Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Panu Bogu świeczkę,...

Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Recenzja filmu „Letnie przesilenie”

Magdalena Saryusz-Wolska

Wojenna opowieść Rogalskiego swobodnie krąży wokół faktów i odrywa się od akademickiego rozumienia dziejów. Jednak cały urok filmowej wizji zabija wygładzenie narracji, w której zestawienie bohaterów polskiego i niemieckiego ociera się o pedanterię i przesadną poprawność historyczną.

Choć polsko-niemiecka koprodukcja „Letnie przesilenie” powstała w 2014 r., na ekrany naszych kin trafia dopiero teraz. Historia tego filmu jest zresztą znacznie dłuższa, bo reżyser i scenarzysta Michał Rogalski już w 2008 r. otrzymał za tekst „Letnie przesilenie” nagrodę w międzynarodowym konkursie scenariuszowym Hartley-Merrill. Dwie równoległe opowieści z czasów II wojny światowej – o młodym żołnierzu niemieckim i polskim chłopcu – mają duży potencjał dramaturgiczny oraz pomagają zrozumieć, jak różnie wojna funkcjonuje w pamięci zbiorowej Polaków oraz Niemców. Doceniło to niedawno jury 30. festiwalu w Tarnowie, gdzie film otrzymał nagrodę specjalną. Przyznaję, pomysł, by pokazać wojnę oczami dwóch bohaterów stojących po przeciwnej stronie barykady, a mimo to łudząco podobnych, wydaje się atrakcyjny. Nierówny poziom realizacji tej idei sprawił jednak, że mój entuzjazm szybko osłabł.

Fot. Robert Pałka/Materiały prasowe Kino Świat

Fot. Robert Pałka/Materiały prasowe Kino Świat

We Wronowie, czyli nigdzie

Akcja filmu rozgrywa się na ziemiach polskich w trakcie II wojny światowej. O tym, że wszystko zdarzyło się latem 1943 r., dowiadujemy się raczej z informacji dystrybutora i streszczeń, gdyż w samej fabule sygnały dotyczące czasu akcji są dość zawiłe. Jednak informacja o tym, kiedy dokładnie mają miejsce przedstawione wydarzenia, nie jest niezbędna, by śledzić ich przebieg. Miejscowość, w której poznajemy bohaterów, nazywa się Wronów – wsi i miasteczek o tej nazwie jest w Polsce kilka. Wskazówki pozwalające na dokładną identyfikację miejsca są w filmie rozproszone. Możemy zakładać, że filmowy Wronów zlokalizowany jest w Generalnym Gubernatorstwie, ale tak naprawdę nie ma to dużego znaczenia. Ważne okazuje się natomiast, że nieopodal mieści się obóz koncentracyjny, bo lokalną stację kolejową mijają pociągi w drodze na rampę dezynfekcyjną. Wzdłuż torów leżą porozrzucane ubrania i walizki. W drugiej części filmu poznajemy także Żydówkę, której udało się uciec z transportu.

Mgliste zarysowanie czasu i miejsca akcji to – wbrew pozorom – jedna z mocniejszych stron „Letniego przesilenia”. Bohaterowie Rogalskiego mogliby spotkać się prawie wszędzie w okupowanej Polsce. W ten sposób filmowa historia nabiera uniwersalnego charakteru, nie skłania do jałowych sporów historycznych i zastanawiania się, czy wydarzenia te rzeczywiście miały miejsce i zostały właściwie ukazane. Pułapkę polegającą na szukaniu „prawdy historycznej” w kinie dobrze diagnozuje Piotr Witek: „Refleksja nad filmem historycznym ograniczająca się do stwierdzania jego zgodności bądź niezgodności z ustaleniami akademickiej historii […] nie wnosi nic do rozumienia tego audiowizualnego medium oraz jego potencjalnej roli, jaką odgrywa w zmianach naszego myślenia o historii i przeszłości” [1]. Zgodnie z tą logiką, wojna w „Letnim przesileniu” umiejscowiona zostaje w scenerii zielonych lasów i rozświetlonych polan, nie epatuje okrucieństwem, a w kilku węzłowych momentach dramaturgicznych następuje cięcie montażowe – widz musi sobie niektóre wnioski dopowiedzieć sam. Sceny przeplatane są impresyjnymi zdjęciami zachodów słońca, rosy na pajęczynie, wody w rzece – ich funkcja jest aż nadto jasna: ogarnięta letnim nastrojem przyroda pozostaje obojętna na zawirowania historii.

Fot. Robert Pałka/Materiały prasowe Kino Świat

Fot. Robert Pałka/Materiały prasowe Kino Świat

Sympatyczni sprawcy, miłe ofiary

Konstelacja bohaterów skonstruowana jest wedle zrównoważonej reguły „dla każdego coś miłego”. Po stronie niemieckiej mamy więc pacyfistycznie nastawionego chłopca o imieniu Guido, dla którego służba w żandarmerii wojskowej jest karą za słuchanie jazzu, zakazanego w nazistowskich Niemczech. Polski główny bohater, Romek, to młody kolejarz, z początku oportunistyczny, który ostatecznie decyduje się pomóc Żydówce uciekającej z transportu. Światy niemieckich żandarmów i polskich kolejarzy łączą się za sprawą wiejskiej dziewczyny, również pracującej w niemieckiej strażnicy.

Wbrew promocyjnym zapowiedziom nie jest to film o miłości – zaloty Guida i Romka do Franki stanowią jeden z wielu (zbyt wielu) wątków „Letniego przesilenia”. Narracyjną linią przewodnią jest natomiast proces dojrzewania obu bohaterów. Romek zapewne urodził się we Wronowie, mieszka z matką i antypatycznym ojczymem, z którym także pracuje. Guido przyjechał tu w roli okupanta. Na początku filmu poznajemy beztroskich chłopców, którzy dostrzegają wzajemne podobieństwo, a w finale widzimy młodych, ale doświadczonych mężczyzn. Sygnałem ich przemiany jest zarówno wspinanie się po szczeblach kariery (Guido awansuje w wojsku, a Romek na kolei), jak i narastająca wzajemna wrogość. W ostatniej scenie wiedzą już, że walczą po przeciwnych stronach. To kolejny element uniwersalizującej narracji Rogalskiego – wojna zmusza do zajęcia przeciwnych stanowisk, choćby wbrew pokrewieństwu dusz.

Gdyby nie sadystyczny oficer, okupacja niemiecka przypominałaby raczej obóz harcerski niż najbardziej okrutny epizod w XX-wiecznej historii Europy.

Magdalena Saryusz-Wolska

Warto też zwrócić uwagę na zróżnicowanie postaci drugoplanowych. Podstarzali i krotochwilni niemieccy żandarmi wojskowi przypominają nieco bohaterów serialu „’Allo ‚Allo!” (1982–1992) – wzbudzają raczej śmiech niż grozę. Polscy kolejarze kreśleni są natomiast jako antysemici posłuszni swoim niemieckim przełożonym. W tle pojawiają się również partyzanci, określani przez Romka zbiorczą nazwą „Ruscy”, którzy – a jakże by inaczej – gwałcą, rabują i zabijają. Figura niemieckiego oficera sadysty ratuje powagę całej fabuły – gdyby nie on, okupacja niemiecka w „Letnim przesileniu” przypominałaby raczej obóz harcerski niż najbardziej okrutny epizod w XX-wiecznej historii Europy. Postać zbiegłej Żydówki nakreślona jest prawie bez słów i wzmacnia wątek Holokaustu, który aż do czasu jej pojawienia się sygnalizowany jest tylko za pośrednictwem porzuconych i zagrabionych przedmiotów. Katalog postaw dopełnia epizod polskiej gospodyni matkującej niemieckim żandarmom i komentującej ich poczynania. Nie dostrzega ona zagrożenia, widzi w nich raczej gromadę młodzieńców, którzy wymagają opieki. Rogalski zdaje się mówić: na każdej wojnie giną jacyś chłopcy, a w kobietach zawsze odzywa się instynkt macierzyński.

Rozpiętość charakterologiczna postaci to wyzwanie dla scenarzysty. W półtoragodzinnym filmie trudno bowiem umotywować działania każdej z nich. Jest dobry Niemiec, zły Niemiec i paru komicznych Niemców; są dobrzy i źli Polacy, wycieńczona Żydówka i – wyłaniający się trochę jak filip z konopi – bezwzględni „Ruscy”. Można to zinterpretować dwojako. Z jednej strony spotykamy w życiu różnych ludzi, więc nie ma powodu, aby w filmach było inaczej; z drugiej strony trudno nie odnieść wrażenia, że ta mnogość postaci to pochodna poprawności historycznej wygładzającej filmowe narracje. Ma zaspokoić oczekiwania różnych widzów – żeby nikt nie powiedział, że jakiejś figury zabrakło. Mimo to krytycy pewnie i tak znajdą braki, bo w „Letnim przesileniu” nie odnajdziemy krystalicznie bohaterskich Polaków.

W pewnym sensie jest to jeden z wielu filmów o „dobrym Niemcu”, które powstały w ostatnich latach (w Polsce kontrowersje wywołał m.in. serial „Nasze matki, nasi ojcowie” z 2013 r.). Schemat jest zawsze ten sam: zwyczajny młody mężczyzna chce prowadzić normalne życie, bawić się i romansować, nie interesuje się polityką, nie popiera Hitlera, nie ma ochoty walczyć ani zabijać. Wojna, która wybucha ni z tego ni z owego, zmusza go jednak do działania wbrew sobie. Tymczasem naziści i inni źli ludzie, którzy odpowiadają za prowadzenie wojny, to postaci drugoplanowe. Polski bohater „Letniego przesilenia” okazuje się natomiast nieco mniej jednoznaczny – z początku obojętny na otaczające wydarzenia, decyduje się w końcu ratować Żydówkę i denuncjuje ojczyma, który szabruje Żydowskie mienie.

Fot. Robert Pałka/Materiały prasowe Kino Świat

Fot. Robert Pałka/Materiały prasowe Kino Świat

Gładkie paralele

Tak nakreślone postaci więcej niż o samej wojnie mówią o roli, jaką kino odgrywa w kształtowaniu wyobrażeń o historii. Motywacje głównych bohaterów są czytelne i zrozumiałe, a współczesny widz może się z nimi łatwo identyfikować. Pacyfistyczna postawa Guida oraz potrzeba normalnego życia odczuwana przez Romka wzbudzają zrozumienie, a także empatię odbiorcy. Bohaterowie nie są niczemu winni. Po prostu znaleźli się w nieodpowiednich miejscu i czasie, a za okrucieństwo wojny odpowiadają postaci drugoplanowe albo zgoła niepokazane. Jak do tej pory bezwzględni naziści kreowani są raczej na szwarccharaktery, którym bardziej lub mniej skutecznie przeciwstawiają się szlachetne postaci pierwszoplanowe. „Źli Niemcy” bywają także redukowani do figur groteskowych, jak w „Bękartach wojny” (2009) Quentina Tarantino. Od kilku lat niecierpliwie czekam na pełnometrażowy film fabularny, który odwróci proporcje, nie będzie pokazywał wojny niczym zewnętrznej siły, na którą nikt nie ma wpływu. Chciałabym zobaczyć historię, która nie będzie przefiltrowana przez spojrzenie „dobrych ludzi” i zmusi widza do zmierzenia się z motywacjami zbrodniarzy.

Fot. Robert Pałka/Materiały prasowe Kino Świat

Fot. Robert Pałka/Materiały prasowe Kino Świat

Granica między przedstawieniem wojny, która wszystkich traktuje tak samo, a „kiczem pojednania” [2] jest płynna. Przekonuje zestawienie mieszkańców polskiego miasteczka i niemieckich żandarmów pilnujących pobliskiej linii kolejowej, którą transportowani są Żydzi do obozów. Z tego sąsiedztwa wyłaniają się duże napięcia, które można uczynić tematem fabuły filmowej zmierzającej do przedstawienia mechanizmów wojny. Irytuje jednak nieustanne akcentowanie podobieństw między Guidem a Romkiem. Sytuacje okupantów i okupowanych nie były przecież porównywalne.

W „Letnim przesileniu” wszystko jest niedopowiedziane, przesłonięte ujęciami zachodzącego słońca i kropelek rosy. Twórcy raz po raz dotykają ciekawych tematów, by potem się z nich wycofać. Na marginesie pozostawiony jest na przykład wątek polskich kolejarzy, pracujących na niemieckiej kolei i obsługujących trasę do obozu, którego istnienia możemy się zresztą tylko domyślać. Siedząc w kinie, miałam wrażenie, że ciekawy pomysł padł ofiarą nadmiernej ostrożności – żeby zaspokoić polskie i niemieckie oczekiwania i nie urazić żadnej ze stron.
Przypisy:

[1] „Badać znaczenia ponad faktami – Piotr Witek o krytyce filmu historycznego” [wywiad], dostęp: 3 maja 2016.

[2] „Kicz pojednania” to termin wprowadzony w połowie lat 90. XX w. przez politologa Klausa Bachmanna, używany do opisywania rytualnych gestów przyjaźni polsko-niemieckiej czynionych w oderwaniu od trudnych i bolesnych faktów historycznych. Zyskał dużą popularność wśród historyków, publicystów itd.

 

Film:

„Letnie przesilenie”, reż. Michał Rogalski, Polska, Niemcy, 2014.

*Ikona wpisu: Fot. Robert Pałka/Materiały prasowe Kino Świat

SKOMENTUJ

Nr 383

(19/2016)
10 maja 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj