Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Stany Zjednoczone] Zastrzelić...

[Stany Zjednoczone] Zastrzelić się czy otruć?

Piotr Tarczyński

Z punktu widzenia republikańskiego establishmentu stała się rzecz niewyobrażalna – choć wszystkie znaki na niebie i ziemi zapowiadały, że tak właśnie będzie.

„Partia Republikańska jest teraz partią Trumpa” – głosi najnowszy spot wyborczy Hillary Clinton. Była sekretarz stanu rzuca przeciwko swojemu przeciwnikowi (bo to jednak najpewniej ona będzie kandydatką Demokratów, choć, zaprawdę, nic dziś pewnego na tym świecie!) swoją najlepszą broń: wypowiedzi samych Republikanów, którzy w czasie kampanii prawyborczej bez ogródek mówili, co sądzą na temat Donalda Trumpa. „Oszust”, rzuca Mitt Romney; „wulgarny hochsztapler”, mówi Marco Rubio; „całkowicie amoralny narcyz”, dodaje Ted Cruz w charakterystycznym, kwiecistym stylu. Z wypowiedzi tych przebija nie tylko frustracja przegranych konkurentów do nominacji, ale przede wszystkim jednak niedowierzanie.

Z punktu widzenia republikańskiego establishmentu stała się bowiem rzecz niewyobrażalna – choć wszystkie znaki na niebie i ziemi zapowiadały, że tak właśnie będzie. Grand Old Party (GOP) wybrała jednak postawę – nie po raz pierwszy zresztą – odwracania wzroku od nieprzyjemnej rzeczywistości. Najpierw ignorowano tych nielicznych Republikanów, którzy grozili, że pośrednie, ale jednak doskonale widoczne odwoływanie się do najgorszych instynktów konserwatywnej bazy, granie kartą rasową, antyimigrancką, antyklimatyczną, czy wreszcie antypaństwową, obróci się w końcu przeciwko samej partii. Tych, którzy ostrzegali, że Trump ma realną szansę na zdobycie nominacji, traktowano jak Kasandrę – prawie wszyscy zgodnie powtarzali, że milionerowi musi wreszcie spaść poparcie, że w końcu przesadzi w obrażaniu wszystkich wokół, że potknie się o własne nogi itd.

Kiedy zaklinanie rzeczywistości nie pomagało, partyjni decydenci uczepili się pomysłu otwartej konwencji wyborczej, na której miano wyrwać nominację Trumpowi i powierzyć ją jakiemuś księciu z bajki (najlepiej przewodniczącemu Izby Reprezentantów, Paulowi Ryanowi), który ocali partię przed samą sobą.

Pomysł był może dobry, ale wykonanie o wiele gorsze – ultrakonserwatywny senator Ted Cruz, jedyny kandydat mający szansę na zdobycie tylu delegatów, by wymusić otwarcie konwencji, sam był produktem rozwścieczonej, antyestablishmentowej bazy, a w łonie partii jest prawie tak samo znienawidzony, jak Trump. Najlepiej ujął to senator Lindsey Graham, oświadczając swego czasu, że wybór między Trumpem a Cruzem to wybór metody samobójstwa: „To pytanie z gatunku: zastrzelić się czy otruć? Jakie to ma w sumie znaczenie?”. Potem w akcie desperacji oświadczył, że mimo wszystko woli Cruza („Na truciznę można przynajmniej znaleźć antidotum”), ale było już za późno – republikańska baza wręczyła establishmentowi swojej partii strzelbę. Oczywiście można próbować mierzyć z niej do Hillary Clinton, ale istnieje duża szansa, że przy okazji broń wybuchnie w rękach i spowoduje trwałe okaleczenia.

Co wobec takich niewesołych perspektyw zrobią Republikanie? Niektórzy z pewnością dalej będą trzymać się strategii ignorowania przykrej rzeczywistości. Lider GOP w senacie, Mitch McConnell, czy kandydat partii sprzed 8 lat, John McCain, już zaczynają powtarzać, że Trump wcale nie jest taki zły, ale brzmi to tak, jakby przede wszystkim próbowali przekonać samych siebie. To prawda, że w czasie prawyborów kontrkandydaci zawsze trochę obrzucają się błotem, by ostatecznie stanąć murem za partyjnym nominatem, ale – jak dobrze pokazała Hillary Clinton w swoim filmie – w tym roku inwektywy naprawdę przeszły wszelkie wyobrażenie i trudno poważnie traktować wezwania do partyjnej jedności wokół kandydata określanego mianem „katastrofy”.

Część partyjnej starszyzny nie kryje się z tym, że nie zamierza popierać Trumpa. Na przykład obaj żyjący byli prezydenci z ramienia Republikanów – szanowany matuzalem, George Bush senior, oraz jego mniej szanowany syn, George W. – wydali komunikat, że „nie będą zabierać głosu w czasie kampanii prezydenckiej”, co należy rozumieć jednoznacznie jako odcięcie się od Trumpa.

Jeszcze inni próbują karkołomnych figur retorycznych – twierdzą, że nie zgadzają się z kandydatem swojej partii, ale będą go wspierać w czasie kampanii (sic!). Wydaje się, że to tylko deklaracje pro forma, próby ocalenia marki „Partia Republikańska”, a ci, którzy tak mówią, pogodzili się już z przegraną w walce o Biały Dom i zamierzają skupić się na wyborach do Kongresu, żeby zminimalizować spodziewane straty, jakie przyniesie kampania prezydencka.

Plotek o wystawieniu jakiegoś niezależnego kandydata nie należy chyba brać zbyt poważnie – kandydat taki nie miałby szans na wygraną, a tylko rozbiłby głosy prawicy, dając niemal pewne zwycięstwo Demokratom. Z drugiej strony pozwoliłoby to Republikanom zachować (w miarę) czyste sumienie, choć raczej okazałoby się to honorowym samobójstwem, godnym Katona Młodszego – pięknym, ale zbędnym gestem. Część rozczarowanych Republikanów zostanie pewnie w domu, ale nie ulega wątpliwości, że powiększy się też grupa tych, dla których jedyną możiwością będzie Hillary Clinton. Tak, jak w 1980 r. uwagę zwracali „Demokraci Reagana”, rozczarowani Jimmym Carterem, w 2016 r. zupełnie realna jest szansa na to, że pojawią się „Republikanie Hillary” – niezbyt entuzjastyczni, ale istotni z symbolicznego punktu widzenia.

Tak czy inaczej, jak ujął to złotousty Lindsey Graham: w 2016 r. „moja partia ma przerąbane”.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 382

(18/2016)
5 maja 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj