Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Polska] Demokracja liberalna...

[Polska] Demokracja liberalna przeciw suwerennej

Krzysztof Iszkowski

To, że wieczorna pikieta 13 grudnia przeniosła się spod willi generała Jaruzelskiego pod willę Jarosława Kaczyńskiego nie jest pustą złośliwością. Antykomunizm był cechą określającą dawne Porozumienie Centrum, ale dzisiejsze wcielenie tej formacji politycznej bardziej żeruje na peerelowskich sentymentach, niż stara się ostatecznie zerwać z komunistycznym dziedzictwem.

Trafnie podsumował to w jednym zdaniu – na długo przed wyborami parlamentarnymi – Janusz Korwin-Mikke, według którego „PiS chce powrotu do PRL, z tą różnicą, że zamiast gminnego sekretarza PZPR ma być ksiądz proboszcz”. I rzeczywiście: najpotężniejszym człowiekiem w dzisiejszej Polsce nie jest prezydent, premier ani marszałek sejmu, lecz szef partii rządzącej. Nosi on co prawda tytuł prezesa, a nie pierwszego sekretarza, ale to czysto kosmetyczna różnica.

Do powyższej analogii dodać można kolejne: język i poziom intelektualny mediów wspierających nowy rząd, kompleksy i arogancję decydentów, przyjmowane już za oczywistość (np. przez Rafała Betlejewskiego) twierdzenie, że PiS reprezentuje ludzi biedniejszych, słabiej wykształconych i poszkodowanych przez kapitalizm. PZPR opierała swoją legitymację na tej samej podstawie, lapidarnie podsumowanej przez Mieczysława Rakowskiego, który o samym sobie powiedział, że gdyby nie ludowa Polska i robotnicza Partia, to do końca życia pasałby krowy.

Interpretowana w tym kontekście destrukcja Trybunału Konstytucyjnego nie jest zapowiedzią nowej odmiany faszyzmu (choć oczywiście pojawia się pytanie, jakie ustawy zamierza przez następne 4 lata uchwalać zwycięska partia, skoro tak bardzo zależy jej na tym, by utrudnić rzetelne badanie ich zgodności z Konstytucją), lecz reakcją na liberalną rewolucję, która dokonała się w Polsce ponad ćwierć wieku temu i która, jak się okazuje, nie została skonsolidowana.

Wiele realnie istniejących (i większość teoretycznie możliwych) odmian demokracji obywa się bez trybunałów konstytucyjnych. Jako oddzielny element porządku instytucjonalnego pojawiły się one w drugiej połowie XX w., a sensem ich istnienia jest nakładanie ograniczeń demokratycznie wybranym rządom i parlamentom. W tych momentach, kiedy demokracja staje w sprzeczności z liberalizmem, trybunały bronią tego ostatniego. Ich istnienie jest zatem niezwykle ważne dla demokracji liberalnej, ale nie dla „demokracji suwerennej”, którą próbują stworzyć Viktor Orbán i Jarosław Kaczyński.

To, czy Polska przestanie być demokracją w stylu zachodnim, nie jest jeszcze przesądzone. Wielotysięczna demonstracja naprędce zwołana przez Komitet Obrony Demokracji pozwala mieć nadzieję, że tak się nie stanie. Ale przetrwanie liberalnej demokracji będzie zasługą zwykłych obywateli, a nie tych, którzy ją stworzyli, ani nie tych, którzy przez ostatnie 8 lat podawali się za jej obrońców. Łatwość, z jaką nowy rząd podważył pozycję Trybunału Konstytucyjnego, pokazuje słabość liberalnej III Rzeczpospolitej. Jak pamiętamy z Kantowskiej rozprawy o wiecznym pokoju, prawa dobrze urządzonej republiki powinny być w stanie zapanować nawet nad inteligentnymi diabłami.

III RP nie została dobrze urządzona, bo jej prawo przegrywa w starciu zarówno z Ewą Kopacz, jak i Andrzejem Dudą. Dwuznaczności zapisów pozwoliły jej wybrać sędziów Trybunału „na zapas”, a jemu nieprzezornie nadały prerogatywę wetowania wyboru, tak jakby sędziowie nie mogli składać przysięgi przed sejmem. Podobnych niejasności jest w Konstytucji więcej – i nie jest to winą PiS, lecz tych, którzy taką właśnie konstytucję napisali i uchwalili w 1997 r.

Niedoskonałe prawo nie jest jednak jedynym powodem, dla którego Polska stanęła w obliczu antyliberalnej kontrrewolucji. Równie ważne – o ile nie ważniejsze – jest to, że elity III RP tak bardzo uwierzyły w spontaniczność i stabilność liberalnego ładu, że nie zajmowały się ani sferą idei, ani dystrybucją bogactwa. O ile prawica głośno mówiła (10 lat temu, tak samo jak dziś) o potrzebie mitu założycielskiego, o tyle mainstream III RP nigdy nie podjął poważnej próby uczynienia 4 czerwca świętem państwowym. Inaczej niż w większości liberalno-demokratycznych europejskich państw narodowych, nie stworzono spójnej narracji, która pokazywałaby, do jakich momentów w historii i jakich wartości odwołuje się współczesna wersja polskiej państwowości. A ponieważ równocześnie dano Kościołowi szeroki dostęp do systemu edukacyjnego, to w głowach wychowanego w całości w III RP młodego pokolenia zagnieździła się osobliwa i bynajmniej nie liberalna wizja polskiej historii i polskości w ogóle.

Nacjonalistyczne fantazje rozwijały się tym łatwiej, że żywiła je aż za dobrze odczuwana przez lud – a przez elity ignorowana – praktyka turbokapitalistycznej globalizacji. Dopiero 20 lat po przełomie, twórcy III RP (charakterystyczna jest tu postać byłego premiera Bieleckiego) zdali sobie sprawę, jak bardzo naiwne są neoliberalne wyobrażenia o „fali podnoszącej wszystkie łodzie”, bez względu na to, pod jaką banderą dryfują. Było już jednak za późno – „Polska solidarna” została zawłaszczona przez nacjonalistyczną prawicę, a fakt, że solidaryzm przeciwstawiono liberalizmowi, przyczynił się do tego, że obóz ten postanowił nie tylko przejąć władzę, lecz całościowo zmienić zasady funkcjonowania państwa. Jest to próba bardzo niebezpieczna, a winę, za to, że jest możliwa, ponoszą ci, którzy niefrasobliwie uznali, że powrót PRL nie jest możliwy.

SKOMENTUJ

Nr 362

(50/2015)
15 grudnia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj