Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Od everywoman do...

Od everywoman do self-made woman. Recenzja filmu „Brooklyn” Johna Crowleya

Monika Żychlińska

Doświadczenie migracji bywało dla wielu drogą do niezależności, sukcesu i przybrania nowych, bardziej „udanych” tożsamości. Czy jednak po pobycie w „kraju ludzi wolnych” można jeszcze kiedyś poczuć się swobodnie we własnym? I czy sen o Ameryce bądź innym raju musi koniecznie się ziścić?

„Brooklyn” to kameralna, opowiedziana w nieco staroświecki i dość niespieszny sposób, historia młodej kobiety, która decyduje się wyjechać z Irlandii, aby szukać szczęścia na „ziemi ludzi wolnych i [w] domu ludzi dzielnych”. Dla Eilis Lacey (świetna Saoirse Ronan) emigracja do Ameryki jest doświadczeniem powiększającym zakres osobistej wolności. Przede wszystkim wolności do decydowania o sobie, swoim życiu, planach na przyszłość. O tym, gdzie mieszkać, w jakim zawodzie pracować, za kogo wyjść za mąż. „Brooklyn” to także opowieść o losie migranta, zawieszonego między pragnieniem emancypacji i możliwością wymyślenia siebie na nowo a tęsknotą za rodziną i przyjaciółmi, za tym, co znane i oswojone. Eilis żyje pomiędzy Brooklynem, gdzie czuje się u siebie, a Irlandią, gdzie jest jej dom. I choć decyzje dotyczące powrotu do Irlandii, a następnie ponownego wyjazdu do Ameryki, los podejmuje niejako za nią, migracja odciska na jej życiu niezatarty ślad. Eilis wie już, że cokolwiek się stanie i gdziekolwiek będzie mieszkać, da sobie radę. Niestety, jej historia opowiedziana jest w sposób, który doświadczenie migracji idealizuje, podkreśla jego emancypacyjny potencjał, a pomija trudniejsze i bardziej dramatyczne aspekty.

 brooklyn (4)

Eilis w Brooklynie

Wróćmy jednak do początku historii Eilis. Są lata 50. XX w. Eilis (w tym imieniu pobrzmiewa nawiązanie do Ellis Island – wyspy w porcie Nowego Jorku, przez którą przybyła do Ameryki większość migrantów z Europy) to irlandzka everywoman, niczym niewyróżniająca się na tle rodzimej społeczności. Jej życiorys schematycznie wpisuje się w długą tradycję migracji z Irlandii do USA. Eilis, z zawodu ekspedientka, mieszka z matką i siostrą w ubogim miasteczku na irlandzkiej prowincji, gdzie – jak sugerują kolejne kadry filmu – stale jest pochmurno i albo właśnie pada, albo zanosi się na deszcz. Choć bohaterka nie klepie biedy, to szanse na poprawę jej sytuacji życiowej są niewielkie. Decyzja o wyjeździe wydaje się oczywistością dla bardziej ambitnych i odważnych mieszkańców i mieszkanek wyspy, zwłaszcza że na Brooklynie prężnie działa wspólnota migracyjna Irlandczyków, której organizatorem jest znany wszystkim ksiądz (Jim Broadbent). On po ojcowsku zaopiekuje się Eilis. Znajdzie jej pracę i mieszkanie, a nawet zdobędzie – poprzez nałożenie pokuty finansowej na jednego z parafian – środki na opłacenie jej studiów w Brooklyn College.

Emancypacja Eilis została wpisana w konserwatywne ramy, polega na poszerzaniu zakresu wolności „do”, a nie wolności „od”.

 Monika Żychlińska

Z punktu widzenia Irlandii Eilis jest zwykłą migrantką, jednak po drugiej stronie oceanu staje się amerykańską self-made woman. Należy przy tym zauważyć, że jej aspiracje są dość skromne. Nie zamierza zawojować Ameryki, nie traktuje też wyjazdu jako szansy na uwolnienie się od rodzinnego rygoru czy opresyjnej obyczajowości małego miasteczka. Po przybyciu do Nowego Jorku nie korzysta z nowo nabytej swobody do nawiązywania znajomości, zabaw czy flirtów. Eilis konsekwentnie trzyma się swojego systemu wartości i pozostaje odporna na pokusy wielkiego miasta. Pomimo nieśmiałości, tęsknoty za domem oraz początkowego zagubienia codziennie wkłada wiele wysiłku, aby wykorzystać swoją migracyjną szansę. Podejmuje pracę w ekskluzywnym domu towarowym na Manhattanie, rozpoczyna też studia, gdyż marzy, aby pójść w ślady siostry i zostać księgową. Choć jest jedyną kobietą w środowisku studentów, radzi sobie znakomicie. Emancypacja Eilis została wpisana w konserwatywne ramy, polega na poszerzaniu zakresu wolności „do”, a nie wolności „od”. Dziewczyna zapewne zgodziłaby się ze stwierdzeniem, że „na wolność trzeba sobie zapracować”.

Czas przyspiesza, a tęsknota za domem mija, gdy na jednej z potańcówek w irlandzkim ośrodku kultury Eilis poznaje Tony’ego (Emory Cohen), syna włoskich migrantów, który zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Ta część filmu staje się miłosnym wyznaniem dla samego Brooklynu, jego lokalnego kolorytu i wypełniającej go mozaiki ethnic neighborhoods. Brooklyn dostarcza romantycznej scenerii dla uroczo nieporadnego uczucia łączącego głównych bohaterów. Tony codziennie czeka na Eilis pod szkołą, chodzą na zabawy taneczne, mecze baseballowe (Tony kibicuje legendarnej drużynie Brooklyn Dodgers) i do kina na „Deszczową piosenkę”. Dzięki chłopakowi Eilis wychodzi poza granice świata społecznego irlandzkich migrantów. Przezabawna jest scena próby generalnej przed obiadem u rodziny Tony’ego. W scenie tej współlokatorki uczą Eilis, jak jeść makaron. Dialogi przy stole są ogólnie mocną stroną filmu. Dowcipne i błyskotliwe dają wyobrażenie na temat realiów nowojorskiego życia migrantów: konfliktów między grupami etnicznymi, relacji rodzinnych, zasad obyczajowych itd.

Ukoronowaniem szczęśliwego okresu w życiu Eilis i Tony’ego staje się wypad na miejską plażę Coney Island. Jest pięknie – jest młyńskie koło Wonder Wheel, jest tłok, jest radość, są kolory. Eilis zakłada przeciwsłoneczne okulary („Obowiązkowo!” – radzą jej wcześniej współlokatorki), które wkrótce staną się symbolem jej nowej, nowojorskiej tożsamości. Obserwujemy, jak zmienia się jej powierzchowność i sposób bycia oraz jak jej spojrzenie i gesty wyrażają coraz większą pewność siebie – pewność własnej wartości i kobiecości. Eilis ma już przeświadczenie, że chce zostać w Ameryce, gdy dowiaduje się o rodzinnym dramacie. Musi wracać do Irlandii. Przed wyjazdem decyduje się jednak, po pierwsze, skonsumować znajomość z Tonym, po drugie, wyjść za niego za mąż (z naciskiem właśnie na „decyduje się”). Swoje postanowienia zachowuje jednak w tajemnicy przed najbliższymi w kraju.

brooklyn (5)

Powracająca do domu

W napisanym w 1945 r. eseju zatytułowanym „Powracający do domu” (The Homecomer) Alfred Schütz porównuje długotrwałą rozłąkę do śmierci, zauważając, że rozbija ona wspólnotę podzielanego czasu i przestrzeni osób nieobecnych i pozostających w domu. Żywa teraźniejszość zostaje zastąpiona wyblakłymi wspomnieniami, deformacji ulega struktura ważności relacji „my”, dotąd uważanych za wyjątkowe. Choć obie strony się zmieniły, każda z nich zakłada, że druga zmieniła się niewiele lub wcale. Dom, do którego wraca migrant, nie jest już jednak ani dokładnie tym, który zostawił, ani też tym, za którym tęsknił w czasie swojej nieobecności. Sam powracający nie jest też tą samą osobą, co przed wyjazdem. Bliscy nie mają dostępu do jego migracyjnych doświadczeń, a nawet najbardziej empatyczni słuchacze nie są w stanie zrozumieć istoty jego przeżyć.

Nie inaczej jest w przypadku Eilis – mimo przemian, które zachodzą w jej tożsamości, wciąż jest obcą w Ameryce, obco czuje się także po powrocie do kraju. Wraca zresztą na krótko, w kieszeni ma już bilet do Nowego Jorku. Lokalna społeczność jest pod wrażeniem jej zagranicznego sukcesu. Emigracja podwyższa status społeczny Eilis i zwiększa jej możliwości życiowego awansu. W rozkloszowanej błękitnej sukience i przeciwsłonecznych okularach Eilis jawi się na tle małomiasteczkowej przeciętności niczym barwny wielkomiejski ptak. Bliscy i znajomi bohaterki nie rozpoznają jednak czegoś znacznie ważniejszego: poszerzonego zakresu życiowej autonomii, którą zyskała ona poprzez doświadczenie migracji. Nikt nie bierze pod uwagę, że Eilis może chcieć wrócić do Ameryki, do życia, które tam pozostawiła. Eilis powoli staje się zakładniczką lojalności wobec starzejącej się matki, którą powinna się zaopiekować. W dodatku w jej życiu pojawia się nowy mężczyzna („Świetna partia” – znacząco zauważa matka) wyraźnie zauroczony Eilis.

Określenie „czuć się jak u siebie w domu” wyraża największy stopień familiarności, przejawiającej się w intymnej znajomości codziennych zrutynizowanych praktyk, tradycji i zwyczajów danej społeczności. Eilis ponownie poczuje się „u siebie w domu” w scenie rozgrywającej się na plaży w jej miasteczku, nawiązującej, drogą kontrastu, do sceny na Coney Island. Choć dziewczyna narzeka na pogodę (jedno się nie zmieniło – w Irlandii wciąż jest pochmurno i zaraz zacznie padać), brakuje jej beztroskiego tłumu i radosnego gwaru Nowego Jorku, zauważa, że plaża po drugiej stronie Atlantyku także ma swoje niezaprzeczalne uroki. Eilis docenia jej surowe piękno, przede wszystkim jednak odczuwa tu bezpieczeństwo i swobodę. Jest wśród swoich. Miło spędza czas w gronie przyjaciół, którzy nie ukrywają, jak bardzo ją lubią, i jak bardzo pragną, aby nie wracała do Ameryki. Eilis zaczyna się wahać i przeżywać typową dla migranta rozterkę – zostać czy wyjechać?

brooklyn (6)

„Zdobyć świata szczyt albo przeżyć jeden dzień”

Nie dziwią oscarowe nominacje dla „Brooklynu”. Film reprodukuje jeden z amerykańskich mitów założycielskich, jest kobiecą wariacją na temat American Dream – opowieści o tym, że w Ameryce każdy może osiągnąć wymarzony sukces, o ile zaakceptuje obowiązujące tam zasady i nie boi się ciężkiej pracy. Założenia American Dream są, jak na Amerykę przystało, demokratyczne w swym charakterze. Chodzi nie tyle o osiągnięcie wielkiego sukcesu, co sukcesu na miarę własnych możliwości, który nie byłby możliwy do urzeczywistnienia w kraju pochodzenia migranta. W Irlandii Eilis być może do końca życia terminowałaby u podłej właścicielki sklepu (zauważmy, że jest to jedyna negatywna postać w całym filmie). W Ameryce ma szansę skończyć studia, zdobyć dobrą pracę i wybudować z Tonym dom na Long Island. Eilis jest zatem typowo amerykańską bohaterką, w duchu ideałów ucieleśnianych przez Benjamina Franklina. Bez trudu możemy wyobrazić sobie, jak wykonuje zalecaną przez niego praktykę codziennej ewaluacji cech charakteru i z buchalteryjną skrupulatnością oznacza kropkami w kalendarzyku te z nich, które wymagają dalszej pracy i formowania. Eilis rozumie, że aby poradzić sobie w Ameryce, musi zacząć myśleć i działać jak Amerykanka.

„Brooklyn” jest filmem stylowym i wizualnie wysmakowanym, świetnie oddającym atmosferę i obyczajowość Nowego Jorku lat 50. XX w. Jednak pokazując migrację jako trudne, lecz wynagradzające doświadczenie, którego istotą jest napięcie pomiędzy możliwością wymyślenia swego życia na nowo a tęsknotą za domem, obraz nie oddaje w pełni dramatu losu migranta. Historia Eilis w „Brooklynie” jest wprawdzie uniwersalna (nasuwa skojarzenie z bohaterką piosenki Kazika Staszewskiego i El Dupa „Natalia w Bruklinie”, nawet stereotypy dotyczące Włochów się zgadzają), ale też dość banalna i przewidywalna.

Nie każdą everywoman doświadczenie migracji przemieni w self-made woman. Nie każdy też osiągnie w Ameryce sukces. Czasami jest nim samo utrzymanie się na powierzchni.

 Monika Żychlińska

Nie trzeba studiować „Chłopa polskiego w Europie i Ameryce” – monumentalnego dzieła Floriana Znanieckiego i Williama Thomasa, które dotyczy postępującej demoralizacji środowiska migrantów oraz rozpadu więzi między nimi a ich pozostałymi w kraju rodzinami – czy być zaznajomionym z bardziej współczesnymi ujęciami tej problematyki (polecam, świetną pod każdym względem, wydaną w zeszłym roku książkę Sylwii Urbańskiej „Matka Polka na odległość” o transnarodowym macierzyństwie), aby wiedzieć, że powodzenie projektu migracyjnego nie zależy wyłącznie od dobrych chęci i siły charakteru poszczególnych jednostek. Truizmem – umykającym jednak twórcom filmu – jest stwierdzenie, że wiele zależy od społecznego otoczenia oraz okoliczności, na które migranci nie mają wpływu (z własnego doświadczenia mogę potwierdzić, że sama podróż z lotniska JFK na Brooklyn jest prawdziwym chrztem bojowym, a to dopiero początek przygód).

Nie każdą everywoman doświadczenie migracji przemieni w self-made woman. Nie każdy też osiągnie w Ameryce sukces. Czasami sukcesem jest samo utrzymanie się na powierzchni. Migranci padają ofiarą nieznajomości zasad poruszania się w nowym świecie, własnej łatwowierności, a także przemocy, wyzysku i braku solidarności doświadczanych również ze strony społeczności, do której należą (w filmie mimo wszystko wyraźnie idealizowanej). Borykają się z problemami znalezienia i utrzymania pracy, tracą kontakt i wsparcie rodziny w kraju, zmagają się z samotnością, poczuciem odrzucenia i nieprzystosowania. Sytuację kobiet komplikują dodatkowo podejrzenia dotyczące ich seksualności, „prowadzenia się”, a w przypadku matek wypełniania przez nie obowiązków rodzicielskich. Te tematy „Brooklyn” jednak pomija.

Dramatyzm migracyjnych niepowodzeń jest jedynie zarysowany, jak w scenie, w której Eilis wydaje posiłki bezdomnym mężczyznom podczas świąt Bożego Narodzenia. Przyjechali z Irlandii, aby budować Amerykę, po latach jednak stracili kontakt z krajem i nie mają dokąd wracać. Film ucieka od tego trudnego zagadnienia w sentymentalizm (scena kończy się rozbrzmiewającą w języku gaelickim pieśnią wyrażającą tęsknotę za ojczyzną). Uderza także schematyczność przedstawionych w „Brooklynie” postaci. Są one jednoznacznie pozytywne: poczciwy ksiądz, kochająca siostra, lojalna przyjaciółka, wiernie czekający na powrót Eilis mąż. Nawet apodyktyczna i złośliwa właścicielka domu, w którym mieszka Eilis, ma dobre intencje i wspiera ją, jak tylko potrafi. Kiedy ogląda się „Brooklyn”, odnieść można wrażenie, że na tle smutnej i deszczowej Irlandii Ameryka to kolorowa kraina szczęścia, w której mieszkają sami szlachetni ludzie, a marzenia się spełniają. Wyobrażeniom tym przeczą jednak obserwacje tych, którzy migracji zaznali, oraz tych, którzy zajmują się nią zawodowo – badających ją i piszących o niej. Powtórzmy z pełną mocą: migracja, jako doświadczenie niezwykle trudne, nie jest dla każdego. Pominięcie jej ciemnej strony odbiera „Brooklynowi” głębi i czyni go filmem pensjonarskim – sentymentalną opowieścią o wspaniałości życia za oceanem, opowiedzianą zgodnie z regułami American Dream, serwowaną dobrze wychowanym dziewczętom.

 

Film:

„Brooklyn”, reż. John Crowley, Irlandia, Kanada, Wielka Brytania 2016.

 

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 374

(10/2016)
8 marca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj