Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Etyka] Kiedy nierówno...

[Etyka] Kiedy nierówno znaczy sprawiedliwie

Emilia Kaczmarek

Czy fryzjer ma prawo strzyc kogo mu się żywnie podoba i wywiesić na drzwiach swojego salonu napis „Arabom wstęp wzbroniony”?

Czy prywatna szkoła może odmówić przyjęcia ucznia do pierwszej klasy, ponieważ jeździ na wózku i porysuje nową podłogę? Czy rezerwując nocleg w hotelu, trzeba zawiadomić właściciela o swoich preferencjach seksualnych? Pełnomocnik Rządu do spraw Społeczeństwa Obywatelskiego i Równego Traktowania (sic!) na tego typu pytania udziela intrygujących odpowiedzi. Czy jednak to, co mówi, jest zgodne z prawem?

Gejom i lesbijkom chleba nie sprzedajemy

O Pełnomocniku Rządu do spraw Społeczeństwa Obywatelskiego i Równego Traktowania zrobiło się głośno na początku maja, kiedy to na postawione na Facebooku pytanie „Czy hotelarz może odmówić usługi osobie czarnoskórej?” odpowiedział: „nawet jeśli fundamentalnie nie zgadzam się, aby którakolwiek z przesłanek stanowiła podstawę do odmowy zawarcia umowy to nie sądzę, aby prawo powinno tu cokolwiek zakazywać albo nakazywać”. Na wcześniejsze pytanie o to, czy hotelarz może odmówić noclegu ze względu na orientację seksualną klienta, padła odpowiedź: „zarówno kupującego jak i sprzedawcy nie można zmusić do zawarcia transakcji, której nie chce”.

23 maja Pełnomocnik zorganizował seminarium na temat ewentualnych poprawek w tzw. ustawie równościowej. O kierunku rozważanych zmian świadczą nie tylko powyższe wypowiedzi samego Pełnomocnika, ale też dobór dyskutujących ekspertów. W pierwotnym planie seminarium o ustawie zwalczającej dyskryminację (w tym dyskryminację ze względu na płeć) wypowiadać się mieli… wyłącznie mężczyźni. W sprawozdaniu z tego spotkania zdecydowanie najwięcej miejsca poświęcono przemówieniu dra Tymoteusza Zycha z Instytutu na rzecz Kultury Prawnej „Ordo Iuris”, który zwracał w nim uwagę na nierzetelność europejskich badań dotyczących dyskryminacji osób homoseksualnych oraz na poważne zagrożenia, jakie zasada równego traktowania może przynieść przedsiębiorcom.

Chcąc rozjaśnić swoje stanowisko w sprawie dopuszczalności odmawiania usług klientom ze względu na ich płeć, rasę, pochodzenie etniczne lub narodowość – Pełnomocnik przyznał, że polskie prawo zakazuje takiego postępowania (choć może trafniej byłoby napisać, że jeszcze go zakazuje). Dalej jednak Pełnomocnik podkreślił, że „inne przesłanki dyskryminacyjne nie są chronione w kontekście dostępu do usług”. Czy to oznacza, że polscy fryzjerzy, hotelarze czy mechanicy samochodowi faktycznie mogą wywiesić na drzwiach swoich zakładów tabliczki „gejom i lesbijkom wstęp wzbroniony” i to będzie legalne?

Co mówi prawo?

Polskie prawo nie rozstrzyga tej kwestii jednoznacznie. Z jednej strony art. 32 Konstytucji RP głosi: „Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”. Z drugiej strony sama regulująca kwestię dyskryminacji ustawa – o pokracznej nazwie „Ustawa z dnia 3 grudnia 2010 r. o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania” – wydaje się w tym punkcie sprzeczna z konstytucją! Prawo to zostało pośpiesznie uchwalone i źle napisane, a pod koniec marca Rzecznik Praw Obywatelskich skierował ustawę do Trybunału Konstytucyjnego.

Na czym polega problem z tzw. ustawą równościową? W art. 1 czytamy, że znajdziemy w niej „sposoby przeciwdziałania naruszeniom zasady równego traktowania ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, religię, wyznanie, światopogląd, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną”. Dalej jednak ustawa określa poszczególne obszary, w których chroni przed dyskryminacją tylko ze względu na niektóre z wymienionych cech. I faktycznie, we fragmencie dotyczącym usług (art. 6) zakazuje się nierównego traktowania wyłącznie ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne lub narodowość – nie ma tutaj mowy o wieku, orientacji seksualnej, światopoglądzie, religii czy niepełnosprawności.

Zdaniem Rzecznika Praw Obywatelskich „ustawa równościowa” zawęża prawa gwarantowane przez konstytucję. Czy w takim razie możemy ją wyrzucić do kosza? Ustawa wymaga poprawek, ale jest potrzebna. Sama konstytucja nie wprowadza sankcji za złamanie prawa, nie reguluje kwestii odszkodowań dla ofiar dyskryminacji.

Jakikolwiek będzie wyrok TK w sprawie „ustawy równościowej”, obecna władza i tak raczej nie weźmie go pod uwagę. Jeśli jednak w końcu zmodyfikuje przepisy, to możemy się spodziewać poprawek dokładnie odwrotnych od tych, których oczekiwałby obecny Rzecznik Praw Obywatelskich. Co więcej, wszelkie zawężające ochronę przed dyskryminacją zmiany w prawie są potencjalnym polem kolejnego konfliktu Polski z Unią Europejską.

Kiedy nierówno znaczy sprawiedliwie

Dlaczego w ustawie mowa o dyskryminacji ze względu na płeć, a nie np. o dyskryminacji ze względu na upodobania kulinarne? Czy ludzie, którzy chcieliby żywić się wyłącznie robakami, są dziś w Polsce dyskryminowani?

Lista dyskryminacyjnych przesłanek nie znalazła się w ustawie bez powodu, wszystkie z wymienionych cech mają ze sobą coś wspólnego. Po pierwsze, na większość z nich nie mamy wpływu. Nasze płeć, rasa, pochodzenie etniczne, narodowość, niepełnosprawność, wiek lub orientacja seksualna nie są zazwyczaj przedmiotem wyboru. Niekorzystne traktowanie ludzi ze względu na cechy, na które nie mają wpływu, prawie zawsze jest niesprawiedliwe (choć czasem może być nieuniknione).

Po drugie, z każdą z tych cech, podobnie jak z wyznaniem i światopoglądem, w przeszłości wiązały się różne formy prześladowań lub nierównego traktowania, uprzedzeń czy stereotypów. Gdyby jednak, za jakiś czas, Polacy zaczęli masowo żywić uprzedzenia wobec osób rudych i piegowatych, wtedy także dyskryminacja ze względu na kolor włosów i cerę powinna zostać wymieniona w ustawie.

Po trzecie – i być może najważniejsze – płeć, rasa, pochodzenie etniczne, orientacja seksualna, wiek, wyznanie i światopogląd to cechy, które w przytłaczającej większości wypadków nie decydują o tym, jakim ktoś będzie pracownikiem lub klientem. Nieprzyjęcie kogoś do pracy, ponieważ ma taki lub inny kolor skóry albo chodzi do tego czy innego kościoła, jest nieuzasadnionym nierównym traktowaniem powodowanym uprzedzeniami.

Nie każde nierówne traktowanie dwóch osób – na rynku pracy lub w dostępie do usług – będzie dyskryminacją. Otyły i garbaty mężczyzna nie zostanie wybrany Mister Universe 2016. Łysy człowiek nie może domagać się od fryzjera podcięcia grzywki. Niewidomy nie poprowadzi pasażerskiego samolotu. Osoba poważnie upośledzona umysłowo nie zostanie prezydentem. Pracodawca może nie zatrudnić kandydata konkretnego pochodzenia etnicznego, kiedy np. nie mówi on po polsku – ale nie dlatego, że jest czarny, biały, homo lub hetero. Dyskryminacja oznacza więc niekorzystne i – przede wszystkim – nieuzasadnione nierówne traktowanie.

W szczególnej sytuacji znajdują się osoby niepełnosprawne. Stan zdrowia może uniemożliwiać wykonywanie pewnych zawodów – często jednak, przy odpowiednim dostosowaniu miejsca pracy, przestaje być przeszkodą. Staramy się dopasować przestrzeń publiczną do potrzeb osób niepełnosprawnych w imię niwelowania niesprawiedliwych nierówności. Jedni rodzą się zdrowi, drudzy chorzy – wiedząc, że nasza sprawność jest efektem naturalnej loterii, a nie naszą zasługą, chcemy stwarzać równe szanse dla wszystkich, w tym dla tych, którzy nie z własnej winy na starcie znaleźli się w gorszym położeniu.

Co więcej, wiele barier, na jakie codziennie napotykają osoby niepełnosprawne, nie wynika z samej choroby, ale z warunków społecznych. Wyobraźmy sobie człowieka, który ląduje na wyspie zamieszkałej od lat wyłącznie przez niewidomych. Wszelkie informacje zapisane są tylko alfabetem Braille’a, znaki drogowe mają formę odpowiednich wypustek na chodnikach, sygnalizacja „świetlna” składa się wyłącznie z sygnałów dźwiękowych. W takim społeczeństwie to osoba widząca mogłaby mieć początkowo problem z poruszaniem się po mieście czy ze znalezieniem pracy.

Przypadki graniczne

W maju firma PwC zwolniła świeżo zatrudnioną recepcjonistkę, kiedy ta pierwszego dnia pracy odmówiła włożenia butów na wysokim obcasie. Kobieta uznała, że nakaz spędzenia stojącej 9-godzinnej zmiany w butach na wysokim obcasie, w sytuacji gdy mężczyźni w recepcji mogą nosić wygodne obuwie, jest niesprawiedliwy. W nagraniu dla BBC zwolniona recepcjonistka tłumaczy swoje racje: kiedyś kobiety wywalczyły sobie prawo do noszenia spodni, dziś muszą walczyć o prawo do nienoszenia butów na wysokim obcasie. Czy ta sytuacji jest przykładem dyskryminacji?

Z jednej strony pracodawca może wymagać od pracownika przyjęcia określonego dress code’u. Zasada równego traktowania nie oznacza, że ludzie nie mogą być gorzej traktowani z powodu tego, w jakim stroju przychodzą do pracy – np. ubrani niechlujnie lub nago. Co więcej, niektóre profesje mogą wymagać od pracowników nie tylko szczególnego ubioru, ale też atrakcyjności fizycznej – na tym, żeby ładnie wyglądać, polega choćby praca modeli i modelek. Z drugiej strony, sam dress code narzucony przez pracodawcę może być seksistowski. Wymaganie od kobiet wykonujących prace biurowe noszenia minispódniczek i dużych dekoltów jest niedopuszczalne. Nakaz noszenia wysokich obcasów w recepcji też może wzbudzać wątpliwości.

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych latach w Polsce dyskusja o dyskryminacji nie będzie dotyczyła takich kwestii jak noszenie w pracy wysokich obcasów. Kiedy Pełnomocnik Rządu do spraw Równego Traktowania publicznie podkreśla, że prawo pozwala nie obsługiwać homoseksualistów – możemy się spodziewać wszystkiego.

 

*Ikona wpisu: Fot. Frerieke, źródło: Wikimedia Commons

SKOMENTUJ

Nr 385

(21/2016)
26 maja 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj