Przez lata wyrażenie „terroryzm bliskowschodni” właściwie funkcjonowało jako oksymoron: Bliski Wschód był bowiem niemal nieustannie sceną działań terrorystów. Z regionem tym związani są też odlegli poprzednicy współczesnego terroryzmu, od starożytnych żydowskich zelotów po wczesnośredniowiecznych muzułmańskich asasynów. I choć współczesny terroryzm jest dzieckiem Europy, od rosyjskiej Narodnej Woli po anarchistów z niemieckiej Frakcji Czerwonej Armii czy Ruchu Drugiego Czerwca, to w mandatowej Palestynie terror stał się najbardziej widocznym narzędziem walki stosowanym przez obie strony arabsko-żydowskiego konfliktu.

Po powstaniu w 1948 roku Izraela bliskowschodni terroryzm osłabł na dwie dekady. Jednak działania terrorystyczne dramatycznie wzrosły za sprawą działań palestyńskich organizacji terrorystycznych po izraelskim zwycięstwie w wojnie sześciodniowej 1967 roku. Liczba ofiar wzrosła od kilkunastu do kilkudziesięciu rocznie, by osiągnąć szczyt w okresie drugiej intifady na przełomie wieków, kiedy to w zamachach w ciągu pięciu lat zginęło z rąk Hamasu niemal 1100 Izraelczyków. Wtedy to termin „bliskowschodni terroryzm” nie schodził z pierwszych stron gazet.

Terroryzm się przeprowadził?

Ale jak wynika z danych australijskiego Instytutu Ekonomii i Pokoju, badającego międzynarodowy terroryzm, na przełomie wieków nastąpiła znacząca zmiana w międzynarodowej strukturze terroryzmu – terroryzm zaczął się przemieszczać.

Już w roku 2008 liczba ofiar terroryzmu w Azji Południowo-Zachodniej zrównała się z liczbą ofiar bliskowschodnich.

Ta od roku 2015 systematycznie spada – z wyjątkiem jednorazowego drastycznego skoku w 2023 roku, będącego wynikiem rzezi Hamasu z 7 października. Zaś od 2018 roku do dziś, znów z wyjątkiem roku 2023, największą liczbę ofiar terroru rejestruje się w Afryce subsaharyjskiej. Zarazem jednak ogólna liczba ofiar terroru spadła na świecie w ciągu ostatniej dekady o połowę.

Publikowany przez Instytut Globalny Wskaźnik Terroryzmu (GTI), uwzględniający liczbę ataków oraz liczbę zabitych, rannych i uprowadzonych, systematycznie maleje od 2015 roku dla wszystkich części świata; dla Bliskiego Wschodu spadł o ponad 2 punkty na dziesięciopunktowej skali! Liczba ofiar śmiertelnych także spadła w tym okresie o 96 procent – i to mimo 1200 zabitych w hamasowskiej rzezi, czy ponad stu w zamachu w Kermanie w Iranie w rok później. Tymczasem w Afryce subsaharyjskiej obserwujemy wzrost GTI o 0,16 punktu – pozornie niewiele, ale w 2025 roku na ten region przypadła ponad połowa wszystkich ofiar śmiertelnych terroryzmu na świecie.

Dlaczego terroryzm na Bliskim Wschodzie zanika?

Dramatyczną poprawę sytuacji na Bliskim Wschodzie w ostatniej dekadzie należy przypisać dwóm kampaniom zbrojnym: toczonej w latach 2013–2017 brutalnej amerykańsko-iracko-kurdyjskiej wojnie z ISIS i toczonej w latach 2023–2025 jeszcze brutalniejszej izraelskiej wojnie z Hamasem. W pierwszej zginęło około 120 tysięcy osób po stronie kontrolowanej przez ISIS, z czego ponad jedną trzecia stanowili cywile. W drugiej wojnie ofiar było zapewne ponad 70 tysięcy, z czego cywile stanowili ponad połowę. Różnica w proporcjach wynika przede wszystkim z tego, że Gaza to niewielki i gęsto zabudowany obszar, z którego cywile nie mieli gdzie uciekać przed działaniami zbrojnymi. A ich śmierć była traktowana przez Hamas jako pożądany propagandowy atut. Należy jednak też pamiętać, że terytoria kontrolowane przez ISIS były niemal czterokrotnie ludniejsze od Gazy.

Obie kampanie zakończyły się militarną klęską terrorystów, co przy dysproporcji sił po obu stronach było właściwie nieuchronne. Nie osiągnięto jednak obiecywanego „całkowitego zwycięstwa”: Hamas kontroluje nadal około 40 procent terytorium Gazy i odmawia złożenia broni – oraz odniósł ogromny sukces polityczny za granicą, stając się symbolem walki ze znienawidzonym Izraelem.

W USA 13 procent młodych Amerykanów – i tyleż zwolenników Partii Demokratycznej – popiera Hamas, zaś młodzi demokraci bardziej popierają tę organizację, niż popierają rząd izraelski.

ISIS także nie zniknęło. Jego komórki nadal działają w Syrii, gdzie walczą teraz z rządami Ahmeda al-Szary, byłego wodza al-Kaidy. Al-Szara, tocząc wojnę z dyktaturą Baszara al-Assada, ogłosił zmianę frontu w sprawie terroru i zyskał poparcie Waszyngtonu. Liczba ofiar ISIS w Syrii w 2025 roku spadła o 83 procent w porównaniu z rokiem poprzednim. Ale te ataki sprawiły, że Syria pozostaje w pierwszej dziesiątce krajów dotkniętych terroryzmem – na szóstym miejscu. Listę te zamyka Izrael jako drugie państwo bliskowschodnie, które – gdyby nie liczba ofiar 7 października, uwzględnianych w perspektywie wieloletniej – w ogóle znalazłby się, z 9 atakami i 5 zabitymi w 2025 roku, daleko poza pierwszą dziesiątką. Tuż przed nim lokuje się Kolumbia, gdzie liczba ataków wzrosła w 2025 roku o niemal połowę, a zabitych o 70 procent – najgorszy rezultat od ponad dekady, związany z wydarzeniami lokalnymi, a nie globalnymi trendami. Podobnie warunki lokalne spowodowały, że Pakistan znalazł się na czele listy, ponosząc skutki ataków beludżyjskich separatystów oraz islamistów wspieranych przez Afganistan. Sytuacje w obu krajach mogą się w najbliższych miesiącach jeszcze dramatycznie pogorszyć.

Gdzie przeniósł się terroryzm?

Pozostałych sześć państw z pierwszej dziesiątki z największą liczbą ofiar ataków terrorystycznych to wszystko kraje subsaharyjskiej Afryki. Są atakowane przez ISIS lub – jak w Somalii – przez jego lokalny odpowiednik. Pokonana na Bliskim Wschodzie organizacja odrodziła się na Sahelu, afrykańskim regionie leżącym wzdłuż południowych obrzeży Sahary. Tutaj ISIS zagraża bezpieczeństwu całych państw. Najbardziej dramatyczna sytuacja panuje w Burkinie Faso, która w poprzednich latach znajdowała się na czele listy: to, że w 2025 roku zginęły jedynie 846 osoby, a nie, jak w latach poprzednich, ponad tysiąc, należy uznać za postęp.

Liczba zabitych spadła także w Nigrze, lecz wzrosła w Nigerii i Kongo. Zarazem w Nigerii, jedynym kraju regionu dysponującym armią zdolną do podjęcia zmasowanych działań przeciwko terrorystom, rośnie liczba cywilnych ofiar tej kontrofensywy. Przypomina to sytuacje z wojny z ISIS czy z Hamasem, ale nie wydaje się, by nigeryjscy wojskowi zdolni byli osiągnąć podobny sukces, nawet jeśli cywile zapłacą podobną cenę. Nigeria nie dysponuje po prostu porównywalną siłą rażenia. Z kolei terroryści mogą się chronić za nieporównywalnie większymi i pomocnym działaniom partyzanckim terytorium.

Rosyjskie wpływy w Afryce

Pod wieloma względami najbardziej beznadziejna sytuacja panuje w Mali, gdzie w ostatnich latach władzę objęła bezpośrednio armia, podobnie jak w Nigrze i Burkinie Faso. Obiecuje ona odrodzenie narodowe oraz zwycięstwo w wojnie z ISIS. W ramach tego pierwszego zerwała współpracę wojskową z Francją i USA, które wspierały cywilne władze w tej wojnie. Zachodnich wojskowych zastąpił rosyjski Afrika Korps, nowa nazwa oddziałów Wagnera, który rychło okrył się niesławą, pacyfikując wioski podejrzewane o współpracę z ISIS i jego sojusznikami z tuareskiego Frontu Wyzwolenia Azawad (ALF).

W całym Sahelu jednym ze źródeł konfrontacji jest konflikt między Tuaregami z północy a Czarnymi z południa, który w Mali przyjął postać otwartej wojny. Pacyfikacje wiosek mogą ten konflikt tylko nasilić. Afrika Korps przekonali się o tym na własnej skórze, gdy 9 lipca ALF skutecznie zaatakowało konwój 200 Rosjan i 100 Malijczyków, dążący na pomoc oblężonemu miastu Anefis.

Rosjanie z sukcesem werbują Afrykańczyków do udziału w swojej wojnie na Ukrainie. Według danych ukraińskich walczą ich już trzy tysiące, a dziesiątki trafiły do niewoli.

Z kolei mniej sukcesów Rosjanie odnoszą w wysyłaniu swoich własnych żołnierzy do walki w Afryce. Zwłaszcza z ISIS, która w przeszłości walczyła z Rosją w Syrii, a w samej Rosji przeprowadzała zamachy terrorystyczne (na przykład w Crocus City pod Moskwą w 2024 roku).

ISIS jest zdolne uderzyć na malijską stolicę Bamako, gdzie w kwietniu zabiła ministra obrony. Poparcie Afrika Korps dla rządu jest warunkowe; Rosjanie wycofają się, jeśli uznają, że walka jest przegrana. Tyle że ewentualny malijski sukces ISIS zagrozić może sąsiedniej i sprzymierzonej z Rosją Algierii, która sama od lat boryka się z wewnętrznymi konfliktami. Mali jest być może najbardziej chwiejnym elementem sahelskiego domku z kart, lecz upadek któregokolwiek z tamtejszych reżimów otworzy dla ISIS drogę do Maghrebu i do wybrzeży Morza Śródziemnego.

Terroryzm może się przeprowadzić ponownie, aż powróci tam, skąd do Afryki przybył.

Wojna w Mali jest kluczowa

Ta wojna, w której pada połowa światowych ofiar terrorystów, umyka naszej uwadze jeszcze bardziej niż bezpośrednie konsekwencje relatywnych zwycięstw nad ISIS i Hamasem. Jest oczywiste, że w obu kampaniach popełniono zbrodnie wojenne. Stanowi to podglebie, na którym nieuchronnie wyrośnie nowe pokolenie terrorystów, przekonanych, że wcale nie uprawiają terroru, a toczą świętą wojnę odwetu. Mało jest prawdopodobne, by w Izraelu, Syrii czy Iraku pozwolono im się zreorganizować i działać na nowo.

Ale bliskowschodni terroryzm przeniósł się nie tylko do Afryki, ale i do krajów globalnego Zachodu (Europa, Ameryka Północna, Australia), gdzie ataki na Żydów i żydowskie obiekty sprawiła, że roczna liczba ofiar śmiertelnych wzrosła – nadal według danych Instytutu – do 57, czyli o 280 procent. W Europie po 7 października wzrósł nie tylko antysemityzm, ale również islamofobia. W 2025 roku w Niemczech zarejestrowano 4096 antymuzułmańskich incydentów – ponad tysiąc więcej niż rok wcześniej.

W krajach demokratycznych, które nie toczą wojny, użycie bliskowschodnich metod walki z terrorem jest oczywiście (i na szczęście) niemożliwe. To jednak znaczy, że są one szczególnie narażone na ataki. Zwłaszcza takie, których źródła umykają naszej uwadze.