Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Siedem odsłon głodu....

Siedem odsłon głodu. O reportażu Martína Caparrósa

Paweł Majewski

Setki stron „Głodu” Caparrósa to świadectwo bezsilności. Bo co może zrobić zadrukowany papier wobec niekończącej się niedoli? Może tylko dawać jej świadectwo. Dawać, nie wymierzać. Już to jednak wystarczy, by nie dać się zamienić w kukiełki systemu.

Caparros_okładka

„Głód” Martína Caparrósa to skrzyżowanie Encyklopedii Larousse’a z prozą reporterską Oriany Fallaci. Autor należy do „oburzonych” i „wkurzonych” (wbrew pozorom to nienowy gatunek), lecz swoje negatywne emocje rozpisuje na siedmiuset stronach, na których opisy realnych sytuacji z czterech kontynentów przeplatane są twardymi danymi statystycznymi i analizami tak zwanych globalnych trendów. Oprócz tego, że jak przystało rasowemu reporterowi, zjeździł świat, Caparrós przeczytał też wszystko, co napisano na zajmujący go temat, a to robią tylko niektórzy spośród reporterów. Książka, która jest rezultatem tych podróży i lektur, stanowi sumę współczesnej wiedzy o zjawisku głodu na świecie, a jednocześnie jest tak daleka od stylu i formy przekazu podręczników akademickich i traktatów naukowych, jak to tylko możliwe. Czyta się ją jak powieść. Ale nie jest to powieść napisana dla rozrywki ani dla popisu.

Właściwie Caparrós nie mówi niczego, co byłoby zupełnie nowe dla czytelnika jako tako obeznanego z problemami współczesnej cywilizacji. Każdy (każdy?!) wie, że na świecie żyje mnóstwo (mnóstwo?!) ludzi pogrążonych w beznadziejnej nędzy i większość z nich tkwi w tej nędzy bez własnej winy. Nowość syntezy, jaką jest „Głód”, polega na tym, że autor śledzi w niej nieoczywiste powiązania między zjawiskami biedy i bogactwa, niedoboru i nadmiaru, uprzywilejowania i wykluczenia. Niby to jasne, że minimalna liczba potentatów dysponuje środkami porównywalnymi do środków będących w dyspozycji całej uboższej połowy ludzkości. Ostatnio słuchaliśmy i czytaliśmy o tym do znudzenia, a figura retoryczna o autobusie, który zmieściłby 85 osób mających taki sam majątek, jak 3,5 mld ludzi znajdujących się po drugiej stronie krzywej dochodów, przeszła już do galerii najmocniejszych porównań w dziejach nowoczesnej debaty publicznej. Ale to jeszcze wcale nie znaczy, jak dowodzi Caparrós, że dobroczynne i humanitarne przekazywanie majątku z jednej strony na drugą leczy całe zło i prowadzi ludzkość do szczęśliwej równowagi. Za zjawiska gwałtownego bogacenia się i gwałtownego ubożenia odpowiadają bowiem procesy makroekonomiczne, nad którymi żaden człowiek ani żadna grupa ludzi nie ma już kontroli, a część z tych procesów sprawia, że „pomoc” krąży w istocie ponad tymi, którzy jej najbardziej potrzebują. Owszem, istnieją wciąż pazerni biznesmeni, cyniczni politycy i pracodawcy wyzyskiwacze, których Caparrós szczerze nienawidzi. Ale „Głód” napisał nie tylko po to, aby pokazać palcem tych złych ludzi.

Martín Caparrós. Fot. Alejandra Lopez

Martín Caparrós. Fot. Alejandra Lopez

Ta ogromna książka jest bardzo starannie rozplanowana. Zawiera siedem głównych bloków, poświęconych siedmiu krajom i przerywanych quasi-literackimi i eseistycznymi wstawkami. Te kraje to kolejno: Niger, Indie, Bangladesz, Stany Zjednoczone (nieprzypadkowo pośrodku stawki), Argentyna (ojczyzna autora), Sudan Południowy (najmłodsze państwo na świecie) i Madagaskar. W każdym z nich nędza i głód przybierają inną, swoistą postać społeczną. Głód fizjologiczny jest wszędzie taki sam, lecz ta strona zjawiska stosunkowo najmniej interesuje autora, opisuje on bowiem nie skutki, lecz przyczyny. Dzięki temu unika tanich efektów i pornografii emocjonalnej. „Głód” jest mocną książką, ale jej rolą nie jest szokowanie odbiorcy. Zresztą nie dałoby się szokować ustawicznie przez siedemset stron.

Po co więc została napisana? Czemu ma służyć? Czy kupowanie jej za sporą kwotę i czytanie tego eleganckiego, starannie zredagowanego [1] woluminu przy kawie i ciastku ma sens?

Autor zdaje sobie sprawę z paradoksalności swojego przedsięwzięcia. Widać to w doborze epigrafu, który otwiera książkę. Jest nim cytat z późnego utworu Becketta o tytule „Worstward Ho”, oddanym przez tłumacza jako „Hej na dno”. Zdanie brzmi „Spróbować jeszcze raz. Chybić jeszcze raz. Chybić lepiej” (przeł. Antoni Libera).

„Chybić” – bo czytelnik jest zblaz i generalnie nie obchodzą go cudze problemy. „Lepiej” – bo autor ma wkurw i jednak chce na czytelnika podziałać. Więc prowokuje, podpuszcza, chwilami robi głupca z siebie, swoich „wykluczonych” rozmówców (cudzysłów, bo Caparrós gardzi językiem poprawności politycznej, który uważa za środek rozmiękczenia świadomości u odbiorców przekazów i trudno się z nim tutaj nie zgodzić) i z nas, czytelników, jak wtedy, gdy na stronie 66 pyta przymierającego głodem mieszkańca Nigru, jaka jest jego ulubiona potrawa. Równie dobrze mógłby pytać osobę niewidomą od urodzenia, czy bardziej lubi widoki morza, czy gór. Ma jeden cel – zaburzyć spokój. Jednocześnie jednak wie, że ten cel jest utopijny. Media – gazety, książki, telewizja, internet – zaburzają spokój od wielu, wielu lat. Już Dickens zaburzał spokój „Oliverem Twistem”, London zaburzał spokój „Mieszkańcami otchłani”, dziennikarze śledczy zaburzali spokój swoimi reportażami… No i co? Czytamy, oglądamy, mówimy „och” i nadal zajmujemy się sobą. Tylko nieliczni wyjeżdżają do krajów tzw. Trzeciego Świata, aby poświęcać się dla nędzarzy, i to akurat niekoniecznie dlatego, że coś przeczytali albo obejrzeli, często zaś dla przepracowania własnych problemów. Zresztą Caparrós nie waha się dołożyć nawet mistrzom miłosierdzia. Wystarczy przeczytać jego uwagi na temat Matki Teresy z Kalkuty (s. 120–124). Skądinąd nie inaczej traktuje autorytety (polecam opinię o diagnozach społecznych Amartyi Sena na s. 584–587).

Setki stron „Głodu” to świadectwo bezsilności. Co może zrobić zadrukowany papier wobec niekończącej się i nieskończonej niedoli? Może tylko dawać jej świadectwo. Dawać, nie wymierzać. Już tego wystarczy. Jeśli będziemy rozumieli, na jakim świecie żyjemy, ten świat nie zmieni się, ale my będziemy ludźmi, a nie kukiełkami systemu, zawsze jakiegoś systemu.

W ciągu ostatniego stulecia w intelektualnych utopiach zaszła znacząca zmiana. Niegdyś ich autorzy prorokowali nadejście społeczeństwa, w którym wszyscy będą szczęśliwi. Dziś nikt poważny nie prezentuje takich wizji. Maksimum oczekiwań stanowi wizja, w której jest możliwie jak najwięcej ludzi nie nieszczęśliwych. Dlatego, mimo że zdanie z Becketta w pełni oddaje zamysł „Głodu”, dodałbym do niego jeszcze drugie, którego autorem jest Jacek Kuroń, autor chyba nieznany Caparrósowi, mimo że w galaktyce „Głodu” można trafić na trop polski (s. 250–253): „Nie można uczynić ludzi szczęśliwymi, ale można ich uczynić trochę mniej nieszczęśliwymi”.

Mimo to może dobrym towarzyszem „Głodu” byłaby książka o współczesnym przesycie i nadmiarze. Głowiąc się nad tym, jak najtrafniej ująć kondycję ludzką, myśliciele i twórcy raczej rzadko zauważali, że można ją potraktować jako nieustanną próbę zachowania równowagi między brakiem a nadmiarem – we wszystkich sensach tych słów. Oto najprostszy podział ludzkości, niezależny od epoki i kraju: ogromna większość ludzi walczy ze skutkami ustawicznego braku środków do życia, mała grupka walczy ze skutkami ustawicznego nadmiaru środków do życia, niewielka grupa próbuje zachować równowagę, to znaczy zapewnić sobie źródła zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych, a następnie nie popaść w nudę i marazm pod wpływem dostatku. Niektóre filmy Ulricha Seidla – choć naznaczone specyficznym klimatem mentalnym panującym w kraju tego reżysera, czyli w Austrii – dobrze ilustrują życie ludzi, którzy – mówiąc kolokwialnie – wariują z nudów, ponieważ nie mają czym wypełnić swojego pustego, komfortowego życia. Dawno temu i w innym stylu to samo pokazał Antonioni. Oczywiście z dwojga złego lepiej mieć problem z nadmiarem niż z brakiem, niemniej ta trudność w zachowaniu równowagi istnienia jest chyba jednym z najlepszych dowodów fundamentalnej fuszerki człowieczeństwa. Manichejska walka przeciwieństw rozgrywa się w świecie poprzez materialne i mentalne uposażenie zamieszkujących go ludzi. Nie trzeba do niej nadprzyrodzonych potęg. Aż nadto wystarczą te realne – głód jest jedną z nich.

Na koniec zostawiam pytanie: jaki jest target (sic!) tej książki? Nieuświadomieni nie sięgną po nią, odstraszy ich jej objętość. Uświadomieni uporządkują swoją wiedzę, ale nie doznają olśnienia ani wstrząsu. Działacze działają, nie czytają. Po co mieliby czytać o czymś, co znają z autopsji. Sprawcy zła nie przeczytają tym bardziej, ponieważ nie są ludźmi, na których oddziaływałoby etycznie słowo pisane. W ogóle kto czyta 700-stronicowe książki, które nie są tak zwanymi bestsellerami? A jednak tę cegłę warto przeczytać.

Przypis:

[1] Jeden z nielicznych znaczniejszych błędów redakcyjnych to pozostawienie „inteligencji” w miejscu, w którym powinny znaleźć się „służby wywiadowcze” (s. 580).

 

Książka:

Martín Caparrós, „Głód”, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, Wyd. Literackie, Kraków 2016.


 

BBF LOGO 2016 nazwa, hasło, data

Martín Caparrós to jeden z najważniejszych autorów latynoamerykańskich. Ma polskie korzenie. Urodził się w Buenos Aires, od lat w podróży. Pracował dla ONZ, tłumaczył Szekspira i Woltera. Po słynnym reportażu o głodzie przerzucił się na… science-fiction. Już wkrótce polscy czytelnicy będą mieli szansę spotkać się z Caparrósem na Big Book Festival.

Spotkanie z Martínem Caparrósem
Prowadzenie: Dariusz Rosiak
12 czerwca (NIEDZIELA), GODZ. 14.00, Namiot festiwalowy

Więcej na: http://www.bigbookfestival.pl/


 

SKOMENTUJ

Nr 384

(20/2016)
17 maja 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail