Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Polityka nie dla...

Polityka nie dla młodych

Z Rafałem Matyją rozmawia Łukasz Pawłowski

Polska scena polityczna jest zdominowana przez 50- i 60-latków. Niewykluczone, że pokolenie dzisiejszych 20- i 30-latków będzie musiało szukać własnych rozwiązań, by w sposób podmiotowy wejść do polityki.

Łukasz Pawłowski: Na protestach Komitetu Obrony Demokracji brakuje ludzi młodych, choć wydawałoby się, że to oni, podobnie jak w roku 2005, będą tą grupą, która najgłośniej wystąpi przeciwko PiS-owi. Tak się nie dzieje. Dlaczego?

Rafał Matyja: Część odpowiedzi zawarta jest w pana pytaniu – młodzi zaczęli występować przeciwko PiS-owi dopiero w roku 2007, w czasie wyborów parlamentarnych, nie w 2005. A teraz oczekuje pan, że wyjdą na ulicę już po kilku miesiącach? Z punktu widzenia wielu Polaków – nie tylko młodych – którzy polityką niespecjalnie się interesują, to jest dopiero początek rządów nowej władzy. Komentatorzy i publicyści, czyli osoby aktywnie zajmujące się analizowaniem polityki, postrzegają sytuację inaczej.

Fot.: thebluediamondgallery

Nie wszyscy uczestnicy manifestacji KOD to publicyści.

Jasne, ale z pewnością to osoby bardzo aktywne. Myślę, że spora część z nich to czytelnicy zachęcającej do manifestacji „Gazety Wyborczej”, która mocno krytykowała PiS, na długo zanim doszedł on do władzy. Myślę, że obok grupy tych, których zbulwersowała dopiero sprawa Trybunału, sporo jest takich, którzy są wrogami partii Kaczyńskiego, bez względu na to, co ona zrobi.

Młodzi nie należą do żadnej z tych grup?

Młodzież nie widzi dziś żadnego powodu, dla którego mogłaby uczestniczyć w tak ostrej formie sprzeciwu, jaką jest protest uliczny. Część – nawet jeśli nie popiera PiS – w zbyt małym stopniu interesuje się polityką, by dotarło do nich, że coś jest nie tak. Inni – i sądzę, że tych jest najwięcej – nie wierzy ani PiS-owi, ani partiom opozycyjnym, których liderzy czynnie uczestniczą w manifestacjach. Jeszcze inni uważają, że protesty KOD-u służą przede wszystkim obronie status quo, establishmentu, a zatem nie chce dać się wciągnąć w taką grę.

To narracja PiS-u…

Ale jest w niej także trochę prawdy. Proszę pamiętać, jak silny był motyw zerwania z rządzącą elitą w kampanii wyborczej – prezydenckiej i parlamentarnej, jaka była kampania Bronisława Komorowskiego i jak niechętna młodemu elektoratowi była reakcja establishmentu na wynik I tury wyborów prezydenckich.

I dlatego młodzi masowo zagłosowali na partie antysystemowe, jak Korwin czy Kukiz’15?

To głosy oddane na polityków, którzy łamią polityczną poprawność, rzucają hasła wyraziste, prześmiewcze i proste zarazem. Myślę, że gdyby w Polsce działał Ruch Pięciu Gwiazd, jak we Włoszech, ludzie głosujący dziś na Kukiza czy Korwina zagłosowaliby na Beppe Grillo. To może być odruch pokoleniowego sprzeciwu wobec całej klasy politycznej. Proszę pamiętać, że PiS w grupie najmłodszych także miał poparcie niższe niż wśród ogółu głosujących.

Nie znaczy to, że część młodzieży, która ma poglądy inne niż prawicowe, nie wzięłaby udziału w manifestacjach przeciwko PiS-owi. Problem w tym, że to, co robi KOD, nie odwołuje się do haseł, które trafiałyby do tych ludzi. Wielu młodych Polaków uznaje sprawę TK za kolejną odsłonę wojny wewnątrz establishmentu, która ich nie dotyczy.

Czy zatem KOD ma potencjał do tego, żeby stać się siłą trwale podmywającą rząd i kontrolującą polityków, czy też jest to chwilowy wykwit, który albo się wypali, albo zawali pod ciężarem wewnętrznych konfliktów.

Nie sądzę, żeby to mogła być trwała formuła. Brakuje jej polityczności. Ludzie na manifestacjach idą tam przeciwko PiS-owi, ale już nie za czymś konkretnym. Ponadto spotykają tam ludzi z już działających partii. I dlatego nie jest to dobry zalążek ruchu, który uzupełniłby paletę ugrupowań politycznych.

W czasie poprzednich rządów PiS-u pojawiały się podobne inicjatywy, np. Ruch Na Rzecz Demokracji poparty przez rozmaite autorytety, plotkowano o wspólnym projekcie Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego. Nic z tego nie wyszło. KOD również będzie ruchem doraźnym, chyba że radykalnie zmieni sposób działania. Trudno mi jednak wymyślić formułę, na którą chętnie zgodziliby się zarówno Grzegorz Schetyna, jak i Ryszard Petru. Nie wierzę również w to, że Mateusz Kijowski wyrośnie na trybuna ludowego.

A czy sama opozycja ma potencjał do sformułowania alternatywy wobec PiS-u? Nowoczesna od dawna notuje w sondażach poparcie powyżej 20 proc., Platforma zaś po kilku miesiącach wewnętrznego chaosu w końcu wybrała nowego lidera.

Najważniejszym zadaniem dla Grzegorza Schetyny będzie pozbieranie partii, bo PO jest w rozsypce. To niedawna partia władzy, a w wyborach na przewodniczącego wzięło udział tylko nieco ponad 7 tys. osób.

Od kilku tygodni było wiadomo, kto wygra, ponieważ pozostali kandydaci wycofali się z rywalizacji. To mogło zniechęcić ludzi do oddania głosu.

To nie ma znaczenia. W tym wypadku oddanie głosu należało potraktować jako wyrażenie poparcia dla partii, chęci, żeby przetrwała. Jeśli w Platformie jest raptem 7 tys. osób, którym zależy na niej w tak elementarnym stopniu, to bardzo mało. Partię trzeba więc zbudować na nowo, a Schetyna ma przed sobą co najmniej trzy przeszkody na tej drodze.

Pierwsza polega na tym, że nie jest nową twarzą i ponosi odpowiedzialność za rządy PO, zwłaszcza w ich pierwszym okresie. Po drugie, jest słabym mówcą, a co więcej – nie widzę w Platformie nikogo, kto wziąłby na siebie tę rolę. Po trzecie, i najważniejsze, nowy przewodniczący nie ma pomysłu na partię i bardzo trudno będzie mu go wypracować, bo formuła partii władzy bardzo ją rozleniwiła i umocniła bezideowość. Atutem Schetyny jest oczywiście gigantyczny zasób organizacyjny i władza wciąż sprawowana w 15 województwach, ale nie jestem pewien, czy to da się przekuć na zwycięstwo.

Pierwsze wystąpienie szefa PO wypadło bardzo słabo. Co więcej – było kompletnie nieprzygotowane, mimo iż nowy przewodniczący od dawna wiedział, że wygra.

Gdyby ono było tylko źle wygłoszone, ale miałoby w sobie jakiś pomysł, nie byłoby źle. Ale pomysłu także nie ma. Elity Platformy od lat były selekcjonowane tak, by stanowić dobre narzędzia rządzenia, ale jednocześnie nie rodziły zagrożenia dla Donalda Tuska. Gdy przez długi czas dobiera się ludzi w ten sposób, trudno potem zmobilizować partię do działania. Jest także problem własnego języka, który PO przez lata traciła. Nie mogę sobie wyobrazić, w jaki sposób miałaby trafić do wyborcy rozczarowanego PiS-em, szczególnie że obok siebie ma Nowoczesną.

Czy te dwa ugrupowania – PO i Nowoczesna – są skazane na współpracę, czy też już wkrótce po stronie opozycji zacznie się wojna? W takiej sytuacji PiS wygrywa.

Przez najbliższe lata muszą współpracować, ale jednocześnie wykorzystywać każdą słabość partnera dla powiększenia nad nim przewagi. Nikomu nie opłaca się jednak grać na całkowite wyniszczenie przeciwnika, bo po ewentualnych wyborach parlamentarnych obie partie mogą być skazane na koalicję i wspólnie muszą zapracować na większość. Taki z pewnością jest główny cel PO – wrócić do władzy, a nie zniszczyć Nowoczesną.

Dostrzega pan jakieś zapowiedzi przedterminowych wyborów?

Pan chciałby rozmawiać tak, jakby to był drugi czy trzeci rok rządów PiS, a nie trzeci miesiąc.

Tak intensywnych trzech miesięcy chyba jeszcze nie mieliśmy w historii III RP.

Ale żeby obecne wydarzenia znalazły jakiekolwiek odzwierciedlenie w sondażach, musi upłynąć dużo czasu. Wie pan, co się stało z elektoratem SLD bezpośrednio po ujawnieniu afery Rywina? Absolutnie nic. Spadki pojawiły się dopiero po jakimś czasie.

Ludzie nie żyją w takim tempie jak media. Przeciętni wyborcy reagują inaczej niż komentatorzy. Ale nawet jeśli spojrzymy na komentatorów, proszę się zastanowić, ilu z nich radykalnie zmieniło zdanie i ze zwolenników PiS-u zmieniło się w jego krytyków? Ja takiego przesunięcia nie widzę. Jarosław Kaczyński jeszcze nie zniechęcił do siebie osób początkowo mu życzliwych.

A czy w samym PiS może dojść do pęknięć i utraty tej niewielkiej przewagi głosów w parlamencie, czy też zagrożeń ze środka nie ma?

Dużą moc scalającą miało głosowanie w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Jarosław Kaczyński sprawił, że nawet centrowa część partii zrobiła coś, co wykopało rów między nią a establishmentem. Po takim zdarzeniu na ruchy tektoniczne w PiS-ie przyjdzie jeszcze trochę poczekać. Dodatkowym zabezpieczeniem dla prezesa na wypadek utraty większości są także transfery z klubu Pawła Kukiza. Nie wiemy jednak dziś, ilu posłów Kukiza w warunkach kryzysu faktycznie udałoby się Kaczyńskiemu przeciągnąć. Bo nie sądzę, by chciał mieć w Kukizie po prostu partnera koalicyjnego.

Jaki jest długofalowy cel Jarosława Kaczyńskiego? Czy chce czegoś więcej niż po prostu poszerzania i utrzymania władzy?

Kaczyński zapewne naprawdę chce, żeby różnym grupom społecznym w Polsce żyło się lepiej. Ale czy jego działania temu służą? Jego koncepcja wynika z pewnego rozczarowania skutkami transformacji, z przekonania, że Polakom trzeba pomóc, bo oni sami są kompletnie niezdolni do tego, by sobie ów dobrobyt zapewnić. Potrzebna jest więc partia-opiekun, która tę wojnę wygra za nich. Żeby jednak mogła realizować swoje zapowiedzi, musi być możliwie silna i musi pokonać swoich wrogów. Od polityków PiS-u słyszymy więc, że najpierw trzeba oczyścić przedpole, żeby potem móc rządzić skutecznie. Ale w latach 2005–2007 czyszczenie przedpola nigdy się nie skończyło.

Teraz może być podobnie, bo zawsze znajdzie się jakaś instytucja, która przeszkadza.

Poza tym część wrogów – tak jak poprzednio – będzie miało charakter wewnętrzny. Jest to zatem opowieść, która choć zaczyna się dobrze – stworzymy rząd dla Polaków, który będzie rządził w ich interesie – to jednak przez ową wojenną retorykę zostaje rozbita. W ostatecznym rachunku zawsze logika partyjna zwycięża nad państwową i w pewnym sensie ją niszczy.

Czy w programie PiS-u dostrzega pan jakąś ofertę dla młodzieży? Na pierwszy rzut oka to grupa, która w myśleniu strategicznym tej partii jest całkowicie nieobecna – zamiast propozycji dla nich, słyszymy o darmowych lekach dla emerytów czy obniżce wieku emerytalnego. Nawet 500+ nie jest ofertą stricte dla nich.

Grupa trzydziestoparolatków, czyli pokolenia ostatniego wyżu demograficznego, jest wciąż bardzo słabo obecna w polityce. Jedyne wybory, w których zaznaczyła jakoś swoją obecność, to były wybory samorządowe w zeszłym roku, gdy prezydentami miast zostawali ludzie przed czterdziestką. A tymczasem w rządzie jest tylko jeden 30-latek i jest nim minister sportu, a więc nie postać szczególnie ważna. Tylko jeden z polskich europarlamentarzystów został wybrany przed czterdziestką i był to Jarosław Wałęsa, na którego głosowano raczej ze względu na nazwisko niż na wiek.

Polska scena polityczna jest zdominowana przez 50- i 60-latków. Niewykluczone, że pokolenie dzisiejszych 20- i 30-latków będzie musiało szukać własnych rozwiązań, by w sposób podmiotowy wejść do polityki. Dla nich obecna konfiguracja partyjna jest nie do zaakceptowania. A zatem masowo zaangażują się w politykę dopiero wówczas, gdy pojawi się ugrupowanie, które zacznie mówić ich językiem o problemach, które ich dotyczą.

SKOMENTUJ

Nr 369

(5/2016)
2 lutego 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj