Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Lekcje anatomii doktora...

Lekcje anatomii doktora D. [fragment]

Wojciech Engelking

Jakub Dejman i Jacob von Deymann. Generacja digital natives i pokolenie zaangażowane w nazistowskie szaleństwo. Współczesna Warszawa i Birkenau w grudniu 1944 roku. W „Kulturze Liberalnej” prezentujemy fragment najnowszej powieści Wojciecha Engelkinga „Lekcje anatomii doktora D.”.

engelking_lekcje-anatomii_okladka

W tym śnie jest początek lata 1938 roku i blaszany dach kamienicy przy Schellingstraße jest nagrzany od słońca; ulice pachną mocno potem i papierosowym dymem, i nieprzetrawionym piwem, i kwiatami, i jest bardzo głośno, tutaj, w tym śnie. W tym śnie po chodnikach Monachium spaceruje mnóstwo przytulonych do siebie par, ulicami jeżdżą automobile o podniesionych dachach; na Uniwersytecie Ludwika Maksymiliana właśnie skończyła się letnia sesja. Ktoś, kto jest w tym śnie tobą, z ulgą chroni się w chłodnym zaciszu kamienicy przy Schellingstraße. Chwilę później stoi już przed blaszanymi drzwiami na strych i pięć razy w nie puka; gdy odpowiada mu kolejnych pięć puknięć –

Aut Caesar aut nullus – mówi ten ktoś w tym śnie.

Wtedy wyśnione blaszane drzwi otwierają się, ukazując pięciokątne pomieszczenie, w którym znajduje się już trzynastu młodzieńców. Najbliżej drzwi stoi ktoś, kim jest w tym śnie Alexander Wiener: blondwłosy i piękny w swojej lnianej różowej koszuli, bardzo krzykliwej, i w białej pomiętej marynarce z tego samego materiału. Za nim śni ci się ktoś, kto jest Kittlerem, ponurym jak zawsze, podobnym do mastodonta. I jest tu jeszcze jedna postać; ktoś, kogo bohater tego snu nie widział od dawna. To profesor Adrian Jünger, który uśmiecha się dobrotliwie, niczym Weihnachtsmann.

W tym śnie, w którym jest człowiek będący tobą i jest ktoś, kto jest profesorem Adrianem Jüngerem – pięćdziesięcioletnim, w ciemnoszarym garniturze w prążki, w koszuli ze staromodnym vatermörderem, w kamizelce – na strychu kamienicy przy Schellingstraße panuje duchota i wszyscy młodzieńcy się pocą. Wszyscy młodzieńcy cuchną: obrzydliwym, naprawdę potwornym fetorem wydzielin, jakie zbierają się pod pachami dwudziestokilkulatków, które osiadają na rosnących tam włosach. Tylko profesor Adrian Jünger roztacza wokół siebie przyjemną owocową woń; Mäurer & Wirtz, 4711, Echt Kölnisch Wasser? Być może tak, a być może nie.

– To pan! – mówi profesor Jünger, wyciągając rękę ku komuś, kim jesteś w tym śnie. — W takim razie, jak sądzę, możemy zaczynać.

W tym śnie na środku pięciokątnego strychu stoi bujany fotel, bardzo wyszukany, z wypolerowanych, wijących się od oparcia aż po płozy belek. To w tym fotelu siada wyśniony Adrian Jünger, a trzynastu młodzieńców, którzy napełnili pomieszczenie zapachem swego potu, zajmuje miejsca na podłodze, tworząc wokół profesora półkole. Jesteś wśród nich: jest wśród nich ktoś, kto jest tobą w tym śnie.

W tym śnie panuje cisza. Malutkie okna pięciokątnego strychu są otwarte; unoszące się z betonu i z nielicznych mebli – z wypolerowanej, dębowej komody; z regaliku na książki, gdzie jest Über die Entstehung der Arten; z zegara wtłoczonego w rzeźbę małego chłopca, który wydmuchuje wiatr – drobiny kurzu tańczą w pasmach popołudniowego słońca. Gdy upadają poza zaskakująco równe, jak na ten sen, snopy światła, zaraz zastępują je inne; zupełnie takie same. Siedząc w wyśnionym półkolu, masz wrażenie, że profesor Jünger patrzy na kogoś, kim jesteś w tym śnie: kogoś, kto siedzi na lewo od drzwi, między młodzieńcem z szopą słomianych włosów i ponurym, podobnym do mastodonta osiłkiem, którego śnisz jako Fryderyka Kittlera, a więc musi być Fryderykiem Kittlerem, jest nim.

– Niektórzy z panów – mówi profesor Jünger – jeszcze nie wiedzą, dlaczego przestałem wykładać na uniwersytecie.

W tym śnie zalegającą na strychu kamienicy ciszę przerywa szmer. To młodzieńcy wstrzymują oddechy, chrząkają, przesuwają się. Ktoś, kto jest w tym śnie tobą, ani nie chrząka, ani się nie przesuwa, lecz przygląda się uważnie profesorowi Jüngerowi, bo ten zmienił się od czasu, gdy widział go po raz ostatni.

Nie w tym śnie, wtedy – był podobny do gada; jakiego? Chyba do krokodyla; takiego, który na pierwszy rzut oka wydaje się leniwy, ospały, zagrzebany w piasku na brzegu mulistej rzeki. Jego twarz była pomarszczona, słowa od niechcenia wysuwały się zza ściśniętych warg; a teraz na twarzy profesora zmarszczek jest jeszcze więcej. Te zmarszczki – myśli ktoś, kim jesteś w tym śnie – są głębokie, wyżłobione niczym moreny: okalają jego ciężkie, półprzymknięte powieki, ryją się wzdłuż jego policzków i skroni. Żyły na wyrastającej z vatermördera szyi uwydatniły się, skóra ciasno je obleka.

– Dlaczego, panie profesorze? – pyta w tym śnie przymilnym tonem Wiener, jak gdyby chciał dać do zrozumienia, że on już wie.

Jünger uśmiecha się.

– Mówi coś panom nazwa Dachau? – pyta, bujając się w fotelu.

Komuś, kim jesteś w tym śnie, ta nazwa, tak tak, coś mówi; ale ten ktoś jest zbyt powolny, by wyrwać się do odpowiedzi.

– Pan Mann! – Jünger wskazuje młodzieńca z szopą słomianych włosów, który wysoko podniósł rękę.

– Tam jest obóz. – Mann jest wyraźnie podniecony. – Obóz pracy, dla Cyganów, Żydów.

– Cóż, nie tylko pracy, drogi panie Mann – odpowiada uprzejmie Jünger. – Ale faktycznie, obóz. Dwa lata temu jego komendantem został niejaki Loritz, Hans Loritz; człowiek o wielkim zapale do medycyny.

W tym śnie Jünger na chwilę milknie, by siedzący w półkole mogli się roześmiać; śmieją się.

– Komendant Loritz, wyobraźcie sobie, panowie, twierdzi, że medycyna to taka sztuka, która służy do ratowania ludzkiego życia.

Znów cisza; znów śmiech. Szczególnie głośno śmieje się Alexander Wiener; teatralnie chichocze, zakrywając usta.

– Z polecenia komendanta Loritza w obozie w Dachau zajmowałem się badaniami nad rozwojem malarii – kontynuuje śniony Jünger. – Warunki do nauki, ach!… muszę panom powiedzieć: znakomite. Ile obiektów! Romowie, tak, oczywiście. Oczywiście, jak zauważył pan Mann, Żydzi. I wszystkim można wstrzyknąć bakterie malarii, zobaczyć, jak rozwijają się w ich ciałach… Problemem jest cel.

Na chwilę milknie. Zapada tam cisza, w twoim śnie.

– Jak niektórzy z panów wiedzą – mówi w twoim śnie profesor Jünger, spoglądając na małe, prostokątne okienko – jeszcze kilka lat temu byłem ogromnym entuzjastą pana Hitlera i Partii. Sądziłem… tak, można powiedzieć, że sądziłem, że on wreszcie zrozumiał, na czym powinna polegać medycyna. Niestety, pomyliłem się. Nie ja pierwszy i nie ja ostatni. Dzisiaj, panowie, wszyscy wiemy, o co naprawdę – akcentuje – chodzi panu Hitlerowi. Otóż nie chodzi mu o przywrócenie Niemcom godności, nie o oczyszczenie naszej rasy z toksyn. O to, być może, też, ale prawdziwy cel jest inny.

W twoim śnie profesor Jünger wesoło rozgląda się po siedzących w półkole młodzieńcach. Jego wzrok nie zatrzymuje się na tobie, natychmiast biegnie dalej, jak gdyby chciał sprawdzić, czy wszyscy są dostatecznie skupieni.

– O tym jednak porozmawiamy po wakacjach. – Uśmiecha się. – Dziś mamy ważniejsze sprawy. Dziś nasz dom, Dom Salomona, zyskał nowego mieszkańca. Powitajmy, proszę, Jacoba von Deymanna!

Więc tak się nazywa ktoś, kto jest tobą w tym śnie?

Nie śnisz o tym, by ten ktoś się nad tym zastanawiał, oto bowiem siedzący w półkole młodzieńcy wstają i zaczynają bić brawo. Śnisz też swoje wstawanie; poklepywanie po plecach; dawanie swojej dłoni do ściskania, pierwszemu, drugiemu, trzeciemu, trzynastemu, aż w końcu śnisz, że stajesz twarzą w twarz z profesorem Jüngerem. Jak tu śmierdzi, w tym twoim śnie.

– Gratulacje – mówi cicho Jünger. – W przyszłym roku… no, zobaczy pan.

I tyle. Wypuszcza z dłoni twoją dłoń i ktoś, kim jesteś w tym śnie, myśli, że to już koniec ceremonii; jednak nie.

– Panie Kittler? – Jünger zwraca się do młodzieńca o twarzy mastodonta, a ten podnosi z podłogi cztery butelki sznapsa; gdy je odkręca, rozlega się cichy syk. – Bardzo proszę – zabiera od Kittlera pierwszą z butelek sznapsa i podaje komuś, kto jest tobą. — Niech pan pije.

Na wyśnionym przez ciebie strychu sznaps smakuje brzoskwiniami; jest lekki i smaczny niczym lemoniada. Śnieni przez ciebie chłopcy nagle się uciszają i wraz z Jüngerem każdy z nich patrzy, jak wychylasz butelkę. Alkohol znika szybko, wślizguje się do śnionego przez ciebie przełyku i wpada do żołądka, który także śnisz, i bulgocze tam, i śni ci się teraz jego bulgotanie, wszystko ci się śni.

– Brawo! – mówi śniony Jünger, gdy butelka gdzieś znika. We śnie na kogoś, kto jest tobą, alkohol w ogóle nie działa; nie kręci ci się w głowie i obraz pięciokątnego strychu nie rozmywa się. – Czy domyśla się pan, panie von Deymann, dlaczego podjęliśmy tu pana sznapsem? – pyta, a ty śnisz swoją odpowiedź:

– Nie.

Śniony przez ciebie Jünger uśmiecha się.

– Zrobiliśmy to, panie von Deymann, dlatego że alkohol to taki płyn, który rozwiązuje zmysły, zasznurowane normami, zakazami. I to było, panowie – zwraca się do pozostałych młodzieńców – ostatnie spotkanie Domu Salomona przed wakacjami. W październiku…

– Co w październiku, panie profesorze? – śnisz przymilny uśmieszek śnionego przez ciebie Wienera i śnisz to udanie zawahania Jüngera, którego także śnisz.

– W październiku, panie Alexandrze, będziemy uprawiać naukę.

Śnisz swoje drżenie na to, co powiedział. Śnisz je.

Tak kończy się ostatnie spotkanie Domu Salomona przed letnimi wakacjami 1938 roku; ale nie kończy się twój sen. Twój sen to ma do siebie, że nie śni się w nim to, co jest nieistotne; twój sen jest jak opera, w której kwestie nieistotne załatwia się recytatywem. Nie śni ci się więc, że po wyjściu z kamienicy biegniesz na Holbeinstraße, by zabrać swoje bagaże; nie śni ci się, jak długo czekasz na pociąg. W twoim śnie jesteś już w przedziale trzeciej klasy i liczysz, ile jeszcze przystanków zostało do stacji Rosenheim. Tylko to, co dzieje się za oknem, pozwala sądzić, że od wyjścia z wyśnionego strychu minęło trochę czasu: ogromne, skłębione obłoki o barwie smoły wędrują po niebie. Za oknem nad coraz wyraźniej rysującymi się górami zaczyna padać deszcz.

Kiedy wysiadasz w Rosenheim, leje już jak z cebra. Ktoś, kim jesteś w tym śnie, zna drogę z Rosenheim do Hameln: dziesięć kilometrów w ciemności. Inaczej niż alkohol, deszcz działa na śnionego ciebie; bawełna twojej śnionej koszuli przemięka i w twoich śnionych butach chlupocze woda, którą śnisz. Kiedy docierasz do miasteczka, jesteś już cały mokry.

Tak wchodzi się do miasteczka Hameln, które teraz śnisz: wąską, brukowaną kocimi łbami uliczką, która zaczyna się nie wiadomo gdzie. Po obu jej stronach wznoszą się dwupiętrowe, stuletnie kamienice, na parterach urzędują krawiec i szewc, i rewident, jest tu też księgarz. A w oddali – w oddali z burzowym niebem zlewa się w twoim śnie wzgórze, które pokrywa sosnowy las; gdyby przyśniła ci się wędrówka jego grząską ścieżką, wyśniłbyś także to, co jest za wzgórzem, szerokie pole i dwór z herbem von Deymannów nad wejściem. Ale tego nie śnisz, nie.

Śnisz coś zupełnie innego. Ktoś, kto jest tobą w tym śnie, nawet nie myśli o tym, by iść do dworu w Hameln. Od razu, kiedy znajduje się na brukowanej kocimi łbami uliczce, zmierza do domu ozdobionego szyldem: „U Czarnego Jeźdźca”. Wchodzisz: śnisz. Idziesz do baru: śnisz. Zamawiasz butelkę sznapsa: śnisz. Śnisz spojrzenia, którymi wodzą za tobą goście gospody „U Czarnego Jeźdźca”, ściszone rozmowy, dialogi, które dotyczą kogoś, kim jesteś w tym śnie. To ten młody? – tak szemrzą te dialogi. To on, ten… Jacob? Dziedzic? Jacob von? Jaki dziedzic, jaki dziedzic; oni już nic nie mają, tylko tę dziewuszkę, która jest nienormalna.

Pijesz sznapsa. Śnisz, że pijesz sznapsa. Śnisz, że sznaps smakuje jak lemoniada i że jesteś już w połowie jego butelki, i śnisz, że otwierają się drzwi.

Do gospody „U Czarnego Jeźdźca” wchodzi dziewczyna, którą ktoś, kim jesteś w swoim śnie, zna, widział ją kilka lat wcześniej obok chłopca w mundurze Hitlerjugend. I ten chłopiec – teraz – też tu jest, ale twój sen nie obleka jego umięśnionego ciała w brunatną koszulę. Obleka go w czerń; śnisz jego czerń, śnisz jego mundur, galowy mundur Waffen SS.

Śnisz też, że wstajesz; że do nich podchodzisz i unosisz rękę w geście przywitania. Lecz zanim zdążysz wyśnić słowa, jakie wysunęłyby się z twoich ust, mężczyzna w czarnym mundurze uderza cię pięścią w brzuch. Boli cię to w tym śnie, lecz cały czas jesteś przytomny; kiedy celujesz zaciśniętą dłonią w jego pierś, dostajesz kolejne uderzenie. Śnisz swój sen.

Mężczyzna w czarnym mundurze siłą kopniaka wyrzuca cię z gospody; cały czas jesteś przytomny, w swoim śnie. Deszcz siąpi i obmywa twoją śnioną twarz. Mężczyzna w czarnym mundurze wychodzi na deszcz i kopie cię pod żebra, które śnisz. Jest tu też ta dziewczyna, która mimo chłodnego deszczu i zimna ma na sobie sukienkę w kwiatki; i stoi w drzwiach gospody, i śmieje się, i śnisz, śnisz jej śmiech.

Jeszcze jeden kopniak. Śnisz.

Mężczyzna w czarnym mundurze zawraca, drzwi gospody „U Czarnego Jeźdźca” zamykają się; niebo nad tobą jest coraz czarniejsze. Twoje powieki opadają.

Budzisz się.

 


 

Powieść ukaże się nakładem Wydawnictwa Literackiego 15 września. 

 


 

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 401

(37/2016)
13 września 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj