kozak, Ukrainiec. Robotnicy, uciekając przed policją, wybili też kilka szyb w okolicznych kawiarniach, restauracjach i sklepach. Kilkunastu z nich zostało aresztowanych. Po rozpędzeniu demonstracji na miejsce zajść przyjechał starosta lwowski i obiecał zwiększenie dotacji na roboty publiczne. Dramat jednak dopiero się rozpoczynał. Następnego dnia Zarząd Związków Zawodowych negocjował z władzami miasta miejsce pochówku Władysława Kozaka. Władze proponowały Cmentarz Łyczakowski, 700 metrów od Zakładu Anatomicznego na ulicy Piekarskiej, w którym czekała trumna ze zwłokami zabitego. Związkowcy woleli Cmentarz Janowski w dzielnicy Władysława Kozaka, kondukt żałobny miałby przejść przez centrum miasta. Władze były przeciwne. Ponoć związkowcy się zgodzili, jednak w dniu pogrzebu skierowali kondukt w stronę Cmentarza Janowskiego. Broniący się przed atakami policji ludzie nieśli trumnę, a gdy ta po kilku upadkach na bruk rozpadła się, spadło nań owinięte w czerwony sztandar ciało Władysława Kozaka – członkowie konduktu dalej kamieniami i pistoletami torowali sobie drogę, pokonując kolejne policyjne blokady. Po pogrzebie grupy robotników i miejskiej biedoty urządziły pogrom w centrum miasta. Atakowali pojedynczych policjantów, rozbijali sklepowe witryny, rabowali, niszczyli przystanki tramwajowe, latarnie, podpalali składy drewna. Do miasta wezwano dodatkowe oddziały policji i wojska. Bilans tego dnia był tragiczny. 60 zabitych, prawie 500 rannych, w tym 70 policjantów – straty materialne sięgały około miliona złotych. Wśród zabitych i rannych byli też członkowie Związku Obrońców Lwowa i legioniści, protestujący przeciwko polityce miasta i państwa. Następnego dnia policja aresztowała prawie stu działaczy i członków Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, ślad sowiecki pojawił się w rządowej prasie. Pierwszy transport do Berezy Kartuskiej odjechał ze Lwowa 20 kwietnia. Zabici podczas zajść obywatele Lwowa byli chowani ukradkiem, nad ranem, w asyście wyrwanych z domów najbliższych i policji. Tak jak robotnicy grudnia 1970 r.

Na innych frontach nie było lepiej – na ukraińskim, mimo deklaracji o podejmowanych próbach normalizacji, panowała wzajemna negacja. W radzie miejskiej mniejszość ukraińska (15 proc. mieszkańców 300 tys. Lwowa) nie miała swoich przedstawicieli. Z lwowskiego okręgu wyborczego można było wybierać do sejmu i senatu tylko Polaków. Lwów miał pozostać polski, tylko polski, wyłącznie polski. Jesienią 1936 r. przed sądem we Lwowie stanął Stepan Bandera, oskarżony o terroryzm. Proces miał być przestrogą dla Ukraińców, przyczynił się jednak do wzrostu popularności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i samego Bandery. Prezydent Ostrowski starał się budować dobre relacje z niektórymi przedstawicielami ukraińskiej inteligencji, ale nie mogło to mieć i nie miało realnego wpływu na przełamanie wzajemnej negacji i wrogości.

„Przed wykładem Kazimierza Bartla na Politechnice polscy studenci pobili i usunęli z sali Żydów” (20 stycznia 1936 r.), „Policja zlikwidowała nielegalny żydowski komitet antyhitlerowski i zatrzymała jego członków’ (29 stycznia 1936 r.), „W szatni kliniki dermatologicznej Wydziału Medycznego Uniwersytetu Jana Kazimierza studenci Politechniki pobili laskami kilku Żydów. Policja rozproszyła awanturników” (28 lutego 1936 r.) – prasa lwowska pełna była takich doniesień. Władze miasta potępiały antysemicką politykę Narodowej Demokracji, ale wspierała też emigrację Żydów ze Lwowa. Sojusz w Radzie Miejskiej z żydowskimi radnymi był wykorzystywany przeciwko Ukraińcom.

Mapa etnicznych, politycznych i społecznych konfliktów miasta w roku 1936, pierwszym roku prezydentury Stanisława Ostrowskiego, nie byłaby kompletna bez sowieckiej i niemieckiej agentury, które wspierały i inspirowały najbardziej radykalnych uczestników lwowskiego życia politycznego, KPZU i OUN.

Gdy dla miasta nadszedł czas próby – wojna oblężenie i okupacje – każdy z jego mieszkańców poszedł w swoją stronę. Polski Lwów przestawał istnieć. Gdzieniegdzie pojawia się jego mit.

 

* Cytaty z lwowskiej prasy zaczerpnąłem z doskonałej książki pani Agnieszki Biedrzyckiej „Kalendarium Lwowa 1918–1939”, Kraków 2012.

 

Rubrykę „Putinada” redaguje Łukasz Jasina.

SKOMENTUJ

Nr 350

(38/2015)
26 września 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail