Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Projekt: Polska] Co...

[Projekt: Polska] Co zrobi opozycja (a co zrobić powinna)

Piotr S. Kozdrowicki

Podczas „marszu KOD-u i opozycji”, który 7 maja przeszedł ulicami Warszawy, usłyszeliśmy z ust Ryszarda Petru deklarację gotowości partii opozycyjnych do ścisłej współpracy, także w ramach wspólnej koalicji wyborczej. Czy to dobra wiadomość?

Dwa dni wcześniej Mateusz Kijowski ogłosił powstanie koalicji „Wolność Równość Demokracja” – choć wciąż nieformalnej, to wyraźnie stawiającej sobie za główny cel zjednoczenie opozycji.

To pozwala zadać pytanie, jak mogłaby wyglądać sytuacja opozycji przed wyborami. Dla ułatwienia analizy przyjmijmy, że na scenie mamy pięciu aktorów: Platformę Obywatelską, Nowoczesną, Polskie Stronnictwo Ludowe, lewicę (mniejsza o to, pod jakim szyldem) oraz Komitet Obrony Demokracji. W zależności od relacji między nimi daje nam to trzy podstawowe możliwości.

Wariant 1. Jedna wspólna lista opozycji, tworzona we współpracy z KOD-em

Na pierwszy rzut oka widać, że z punktu widzenia partii to rozwiązanie jest nieopłacalne. Ugrupowania musiałyby powściągnąć swoje oczywiste interesy i porozumieć się w sprawie kształtu list. Podział miejsc na listach, nawet wewnątrz jednego klubu, generuje olbrzymie napięcia i nierzadko prowadzi do rozłamów – trudno sobie wyobrazić, jak takie rozmowy mogłyby wyglądać między czterema różnymi ugrupowaniami.

Z kolei dla KOD-u to rozwiązanie najlepsze. Po pierwsze, ruch mógłby ustawić się w roli arbitra godzącego sprzeczne interesy partii (a w razie nieporozumienia – także gładko zrzucić na nie odpowiedzialność). Po drugie, to dałoby mu okazję do zinstytucjonalizowania swojej działalności – niewykluczone, że na jednej wspólnej liście znalazłoby się miejsce także dla aktywistów Komitetu. W takim układzie ruch Mateusza Kijowskiego niczego nie traci, a potencjalnie wiele zyskuje.

Jednocześnie jednak taka wielka koalicja z natury musiałaby być rozwiązaniem tymczasowym. Pogodzenie programów od lewicy do prawicy na dłuższą metę jest albo niemożliwe albo oznacza tych programów całkowite spłycenie. W ten sposób także PiS zyskałby świetną narrację: oto partia rządząca jest jedyną wiarygodną siłą polityczną z jasną wizją dla Polski, a przeciwstawia się jej pospolite ruszenie wszystkich ze wszystkimi.

Wariant 2. Różne konkurencyjne listy partii opozycyjnych, w tym KOD-u

W Komitecie Obrony Demokracji nie brakuje osób o wyraźnie politycznych ambicjach. Można spodziewać się oddolnych nacisków, by KOD wykorzystał marazm opozycji i wystawił własnych kandydatów. Zresztą nie musiałby robić tego jako partia – mógłby iść do wyborów jako komitet wyborców lub stowarzyszenie. W ten sposób KOD stałby się czymś na kształt „Kukiza dla demokratów” – platformą dla zapaleńców i społecznych działaczy, jednocześnie odcinającą się od pozostałych partii.

Dla partii zresztą byłoby to zabójcze zagrożenie. Nietrudno wyobrazić sobie rozczarowanych wyborców Platformy czy Nowoczesnej, którzy z czystym sumieniem głosują na nieuwikłanych w polityczne intrygi działaczy KOD-u. Jednocześnie jednak byłaby to opcja groźna dla samego Komitetu. Wszedłby on wtedy na arenę bezpośredniej walki politycznej i raczej nie mógłby liczyć na taryfę ulgową ze strony innych ugrupowań. Czy Grzegorz Schetyna zawahałby się przed atakiem na Mateusza Kijowskiego?

Bezpośrednie wejście KOD-u do polityki przyniosłoby trudne do przewidzenia skutki w postaci reakcji ugrupowania rządzącego, a do tego wiązałoby się z wielkim ryzykiem dla wszystkich graczy opozycyjnych. Dziś to opcja najmniej realna, jednak warta przeanalizowania.

————————————————————————————————————————-

Czytaj także:

Tomasz Sawczuk „KOD usypia opozycję”

————————————————————————————————————————-

Wariant 3. Różne konkurencyjne listy opozycji, KOD pozostaje niezaangażowany

To opcja dziś najbardziej opłacalna dla wszystkich: i dla partii, i dla Komitetu. Ugrupowania nie muszą się z nikim niczym dzielić i prowadzą normalną kampanię wyborczą, grając o swoje interesy. KOD pozostaje w roli zewnętrznego, pozapartyjnego ruchu – nie angażuje się bezpośrednio w politykę, a raczej nakłania do głosowania w ogóle i prowadzi kampanię profrekwencyjną. W takim rozwiązaniu nikt nie ryzykuje ponad miarę, nikt niczego nie traci, wszyscy zyskują. Ale najbardziej może skorzystać… Jarosław Kaczyński.

Jeśli do dnia wyborów po stronie opozycji żadna z partii nie zdobędzie wyraźnego przywództwa, całej stronie antyrządowej grozi rozdrobnienie i w efekcie kolejna wygrana PiS-u. Podobne zjawisko widać zresztą wyraźnie w sondażach. Poza tym na razie żaden z potencjalnych kandydatów na lidera opozycji (mowa o duecie Petru–Schetyna) nie wykazuje charyzmy zdolnej do stworzenia siły realnie mogącej zagrozić hegemonii Kaczyńskiego.

Dlatego już dziś widać, że PiS wyraźnie gra na ten wariant. W zamieszaniu wokół Trybunału Konstytucyjnego wysyła od czasu do czasu pozytywne sygnały do Nowoczesnej lub PSL-u – w zależności od tego, kto akurat wykazuje chęć do prowadzenia negocjacji z rządem. Jednocześnie bezlitośnie atakuje pozostałe partie i sam KOD, stawiając ich w roli obstrukcjonistów, z którymi nie można poważnie współpracować. Wszystko to pozwala na rozmycie sytuacji (w istocie przecież bardzo prostej, bo sprowadzającej się do świadomego łamania przez rząd Konstytucji), a w dodatku sprzyja nasilaniu antagonizmów między ugrupowaniami opozycji. Jeśli taki stan rzeczy ma się utrzymać do wyborów, Kaczyński drugą kadencję ma w kieszeni.

Co opozycja zrobić powinna?

W idealnym demokratycznym państwie partie opozycyjne konkurują z rządem, konstruktywnie krytykując jego politykę i przedstawiając własne porywające programy. Problem polega na tym, że nasza sytuacja staje się nadzwyczajna, a państwo coraz mniej demokratyczne. Dzisiejsze realia to rząd gwałcący podstawowe reguły praworządności, dokonujący kolejnych skoków na państwowe instytucje oraz prowadzący stały atak na oponentów. Na horyzoncie pojawia się także wizja majstrowania przy ordynacji wyborczej. Do tego wystarczą stosunkowo niewielkie zmiany w metodzie liczenia głosów czy korekty granic okręgów wyborczych. Nowelizacja ordynacji wymaga tylko zwykłej większości głosów, więc rząd może jej dokonać w każdej chwili. I zapewne nie zawaha się tego zrobić.

Dlatego, choć najbardziej owocna jest zawsze różnorodność, partie opozycyjne wydają się być skazane na współpracę w ramach jednej koalicji. Różnice programowe dzielące je jeszcze dziś, jutro mogą stać się śmiesznie nieistotne. Jeśli nad polską polityką ostatnich lat wisi fatum ciągłego konfliktu PiS-u z „anty PiS-em”, jedynym wyjściem z tego sporu jest jego wygranie.

Opozycja powinna się zatem zjednoczyć. Jej podstawowym celem musi być odsunięcie PiS-u od władzy i rozliczenie go za destrukcję państwa. W dalszej kolejności należy opracować mechanizmy uniemożliwiające taką destrukcję w przyszłości. Podstawowe struktury państwa, instytucje wymiaru sprawiedliwości i mechanizmy wyborcze muszą zyskać trwałość. Państwo musi być odporne na nadużycia tej czy innej partii zdobywającej samodzielną większość parlamentarną.

Zapewnienie tego fundamentu jest możliwe do osiągnięcia jedynie dzięki kompromisowi, na który powinni się zdobyć wszyscy aktorzy opozycji. Dopiero później można spierać się na programy i wrócić do realiów zwykłej polityki. Nawet jeśli nadal będzie w niej istniał PiS. Oczywiście jest to proces rozłożony na lata, ale widocznie polska demokracja właśnie takiego szoku potrzebuje. Tymczasowego zawieszenia partyjnych animozji na rzecz wyższych wartości. Inaczej stracona kadencja może się przerodzić w stracone dekady.

 

*Ikona wpisu: Fot. Platforma Obywatelska. Źródło: Twitter

SKOMENTUJ

Nr 385

(21/2016)
30 maja 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail