Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Niezbędnik szpiegowski. O...

Niezbędnik szpiegowski. O książce „Moja piątka z Cambridge” Jurija Modina

Błażej Popławski

James Bond nigdy nie istniał. Był produktem zimnowojennej wyobraźni. Historię XX-wiecznego szpiegostwa tworzyli zwykli ludzie, cierpiący na depresje i łatwo wpadający w nałogi. Tak jak słynna piątka z Cambridge Jurija Modina.

W 1951 r. – czyli dwa lata przed powstaniem „Casino Royale”, pierwszej powieści Iana Fleminga z Jamesem Bondem – Zjednoczonym Królestwem wstrząsnął skandal. Opinię publiczną zszokowały informacje o kolaboracji wysokiej rangi urzędników państwowych z wywiadem radzieckim oraz ich brawurowej ucieczce do Moskwy. Kulisy największej afery szpiegowskiej czasów zimnej wojny odsłania w swoich wspomnieniach Jurij Modin, jeden z najlepszych oficerów prowadzących w historii wywiadu ZSRR, wykładowca w Instytucie im. Andropowa, słynnej szkole dla agentów z bloku wschodniego.

Piatka-z-Cambridge_okladka

Wojna światowa

Kim Philby, Donald Maclean, Guy Burgess, Anthony Blunt i John Cairncross zostali zwerbowani przez Rosjan na kilka lat przed wybuchem II wojny światowej. Co zadecydowało o zdradzie piątki z Cambridge? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, traktując biografie agentów en masse. Fakty są następujące. Szpiedzy – z wyjątkiem Cairncrossa – wywodzili się z elity brytyjskiej. Jako arystokraci ukończyli Cambridge. Przynależeli do prestiżowych stowarzyszeń studenckich, postrzeganych jako kuźnie etosu brytyjskiego dżentelmena. Byli aktywni na polu naukowym i artystycznym. Pisane przez nich teksty – zarówno oficjalne sprawozdania, jak i publicystyka umieszczana na łamach renomowanych magazynów – wyróżniały się szeroką perspektywą. Z pewnością nie byli ludźmi zagubionymi, z wypranymi, zideologizowanymi umysłami czy też desperatami, gotowymi na wszystko w imię pieniędzy.

Według Modina, szpiegami kierowały wierność ideałom rewolucji socjalistycznej i antyhitleryzm. Tę dość banalną, do bólu poprawną politycznie frazę warto potraktować z przymrużeniem oka. Nie oznacza to jednak, że zaprezentowana w książce wizja historii, którą Modin rekonstruuje z ogromnym pietyzmem, jest fałszywa. „Moja piątka z Cambridge” ukazała się pięć lat po upadku muru berlińskiego [1]. Można założyć, że emerytowany agent rosyjskiego wywiadu pisał to, co myślał. Nikt go specjalnie nie cenzurował.

Po lekturze wspomnień Modina można odnieść wrażenie, że piątkę z Cambridge naznaczył syndrom, który określić można jako sui generis antywiktorianizm. Modin pisze, że „model radziecki kusił młodych intelektualistów, którzy nie mogli przegapić żadnego pretekstu, by zbuntować się przeciwko swoim rodzinom i klasie społecznej”. To właśnie potrzeba kontestacji, której źródła tkwią nie tyle w retoryce „wojny o pokój”, ile w uwarunkowaniach społeczno-kulturowych, doświadczeniu Wielkiego Kryzysu i zanegowaniu systemu imperialnej dominacji, popchnęła przedstawicieli brytyjskiego establishmentu do zdrady ojczyzny. Należy przy tym podkreślić, że bezgraniczna wiara w rychły triumf komunizmu – o której w kilku miejscach książki mimochodem wspomina Modin – nigdy nie stanowiła głównego motoru działania szpiegów. Trudno uznać ich za piewców socjalizmu w wydaniu radzieckim, co we wspomnieniach czasem sugeruje sam autor. „[Agenci wierzyli] – pisze – że fundamenty rewolucji położono w Związku Radzieckim, ale jej przyszłość leży na Zachodzie”.

Za zależną kurtyną

W pierwszych raportach piątki z Cambridge wiele miejsca zajmują hasła walki z faszyzmem i kolonializmem. Nieprzypadkowo Philby’ego koledzy nazywali Kimem, nawiązując do powieści Rudyarda Kiplinga pod tym tytułem – utworu, którego akcja umieszczona została w kolonialnych Indiach. Z kolei Burgess doktorat swój poświęcił powstaniu sipajów, antybrytyjskiej irredencie na subkontynencie indyjskim.

Można założyć, że antyimperializm oraz specyficzna lewicowa wrażliwość, które popchnęły piątkę z Cambridge do współpracy z Rosjanami, z czasem ustąpiły miejsca krytyce polityki bloku zachodniego: zniechęceniu obłudą dyplomacji zimnowojennej oraz wyraźnemu antyamerykanizmowi. Pobudki materialne odgrywały drugorzędną rolę – przynajmniej tak uparcie twierdzi Modin. Trudno jednak założyć, że Philby, Maclean, Burgess, Blunt i Cairncross nie zdawali sobie sprawy z bezpośrednich skutków prowadzonej przez nich działalności. Ich raporty trafiały na biurko Stalina, Mołotowa i Berii. Informacje zawarte w wykradanych dokumentach miały znaczenie strategiczne. Setki, jeśli nie tysiące osób straciło przez nie życie.

Kilka przykładów: Maclean przekazywał Moskwie informacje o rządzie Władysława Sikorskiego. Cairncross udostępnił Kremlowi „wszystkie techniczne i polityczne aspekty prac nad bombą atomową” oraz tworzeniem NATO. Burgess wysyłał na Kreml wytyczne dla dyplomatów brytyjskich, negocjujących podczas kolejnych konferencji międzynarodowych los Niemiec. Modin z nieskrywaną satysfakcją podsumował sukcesy piątki z Cambridge: „Na Łubiankę codziennie docierały świeże informacje, które zamawialiśmy niczym garnitury szyte na miarę”.

Z perspektywy władz brytyjskich, Philby, Maclean, Burgess, Blunt i Cairncross byli po prostu zdrajcami, „kretami”, które należy bezlitośnie tępić.

Co na to popkultura?

Opowieść o losach piątki z Cambridge – wieloletnim wykradaniu informacji rangi państwowej i spektakularnej ucieczce na wschód – odcisnęła swoje piętno na wizerunku brytyjskiego kontrwywiadu. Jednocześnie rozpaliła wyobraźnię mediów i twórców kultury popularnej. W 1974 r. John le Carré opublikował na kanwie losów rosyjskich agentów powieść „Tinker, Tailor, Soldier, Spy”, którą w 2011 r. przeniósł na ekrany Tomas Alfredson (polski tytuł to „Szpieg”). Czy obrazy te – literacki i filmowy – są wiernym przedstawieniem historii piątki z Cambridge? Oczywiście, że nie – twierdzi Jurij Modin.

Gdzie tkwią największe różnice? Po pierwsze, praca Modina zawiera szczegółowe biografie szpiegów, których u le Carrégo i Alfredsona brak. Po drugie, emerytowany oficer KGB w zgrabny sposób wprowadza czytelnika w tło mocarstwowej rywalizacji, pokazując przy tym, w jaki sposób na mentalność politycznych graczy, działających w dobie zimnej wojny, wpłynęły procesy społeczno-gospodarcze okresu międzywojennego i II wojny światowej. Tego u pisarza i reżysera również nie znajdziemy.

Le Carrému i Alfredsonowi trzeba jednak oddać sprawiedliwość. Ich bohaterowie są przynajmniej po ludzku pełni wad, czego nie można powiedzieć o agencie wszech czasów, czyli bohaterze powieści Iana Fleminga. Dla wszystkich miłośników Jamesa Bonda, którzy tuż po premierze nowego filmu ze swoim ulubieńcem odświeżają sobie zapewne starsze produkcje, lektura książki Modina może być trudna. Autor brutalnie rozprawia się z szeregiem mitów narosłych w popkulturze, wyssanych z palca właśnie przez takich twórców jak Fleming. „W filmach, książkach i gazetach zwykle przedstawia się tajnych agentów jako błyskotliwych nadludzi” – stwierdza Rosjanin. I dodaje: „Nie ma nic odleglejszego od prawdy”. Szpiedzy w książce Modina to zwykli ludzie, cierpiący na depresje, łatwo wpadający w nałogi. O miłości do samochodów Aston Martin i wstrząśniętym (nie zmieszanym!) martini nie ma tam nic.

Przypis:

[1] Żałować należy, że polski wydawca zdecydował się na przekład książki z jej angielskiego, czyli wtórnego, tłumaczenia. Pierwodruk ukazał się bowiem w języku francuskim („Mes camarades de Cambridge”). Brytyjski wydawca dopuścił się – co wielokrotnie sugerował Modin – błędów i przeinaczeń.

 

Książka:

Jurij Modin, „Moja piątka z Cambridge”, przeł. Piotr Grzegorzewski i Marcin Wróbel, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2015.

SKOMENTUJ

Nr 357

(45/2015)
10 listopada 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj