Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Czy warto likwidować...

Czy warto likwidować gimnazja?

Emilia Kaczmarek

W Polsce reformy szkolnictwa stosuje się jak terapię szokową dla uczniów i nauczycieli. Przez ostatnie 25 lat system edukacji przypominał biurokratyczny roller coaster. Likwidacja gimnazjów to pomysł na kolejną ostrą jazdę bez trzymanki – tylko dokąd i po co?

Należę do jednego z pierwszych roczników, które kończyły szkołę podstawową na szóstej klasie i szły do gimnazjum, doświadczając reformy edukacji na własnej skórze. Pamiętam nauczycieli narzekających na nowe podręczniki i nowe przedmioty. W dzienniku wpisane mieliśmy zajęcia z „przyrody”, ale tak naprawdę dalej chodziliśmy na biologię i geografię. Z perspektywy czasu widać, że sami byliśmy przedmiotem nieustającego eksperymentu – ale nikt tego eksperymentu nie traktował poważnie.

W liceum co roku pojawiały się nowe plotki na temat tego, jak będzie wyglądać matura – będzie „stara” czy „nowa”? Tylko „rozszerzona” czy trzeba zdawać też „podstawową”? Najwięcej emocji wzbudzało jednak pytanie, czy w tym roku na maturę wróci obowiązkowa matematyka? W tej sprawie trzymano nas w niepewności, aż do ostatniej klasy liceum. Przechodziliśmy z klasy do klasy świadomi nieprzewidywalności systemu, który wydawał się dryfować w oparach absurdu gdzieś nad naszymi głowami.

Z perspektywy czasu widać, że byliśmy przedmiotem nieustającego eksperymentu – ale nikt tego eksperymentu nie traktował poważnie.

Emilia Kaczmarek

W swoim alternatywnym, biurokratycznym świecie Ministerstwo Edukacji Narodowej produkowało kolejne rozporządzenia, zalecenia, programy. A przecież, czego by nie zapisać na papierze, przeciętny nauczyciel będzie uczył tego samego i dokładnie w taki sam sposób, jak przez dziesięć ostatnich lat. Nie da się zmienić czyjejś postawy, kompetencji i umiejętności za pomocą samych rozporządzeń.

Czy gimnazja są siedliskiem zła?

Od początku istnienia gimnazjów panuje moda na narzekanie na gimnazjalistów. Jak jest faktycznie – nie wiadomo – i to jest właśnie podstawowy problem. Na wspólną cechę polskich reform, które powstają w oderwaniu od rzeczywistości, zwracała uwagę Joanna Tyrowicz: „Część wprowadzonych rozwiązań jest głęboko nieskuteczna, co wynika z procedur ich ewaluacji, a właściwie jej braku. Nie oceniamy, czy dane reformy osiągają swój cel, a w związku z tym ich nie poprawiamy. To nie jest polityka, a działania przypadkowe”. Przytoczona diagnoza dotyczyła polityki społecznej, ale reformy edukacji wprowadzano dokładnie w ten sam sposób – bez badań wstępnych, bez zdefiniowania celów i bez ewaluacji skutków. Z danych Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że szkolnej przemocy najwięcej jest nie w gimnazjach, a w szkołach podstawowych. Ale to Ministerstwo Edukacji powinno najlepiej wiedzieć, jaka jest sytuacja i dlaczego chce ją zmieniać.

Główny argument przeciwko gimnazjom mówi, że wyrwanie nastolatków z ich środowiska w okresie dojrzewania ma negatywne skutki dla ich rozwoju. Tylko czy faktycznie ktoś jest skądś wyrywany? W Warszawie i w okolicach wiele (a może większość?) gimnazjów to szkoły, które utworzono albo przy podstawówkach, albo przy liceach. Zajęcia odbywają się w tych samych budynkach, uczniów uczą ci sami nauczyciele. De facto uczniowie spędzają więc albo dziewięć lat w jednej szkole (podstawówka plus gimnazjum) albo sześć lat w drugiej (gimnazjum plus liceum). Po drodze czeka ich jednak więcej egzaminów.

Likwidacja gimnazjów i co dalej?

Wyobraźmy sobie, że nowy rząd faktycznie likwiduje gimnazja. Co się dzieje? Uczniów przenosimy z jednego budynku do drugiego, drukujemy nowe okładki do starych podręczników, zmieniamy nieco podział tego samego materiału i zmuszamy część nauczycieli do szukania pracy w innej szkole. To zmiany w wielu przypadkach raczej pozorne, ale jednocześnie bardzo kosztowne.

Gimnazja, które powstały przy podstawówkach, nie będą miały większego problemu. Ze ściany budynku przy drzwiach wejściowych zdejmie się jedną z dwóch czerwonych tabliczek, a uczniów wyśle się do liceum o rok wcześniej.

Prawdziwe problemy czekają te gimnazja, które powstały przy liceach – w Warszawie dotyczy to wielu tzw. „elitarnych” szkół, w tym samej czołówki rankingów. Do tej pory o wyborze szkoły podstawowej często decydowało to, czy jest blisko domu. Po 6 latach w „osiedlowej” szkole, przychodził czas na rywalizację o miejsce w „dobrym” gimnazjum i selekcję uczniów według wyników testów na kolejne sześć lat edukacji. Czy likwidacja gimnazjów przeniesie etap szukania „wyjątkowej szkoły dla mojego dziecka” na poziom podstawówek? Czy raczej podział na „dobre” i „złe” szkoły zacznie się wyraźnie rysować dopiero na poziomie liceum? Innymi słowy, czy likwidacja gimnazjów ma pomóc w wyrównywaniu szans edukacyjnych, czy wręcz przeciwnie – zwiększyć selekcję uczniów na poziomie szkoły podstawowej i zwiększyć liczbę szkół prywatnych? Na razie – nie wiadomo.

Jeśli nie likwidacja gimnazjów, to co?

Pomysłów na gruntowną reformę edukacji nie brakuje od lat. Wprowadzane w życie zwykle zamieniały się albo w chaos, albo w fikcję – i każdorazowo w morze papierków. Tymczasem istnieją rozwiązania, na które warto byłoby wydać publiczne pieniądze. Rozwiązania, które nie powinny wzbudzić większych kontrowersji. Coś oczywistego dla każdego dydaktyka i pedagoga. Co? Należy stopniowo zmniejszać liczbę uczniów w klasach.

W dobie niżu demograficznego w wielu polskich szkołach klasy dalej mają ponad trzydzieścioro uczniów, a w dzielnicach, w których powstały nowe osiedla, z powodu braku miejsca w budynkach, uczniowie uczą się na dwie zmiany! W podwarszawskim Piasecznie dzieci przebywają w szkole od godziny 7 do 18, od rana czekając w przepełnionej świetlicy na pierwszą lekcję, która zaczyna się o godzinie 13.25. Podobna sytuacja panuje na Białołęce, gdzie w jednej ze szkół od września tego roku pierwsze klasy mają przypisane numery od A do… R.

Istnieją rozwiązania, na które warto byłoby wydać publiczne pieniądze. Należy stopniowo zmniejszać liczbę uczniów w klasach.

Emilia Kaczmarek

Więcej małych szkół, więcej nauczycieli, mniejsze klasy – to jedna z najprostszych, choć oczywiście nie najtańszych, recept na lepsze wyniki edukacyjne i wychowawcze, bez względu na to, czy będzie to gimnazjum, podstawówka, czy liceum. W mniejszej klasie nauczyciel ma szansę poświęcić poszczególnym uczniom więcej uwagi, a każdy uczeń ma więcej czasu, żeby zabrać głos. Nie bez powodu zajęcia w prywatnych szkołach językowych nie odbywają się w grupach 30-osobowych. Niż demograficzny był – jak na razie zmarnowaną – szansą na poprawę polskiej edukacji. Z braku pieniędzy małe szkoły łączy się w większe lub likwiduje. To krótkowzroczna oszczędność.

Oczywiście inwestycja w mniejsze klasy i więcej szkół nie rozwiąże wszystkich problemów polskiej edukacji. Musimy najpierw odpowiedzieć na pytanie, czego chcemy w szkołach uczyć i czy to, czego dziś uczymy, jest komukolwiek potrzebne? A przede wszystkim – jak uczyć i wybierać tych, którzy nauczają – bo każda zmiana programu bez wyszkolenia nauczycieli zostaje tylko na papierze.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 358

(46/2015)
17 listopada 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj