Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Siedem pięter absurdu....

Siedem pięter absurdu. Recenzja filmu „Swobodne opadanie” Györgya Pálfiego

Katarzyna Pochmara-Balcer

„Swobodne opadanie” to kolejny niskobudżetowy film Györgya Pálfiego, twórcy, który od kilku lat nie może uzyskać na Węgrzech wsparcia dla swoich większych projektów. Prowokacyjna groteska, w której doświadczenie reżysera miesza się z młodzieńczą świeżością, to kino niezależne w najlepszym wydaniu.

W opublikowanej w latach 70. poprzedniego wieku powieści „Życie. Instrukcja obsługi” Georges Perec ruchem skoczka szachowego oprowadza czytelników po kolejnych mieszkaniach pewnej paryskiej kamienicy. Z tego efektownego sposobu prezentacji ludzkich losów korzysta także György Pálfi w „Swobodnym opadaniu”. Jego skoczek niewiele ma jednak wspólnego z szachami. To zmęczona nudnym małżeństwem i udającymi rozmowę monologami emerytka (doskonała Piroska Molnár, polskim widzom znana z „Dużego zeszytu” Jánosa Szásza), która wdrapuje się na dach bloku, by śmiałym skokiem położyć kres swojej jałowej egzystencji. Aby jednak uczynić zadość konwencji groteski, wyznaczającej ślad, po którym w swoim najnowszym filmie kroczy Pálfi, kobieta uchodzi z życiem. Niedoszła samobójczyni podnosi z betonu swoje zniszczone okulary i pełne plastikowych butelek torby na zakupy, by ponownie (który już raz?) rozpocząć wędrówkę na dach budynku. Powoli wtacza się z tobołami na kolejne piętra osobliwego bloku. Towarzysząc jej w tej podróży, na krótką chwilę zajrzymy za drzwi mijanych przez nią mieszkań.

Każdy z siedmiu lokali kryje w sobie uniwersum nadające się na osobny film, odrębny będzie też filmowy język użyty do opisu poszczególnych historii. Rozgrywające się na kolejnych piętrach sceny to odważny melanż konwencji i gatunków, odległych od siebie o filmowe lata świetlne. Frywolny sitcom przeplata się z surrealistyczną sceną przyjęcia, jakby żywcem wyjętą z Buñuelowskiego „Widma wolności”, a rodzinny dramat widziany oczyma kilkulatka z osobliwym obrazem miłosnego zbliżenia dwojga ludzi przeczulonych na punkcie higieny. Ten stylistyczny miszmasz układa się ostatecznie w całkiem spójną całość, a Pálfi zawdzięcza to temu, że pod maską kpiącego z wszelkich zasad wesołka kryje się twórca autentycznie zainteresowany ludzką kondycją w jej najróżniejszych i najdziwniejszych odcieniach.

freefallstill_adj--12

Prezent koreańskiej wróżki

Pálfi, jeden z najbardziej wyrazistych współczesnych filmowców węgierskich, dał się poznać dzięki nagradzanym, choć przeznaczonym raczej dla obytej festiwalowej publiczności, „Czkawce” i „Taksidermii”. Niestety zmiany w państwowym systemie finansowania kinematografii wprowadzone po objęciu rządów przez Viktora Orbána dotknęły reżysera tak boleśnie, że musiał on – podobnie zresztą jak większość jego kolegów po fachu – poważnie zrewidować swoje projekty. Zanim nowy system zaczął działać, zlikwidowano stary, w związku z czym produkcja filmowa na Węgrzech stanęła. Pálfi, który musiał wówczas wstrzymać prace nad filmem historycznym wymagającym sporych nakładów finansowych, nie dał tak łatwo za wygraną. W ten sposób powstał pokazywany w 2012 r. festiwalu w Cannes film „Panie, panowie – ostatnie cięcie”, postmodernistyczny i – co ważne – niskobudżetowy obraz złożony z samych filmowych cytatów. Reżyser prześwietlił spory kawał światowej kinematografii w poszukiwaniu archetypicznych scen, które połączył w jedną historię miłosną, zestawiając ze sobą między (wieloma) innymi trwające kilka sekund fragmenty „Twin Peaks”, „Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków”, „Dirty Dancing” czy „Powiększenia”. Jak potem przyznawał w wywiadach, było to jedyne wyjście w sytuacji, gdy pieniędzy wystarczyło wyłącznie na postprodukcję.

I już się zdawało, że będzie to łabędzi śpiew twórcy, który nie mogąc zdobyć środków na kolejne filmy, zaczął rozważać zakończenie kariery, kiedy władze Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w południowokoreańskim Jeonju przyznały mu fundusze wystarczające do tego, by wystartować z pełnometrażowym projektem. Siedmiogrodzki dziennikarz i poeta Attila Zsolt Papp przyznał, że doskonale rozumie, dlaczego Koreańczycy sfinansowali najnowszy film Pálfiego. Jest to bowiem obraz szalony, a w tym określeniu kryje się rzecz jasna największa pochwała, choć niekoniecznie na Węgrzech, gdzie ubiegający się o finansowanie filmu reżyserzy muszą nieustannie korygować scenariusze, by sprostać wydumanym wymaganiom państwowej komisji. Taki obrót spraw był więc jak prezent dobrej wróżki dla Kopciuszka.

„Swobodnemu opadaniu” bliżej jednak do „Alicji w krainie czarów”, tak osobliwa okazuje się rzeczywistość siedmiopiętrowego bloku z przyjemnym widokiem na Budapeszt. Zanim staruszka skoczy, popatrzymy jeszcze na jaśniejący za jej plecami Pomnik Wolności, wzniesiony ku czci broniących miasta radzieckich żołnierzy. Skoro opadanie ma być swobodne, wybór scenerii wydaje się bezdyskusyjny.

freefallstill_adj--23

Taksidermia w wersji sterylnej

Chwilę po cudownym ocaleniu z nieudanego samobójstwa wkraczamy na seans medytacyjny, na którym duchowy guru usiłuje ujarzmić niesfornie lewitującego ucznia. W kolejnym mieszkaniu w gronie dystyngowanych muzyków odbywa się eleganckie przyjęcie, na którym snuje się ignorowana przez wszystkich naga kobieta. Następne drzwi są dodatkowo zabezpieczone kratami. Próg mieszkania przekracza młody mężczyzna. Zdejmuje z siebie strój myśliwego, bierze prysznic i zakłada obcisły kombinezon. W sterylnym mieszkaniu czeka kobieta. Całują się przez osłonięte rękawiczką palce. W tym obrazie aseptycznej pary szorującej drucianą gąbką wymuskaną marchewkę i kochającej się przez folię jest jakieś odwrócenie porządku znanego z „Taksidermii”, świadomie obleśnego karnawału obżarstwa, wymiotów i zjadanych przez koty ludzkich wnętrzności. Paradoksalnie to właśnie w tym białym wnętrzu Pálfi najpełniej przypomina starego dobrego gorszyciela, którego prowokacje na długo pozbawiały widzów apetytu.

„Swobodne opadanie” nie jest po prostu surrealistyczną wariacją na temat życia w pewnym bloku. To gra metaforami i terapeutyczne ucieleśnianie lęków, z którymi się borykamy. 

 Katarzyna Pochmara-Balcer

Nieco wyżej w konwencji sitcomu rozgrywają się absurdalne losy pewnego miłosnego trójkąta, a w Pálfim budzi się żywioł parodysty. Pomiędzy scenami wyskakuje pastelowy napis „Słodki trójkąt”, a puszczany z offu śmiech publiczności nie pozostawia wątpliwości co do tego, kiedy należy docenić poszczególne gagi. Ale wyższe piętra są już zarezerwowane dla poważnych dramatów. Bo oto młoda matka odwiedza prywatnego ginekologa. Ponure wnętrze oświetla tylko mała lampka i światło z komputera. Mieszkanie jest ciasne, atmosfera napięta, kamera skacze pomiędzy lekarzem a pacjentką, co potęguje jeszcze wrażenie osaczenia. Na myśl przychodzi od razu pewna nieznośnie długa scena z rumuńskiego „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” Cristiana Mungiu, kiedy bohaterka usiłująca dokonać nielegalnej aborcji uzgadniała warunki z podejrzanym lekarzem. Problem w tym, że tutaj dziecko jest już na świecie i zdenerwowana kobieta co chwilę na nie zerka. Za moment rozmiłowana w grotesce wyobraźnia Pálfiego – jak wielokrotnie w „Taksidermii” – po raz kolejny wstrząśnie zawartością naszego żołądka. Ostatnie zaś drzwi odkryją przed nami małego chłopca gnębionego przez nazbyt surowego ojca, którego udrękom ze spokojem przyglądać się będzie byk.

freefallstill_adj--41

Filmowa armia metafor

„Swobodne opadanie” nie jest po prostu surrealistyczną wariacją na temat życia w pewnym bloku. To świadoma gra metaforami i niemal terapeutyczne ucieleśnianie lęków, z którymi się borykamy. Pod tym względem charakterystyczna wydaje się scena z udziałem młodej matki, stanowiąca urzeczywistnienie skrywanych głęboko myśli, do których mało która kobieta odważyłaby się przyznać nawet przed samą sobą. Pálfi przenosi je na ekran w skali 1:1, bez łagodzenia czy szukania dla nich odmiennych środków wyrazu. Pod tym względem „Swobodne opadanie” stanowi dziwaczny mariaż symboliki z dosłownością, na których weselu reżyser bawi się niczym debiutant. Jednocześnie jednak swoim doświadczeniem i świadomością twórczą mocno trzyma w ryzach całość przedsięwzięcia, nie pozwalając, by rozpadło się ono na siedem odrębnych historii, których jedynym wspólnym mianownikiem miałoby być przywołane przez Pappa określenie „szalony”.

Kiedy Viktor Orbán oddawał los węgierskiej kinematografii w ręce Andrew G. Vajny, hollywoodzkiego producenta rozmiłowanego w kinie akcji, miał nadzieję, że ta decyzja będzie początkiem odnowy zepsutego jego zdaniem kina znad Dunaju. Biorąc pod uwagę, jak dobrze, mimo tej obłąkanej wizji naprawczej, radzą sobie pozbawieni wsparcia filmowcy, możemy tylko mieć nadzieję, że nawet jeśli sen o Hollywood opanuje także naszych rodzimych decydentów, to jednak twórcy nie dadzą mu się zmorzyć.

Film:

„Swobodne opadanie”, reż. György Pálfi, Węgry, Francja, Korea Południowa, 2014.

SKOMENTUJ

Nr 366

(2/2016)
12 stycznia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj