Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Krzywe zwierciadło. Jak...

Krzywe zwierciadło. Jak Ola Hnatiuk źle zrozumiała „The Paradox of Ukrainian Lviv”

Tarik Cyril Amar

Wrażenie, jakie pozostawia u mnie zaskakująco słaba recenzja autorstwa Hnatiuk, polega na poczuciu zmarnowanej szansy. Autorka miała okazję rozpocząć prawdziwą intelektualną debatę. Zamiast tego wybrała nieprofesjonalne i stronnicze potępienie książki.

Amar-Okładka

Ola Hnatiuk twierdzi, że jest rozczarowana moją ostatnią książką „The Paradox of Ukrainian Lviv. A Borderland City between Stalinists, Nazis, and Nationalists” (Paradoks ukraińskiego Lwowa). Używa przy tym bardzo mocnych słów: już od pierwszego akapitu jestem oskarżany o używanie „stereotypowych wyobrażeń” i „bałamutnych tez”. Reszta jej długiej tyrady jest podporządkowana zilustrowaniu tego potępienia. Hnatiuk musi uznać przy tym, że dokonałem bardzo dogłębnych badań archiwalnych, ale konkluduje, że ta praca tak naprawdę poszła na marne: w jej opinii służyło to tylko potwierdzeniu z góry założonych tez, a przy tym moja książka nie wnosi tak naprawdę nic nowego do stanu wiedzy o dawnym Lwowie.

Jest w tym pewna ironia. Wydaje się, że autorka miała uprzedzenie, zanim w ogóle otworzyła moją książkę. Jeśli w mojej pracy nie ma nic nowego, to jestem oszołomiony ilością czasu i energii, jaką recenzentka poświęciła na jej publiczne zdyskredytowanie. W rzeczy samej, kiedy czytałem jej tekst, miałem wątpliwości, czyją książkę właściwie czytała Hnatiuk. Bo moja w żaden sposób nie odpowiada nakreślonej przez nią karykaturze. Zdaję sobie w pełni sprawę, że „Paradoks…” porusza bardzo trudne tematy i spodziewałem się zdecydowanych reakcji. Wydaje mi się jednak, że nieprawidłowe odczytanie książki może skutkować całkowitym pomyleniem bardzo ważnych kwestii i nie wnosi niczego do konstruktywnej debaty.

Hnatiuk

Hnatiuk przedstawia długą listę rzekomych wad, które przypisuje mojej pracy, ale w całkowicie fałszywy sposób przedstawia moje główne tezy. Nie udaje się jej też podjąć dyskusji z pozostałymi argumentami, o których zaledwie wspomina lub które zwyczajnie zbywa, bez tłumaczenia dlaczego. Dla przykładu, autorka recenzji czuje się urażona wieloma „epitetami”, których używam w celu opisania nacjonalistycznego ideologa Dmytro Doncowa. Zamiast jednak informować czytelnika, że wolałaby mniej określeń, powinna wskazać, z którymi konkretnie epitetami się nie zgadza i dlaczego. Z racji długości tego tekstu, chciałbym omówić jedynie kilka błędów, które Hnatiuk popełniła, pisząc o mojej książce. Z konieczności jest to podejście pars pro toto – w żaden sposób nie wyczerpujące problemu.

Warto wyjaśnić pewien podstawowy błąd już na samym początku. Hnatiuk przetłumaczyła tytuł mojej książki w sposób, który może spowodować błędną interpretacje u czytelników. Jej wersja to: „Paradoks ukraińskiego Lwowa. Miasto na pograniczu między stalinizmem, nazizmem i nacjonalizmem”. Prawidłowe tłumaczenie brzmi: „Paradoks ukraińskiego Lwowa. Miasto pogranicza między stalinizmem, nazizmem i nacjonalizmem”. Czytelnicy z łatwością zrozumieją, dlaczego ta różnica ma znaczenie. Zastanawiam się, jak się odnieść do innych komentarzy, skoro już sam tytuł nie został poprawnie zrozumiany?

Hnatiuk pisze, że moja książka cechuje się „brakiem szacunku” dla ofiar stalinizmu. To niczym nieuzasadnione stwierdzenie jest zupełnie niezrozumiałe (i dość obraźliwe, ale nie w tym rzecz). W rzeczywistości „Paradoks…” zawiera bardzo obszerny opis okrucieństw stalinizmu i trudno w nim znaleźć nawet najmniejszą sugestię, że autor odnosi się do ofiar bez szacunku. Specjalnie podjąłem wysiłek, by przedstawić ich doświadczenia. Choć prawdą jest, że starałem się okazać taki sam głęboki szacunek dla wszystkich ofiar, na przykład także dla tych, do których śmierci przyczynili się ukraińscy nacjonaliści i kolaboranci.

Hnatiuk nie tylko często stosuje, lecz także nadużywa odwołań do złożoności, co jest dość powszechne, szczególnie wśród tych, którym z trudem przychodzi uznanie w pełni prawdziwej i bolesnej złożoności zjawiska przemocy, do którego rękę przyłożyli nie tylko stalinowcy i nazistowscy „obcy”, lecz także „miejscowi”, przede wszystkim nacjonaliści. Autorka recenzji ostro krytykuje „czarno-białe” i „bardzo uproszczone” schematy, zwłaszcza w narracjach narodowych. Trudno się z tym nie zgodzić: istotnie pokazuję, że nacjonalizm – jako polityczna, a nie naturalna siła – osiągnął niestety sukces w stworzeniu etnicznych czy też narodowych tożsamości, bardzo ważnych i złowieszczych w skutkach. W swojej książce dekonstruuję problem nacjonalizmu, ale aby tego dokonać, muszę opisać jego historyczny kontekst i często przerażające skutki. Ból, jaki sprawia uznanie historycznej potęgi nacjonalizmu, nie będzie w żaden sposób umniejszony poprzez retrospektywne projektowanie naszych pragnień dotyczących wielokulturowości. W ten bowiem sposób nie napiszemy historii, która pomoże nam przezwyciężyć dziedzictwo i współczesną moc nacjonalizmu, a jedynie skażemy się na pobożne życzenia, które uniemożliwią nam zrozumienie i skonfrontowanie się z przeszłością. W swojej pracy pokazałem również przykłady „transnarodowej” solidarności, jak działo się to w – bardzo rzadkich co prawda – przypadkach ratowania Żydów. Ale „Paradoks…” nie może chronić czytelnika przed faktem, że w czasach, o których traktuje ta książka, solidarność nie była dominującym uczuciem, a bardzo często jej brakowało. Ogólnie rzecz biorąc, wierzę, że prace, które opisują okresy ludobójstwa, czystek etnicznych, autorytaryzmu, wojny, napiętnowania, zorganizowanego kłamstwa i manipulacji na wielką skalę oraz – tak, należy to tutaj dodać – współdziałania i kolaboracji, powinny pozostawić u czytelnika uczucie dyskomfortu. Krótko mówiąc, ja również jestem bardzo przeciwny „czarno-białej narracji”. Jednak „Paradoks…” to w dużej mierze bolesne i złożone ćwiczenie z dostrzegania szarości, której w żaden sposób nie mogę wybielać.

Jeśli chodzi o etnocentryzm, Hnatiuk utrzymuje, że „amerykańsko-niemiecki historyk”, którym najwidoczniej jestem w jej mniemaniu, powinien przyjąć „bardziej uniwersalną” narrację, zrozumiałą dla „zachodniego” czytelnika. To dziwny zarzut z dwóch powodów: wydaje się, że Hnatiuk specjalnie podkreśla moje pochodzenie. Przy okazji myli się tutaj, opisując szczegóły: z pochodzenia jestem Niemcem i Tunezyjczyko-Marokańczykiem; wychowywałem się w Niemczech, ale przez pół życia nie mieszkałem w tym kraju. Jeśli chodzi o moje wykształcenie historyczne, jestem Anglosasem (Oxford, LSE, Princeton). Uczę na Uniwersytecie Columbia w Stanach Zjednoczonych, ale większość swoich badań przeprowadziłem na Ukrainie, w Polsce, Niemczech i Rosji. Ponieważ jednak nie mam pojęcia, dlaczego moje zróżnicowane pochodzenie i wykształcenie ma mieć coś wspólnego z recenzją, lepiej już zostawmy ten temat.

Dużo ważniejsza jest myśl autorki, mówiąca o tym, że powinienem służyć jako swego rodzaju tłumacz, czy też rzecznik pewnego obrazu przeszłości Lwowa w kontaktach z „Zachodem”; osoba, którą byłaby według niej bardziej otwarta; co więcej, powinienem to osiągnąć stosując jakiś „uniwersalny” idiom. Ta myśl powie czytelnikom więcej o Hnatiuk niż o mnie. W każdym razie muszę się z tym pomysłem nie zgodzić na fundamentalnym poziomie: moim zadaniem jako historyka nie jest bycie „narodowym” albo „cywilizacyjnym” rzecznikiem jakiejś konkretnej grupy. Jeśli Hnatiuk uważa, że istnieje zapotrzebowanie na taką osobę, jest to jej święte prawo. Ja jednak jestem historykiem i z tego powodu nie jestem właściwym adresatem takiego postulatu.

Niestety Hnatiuk źle interpretuje całą strukturę i argumentację mojej pracy: twierdzi, że „tylko druga część książki” wyjaśnia „paradoks” zawarty w tytule. Tak naprawdę cała książka jest poświęcona temu zagadnieniu, ale Hnatiuk przedstawia ją w tak bardzo uproszczony sposób, że nie zauważa tego oczywistego faktu. Podstawą mojego argumentu jest teza, że Lwów był sowietyzowany oraz ukrainizowany i że te dwa procesy były ze sobą połączone. Powtarzam to jasno i wielokrotnie i nie mam pojęcia, dlaczego Hnatiuk nie zauważyła tego faktu. Wyjaśniam również, że taki rezultat – jak wiele faktów w historii – był wynikiem zbiegu różnych czynników, w tym pierwszej sowieckiej okupacji (1939–1941) i następującej po niej długiej okupacji nazistowskiej (1941–1944), które weszły w reakcję z przedwojenną historią Lwowa. Dlatego właśnie pierwsza część mojej książki jest potrzebna i ważna dla całości argumentacji. Naprawdę trudno jest zrozumieć, dlaczego Hnatiuk pominęła tę zależność.

Z tym wątkiem powiązany jest kolejny zarzut Hnatiuk, w którym autorka wytyka mi, że nie napisałem o tendencjach rusyfikacyjnych w tamtym okresie. Po raz kolejny wydaje się, że recenzentka przeczytała moją książkę bardzo wybiórczo. Już we wstępie tłumaczę, że „mimo że Lwów nie został zrusyfikowany, w 1959 r. ponad 25 proc. ludności stanowili Rosjanie, a sowiecka, rosyjska kultura i język dominowały w mieście” (podkreślenia – aut.). Nie zignorowałem ani nie zlekceważyłem tych faktów. Wprost przeciwnie, podkreśliłem, że „ten szczyt demograficznego zrusyfikowania Lwowa” był z perspektywy historycznej bardzo krótki i nie pomaga w znalezieniu odpowiedzi na proste pytanie: „Dlaczego w 1989 r. (tj. przed upadkiem ZSRR) Lwów był tak bardzo ukraiński, skoro był sowiecki?”. Wyjaśniam także, że „w sowieckim Lwowie było bardzo niebezpiecznie podawać w wątpliwość znaczenie i hegemonię rosyjskiej kultury”. Jednoznacznie wskazuję w książce, że sowiecko-ukraińska tożsamość, wzmacniana przez państwo sowieckie, była podporządkowana tożsamości sowieckiej, opartej na kulturze rosyjskiej. Podkreślam także wielokrotnie, że państwo sowieckie nie osiągnęło swojego celu, a jego działalność przyniosła zgoła odwrotny skutek. Pokazuję jednak również, że nawet w powojennych czasach stalinizmu rzeczą niebezpieczną było kpić we Lwowie z „lokalnego języka ukraińskiego”, a zagadnieniu „języka narodowego Ukrainy” poświęcono nawet konferencję. W 1968 r. muzeum historyczne we Lwowie było krytykowane za przedstawianie opisów tylko po ukraińsku, bez rosyjskiego tłumaczenia. Co było ważniejsze? Fakt, że muzeum miało tylko ukraińskie opisy, czy to, że ten fakt był krytykowany? Hnatiuk nie udaje się dostrzec tych złożoności lub po prostu wydają się jej nieistotne. Chce wiedzieć o szczytowym okresie rusyfikacji więcej, niż jest o tym w mojej książce. Powtórzę jeszcze raz – jest to jej święte prawo i na pewno jest jeszcze wiele do zrobienia w tym zakresie. Ale twierdzenie, że w ogóle nie podjąłem tego tematu, jest po prostu nieprawdą.

Hnatiuk narzeka, że nie ma w mojej pracy niczego nowego. Mogę jej tylko pogratulować tak zaawansowanej wiedzy, która daleko bardziej przewyższa wiedzę wybitnych ekspertów i naukowców, takich jak chociażby Jan Gross. Zakrawa to na ironię, ale Hnatiuk zarzuca mi również, że nie opowiedziałem – po raz kolejny – historii o tym, jak Ukraińcy, wbrew władzy radzieckiej i najwyraźniej bez jej wiedzy, ukrainizowali Lwów „od środka”. Jest to tradycyjny sposób wyjaśniania ukraińskiej tożsamości Lwowa, który uważam za niekompletny i przez to błędny. Przedstawiłem dużo bardziej złożony i realistyczny obraz, który uwzględnia działania państwa sowieckiego, a także skutki niemieckiej okupacji i lokalnego nacjonalizmu. Aby osiągnąć ten cel, skupiłem się na tym, co jest tak naprawdę nowe i oryginalne w mojej argumentacji, streszczając tylko (zamiast reprodukować w skali 1:1) to, co do tej pory było na ten temat wiadome. To normalna procedura w pracy historyka, którą to procedurę przedstawiłem zresztą we wstępie: „Paradoks…” nie jest całościową historią Lwowa, a jego zadaniem nie jest powtarzanie tego, co już wiemy. Moja książka to podjęcie zaangażowanej dyskusji z tym, czego nam do tej pory w tej układance brakowało, i z tym, co musi być zrewidowane. Szkoda, że Hnatiuk tego nie zauważyła. Podsumowując, jak recenzentka może ocenić, która część mojej pracy jest innowacyjna, skoro pomija mniej więcej połowę jej zawartości, najważniejszy argument i właściwie wszystkie niuanse, poszukując w zamian starej, „przedarchiwalnej” historii, która była opowiadana wcześniej już wielokrotnie?

Jest to tym bardziej ciekawe, że Hnatiuk wymienia wielu badaczy, którzy wcześniej pisali o Lwowie. Wielu z nich wspominam i na wielu powołuję się w mojej książce – dokładnie w takim zakresie, w jakim korzystałem z ich pracy lub kiedy moje argumenty zderzały się z ich tezami. Nie zdecydowałem się za to na wspominanie i wymienianie innych badaczy po to tylko, żeby „rozdąć” moją bibliografię albo żeby stworzyć z mojej książki encyklopedię epatującą erudycją dla samej erudycji.

Gwoli podsumowania – i żałuję, że muszę to pisać – wrażenie, jakie pozostawia u mnie zaskakująco słaba recenzja autorstwa Hnatiuk, polega na poczuciu zmarnowanej szansy. Autorka miała okazję rozpocząć prawdziwą intelektualną debatę, w której chętnie wziąłbym udział, ale zamiast tego – muszę to podkreślić – wybrała nieprofesjonalne i stronnicze potępienie książki, która ewidentnie rozzłościła ją na tyle, że nie była w stanie starannie jej przeczytać ani o niej napisać. Nie wiem, czym tłumaczyć podejście autorki, jednak nie pozostawia ono wiele możliwości interpretacyjnych. Hnatiuk zarzuciła mi, że nie potrafiłem przedstawić złożoności zjawiska. Nie chcę się angażować w niepoważne przepychanki, jednak w tym wypadku muszę stwierdzić, że to ona jest winna rażącym uproszczeniom – Hnatiuk nie była w stanie, albo po prostu nie chciała, dostrzec moich złożonych argumentów i zniuansowanych tez, które podałem do dyskusji. Tutaj z braku miejsca przedstawiłem tylko kilka przykładów, dlaczego jej recenzja jest tak bardzo niestosowna. Chcę zaprosić czytelników zainteresowanych tym, o czym traktuje moja książka, do samodzielnej lektury i wyrobienia sobie własnego zdania.

Z języka angielskiego przełożył Hubert Czyżewski.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 386

(22/2016)
31 maja 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj