Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Tożsamość w procesie....

Tożsamość w procesie. O „Brudnym różu” Kingi Kosińskiej

Katarzyna Woźniak

Transpłciowa dziewczyna, która przeszła przez piekło odrzucenia i społecznego odcięcia. Przy życiu utrzymała ją wiara w Jezusa. „Brudny róż” to przejmujące credo Kingi Kosińskiej, współczesny głos Innego i jedno z mocniejszych wyznań ostatnich lat.

kinga-kosinska-brudny-roz_okladka

Ta książka zaskoczy każdego – nawet tego, komu nieobce są tematy związane z funkcjonowaniem społecznym przedstawicieli środowisk LGBT. Polska po raz pierwszy przeczytała o Kindze Kosińskiej w miesięczniku „Znak”, potem na łamach „Tygodnika Powszechnego” rozmawiał z nią Błażej Strzelczyk. Opowiedziała, jak to jest być osobą po korekcie płci w Polsce. I do tego głęboko wierzyć w Boga. Rozmowa, jak się można było spodziewać, wywołała wiele komentarzy. Miejmy nadzieję, że debiut Kingi Kosińskiej rozpocznie zbiorowy rachunek sumienia.

Trudno tę książkę sklasyfikować gatunkowo. Nosi znamiona pamiętnika, dziennika pełnego nagich emocji, opisu wspomnień traumatycznych przeżyć i intymnej relacji z procesu przemiany. W ubiegłym roku na rynku wydawniczym swoją obecność mocno zaznaczyły tytuły „Moja walka” Karla Ove Knausgårda, „Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzaty Halber i „Relaks amerykański” Juliana Strachoty. Każda z nich mówi o jakimś procesie, jest intymnym wyznaniem, które trudno wtłoczyć w jakieś gatunkowe ramy. „Brudny róż” również można do tej listy przejmujących wyznań dopisać, choć będzie wyróżniać się mocną, nieoczywistą tematyką i charakterem wyznania. Wrzuca czytelnika na głęboką wodę, bo pokazuje wciąż stawający się świat osoby transpłciowej.

Książka na pewno wzburzy środowiska katolickie. Poruszy tych, którzy uważają się za liberałów. Wytrąci z ręki oręż tym, którzy zakładają, że osoba transpłciowa nie może mieć nic wspólnego z Bogiem, a już na pewno z katolicyzmem. „Brudny róż” pokazuje, że i język kapituluje w nieoczywistych określeniach ontologicznych. Wspomnienie-wyznanie uszyte ze zdań najprostszych drażni i uwiera, bo pod warstwą narracyjną brzmi ludzki skowyt, rozpacz, a jednocześnie gotowość do ciągłej walki o siebie.

Już pierwsze zdania powodują emocjonalną huśtawkę. Bo narratorka jest kobietą, ale urodziła się jako chłopiec. Okres dojrzewania to dla niej czas wyjątkowo silnego ścierania się pierwiastków męskiego i żeńskiego. Kinga opowiada, jak powoli, boleśnie docierała do podwalin swojej tożsamości. Obserwujemy jej codzienność: od zmagań z uporczywym zarostem, który bezskutecznie próbowała ukryć pod grubą warstwą pudru, przez pierwsze sercowe problemy i młodzieńcze poszukiwania swojej seksualności aż po odważne wyznanie przed rodzicami i przyjaciółmi. Kinga przyjmowała na siebie kolejne społeczne razy, oskarżenia o bycie gejem, zboczeńcem i dziwolągiem. Na szczęście miała oparcie w rodzicach. A ilu jest takich, którzy go nie mają?

Była przekonana, że tranzycja wszystko zmieni. W końcu to zewnętrzna powłoka przeszkadza nam w identyfikacji najbardziej. Okazało się, że szyderczy śmiech pacjentów i personelu medycznego w sali szpitalnej to dopiero początek. Że „zmiana skóry” to pierwsza stacja na długiej drodze do odnalezienia siebie i określenia swojej tożsamości. I że ta ostatnia nigdy nie jest nam dana raz na zawsze. Odnajdujemy ją w ciągłym zaprzeczaniu i męczącym poszukiwaniu. „Możemy wewnętrznie dzielić się na kilka części, może w nas panować nieład, sprzeczności – pisze Kosińska – ale to wszystko my, taki jest człowiek. Można z tego czerpać. Trzeba tylko być świadomym, nie wymuszać na sobie optymizmu, który bywa tak nachalny i bezpodstawny, ale odnaleźć siebie w poszukiwaniu, w kwestionowaniu”.

Podziw (być może także zdumienie) budzi w nas fakt, że siłę do bycia i życia po próbach samobójczych, pobycie w szpitalu psychiatrycznym, szykanach, aktach wykluczenia i bolesnych drwinach Kinga znalazła w wierze w Jezusa. Jej wyznania są pozbawione egzaltacji czy deklaracji o własnym męczeństwie, choć niejednokrotnie pobrzmiewają tu gorycz i niedowierzanie: „Ludzie chyba potrzebują «innego», żeby go obwiniać o to, jaki ten świat jest. Zdejmują z siebie odpowiedzialność za to, co się wokół nich dzieje. Nawet katolicy zapominają o nauczaniu Jezusa. Wiedzą lepiej. Nierzadko to kapłani”.

Największym walorem wyznania Kingi Kosińskiej jest to, że nikogo nie oskarża. Nie rozdaje razów na oślepnie podkreśla żalu ani rozpaczy. Książka pali sumienie, bo Kinga pyta. Zadaje pytania najprostsze, naiwne. A czy są na świecie ważniejsze niż właśnie te?

Co stanowi o naszej przynależności do płci? Dlaczego w tłumie jesteśmy odważniejsi? Czy w człowieku zło jest tak samo banalne jak dobro? Czy Bóg naprawdę wszystkich kocha tak samo? Co oznacza pojęcie tolerancji? Czy da się je zmierzyć i zważyć? Dlaczego w tłumie wyśmiewamy Innego, a stając z nim twarzą w twarz, odwracamy wzrok, zawstydzeni?

Wyznanie Kingi Kosińskiej porusza, prześwietla światopogląd, każe dotrzeć do jego fundamentów. Zmusza do rozmontowania zbioru pojęć, które dotychczas wydawały się nam oczywiste, na maleńkie podzbiory, a te – na jeszcze mniejsze. Dzięki temu każdą część oglądamy oddzielnie, pod światło. Jeśli do tej pory uważaliśmy się za humanistów i osoby tolerancyjne, ta książka sprawi, że zweryfikujemy nasze mniemanie o sobie. Dajmy się sprowokować.

 

Książka:

Kinga Kosińska, „Brudny róż”, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2015.

SKOMENTUJ

Nr 365

(1/2016)
5 stycznia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj