Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Azja w zbliżeniu]...

[Azja w zbliżeniu] Chińskie protesty i indyjski spokój

Krzysztof Renik

Władze w Pekinie cały czas obawiają się rozwoju sytuacji w Tybecie, gdzie znaczna część Tybetańczyków nie akceptuje chińskiej dominacji. Dlatego tak zawzięcie zwalczają wszelkie przejawy publicznej działalności Dalajlamy.

„Gdziekolwiek jadę, oni zawsze protestują. W zasadzie to powinienem im być wdzięczny. Gdyby nie chińskie protesty, to któż by wiedział, gdzie podróżuje XIV Dalajlama” – takie między innymi słowa duchowego przywódcy Tybetańczyków, laureata Pokojowej Nagrody Nobla, Tenzina Giaco, czyli właśnie XIV Dalajlamy, zapamiętałem z jednej z konferencji prasowych w Dharamsali, wygnańczej siedzibie tybetańskiego przywódcy. Słowa te stały się po raz kolejny aktualne z okazji odwiedzin Dalajlamy w indyjskim stanie Arunaczal Pradeś.

Wizyta tybetańskiego przywódcy została zaplanowana jakiś czas temu, a odbyła się z początkiem kwietnia. Odwiedzinom w buddyjskich klasztorach Arunaczalu nie sprzyjały warunki atmosferyczne. Uniemożliwiły one Dalajlamie dotarcie do podhimalajskiego stanu helikopterem. Lecz zgodnie z głoszoną przez siebie zasadą, by nigdy „nie rezygnować” XIV Dalajlama nie zaniechał wyjazdu – przesiadł się do jeepa i wraz z towarzyszącym mu premierem rządu stanowego, Pemą Khendu, wyruszył w kilkunastogodzinną podróż drogą pełną dziur i wybojów w kierunku oczekujących nań buddyjskich wiernych. Warunki atmosferyczne były kłopotem dla Dalajlamy i władz indyjskich. Znacznie większym niż ciągłe pomruki niezadowolenia i gniewu płynące z Pekinu, do których New Delhi jest już przyzwyczajone.

W Pekinie już na samą wieść o planowanych przez Dalajlamę odwiedzinach w Arunaczal Pradeś zawrzało. Najpierw rzecznik chińskiego resortu spraw zagranicznych, następnie szef chińskiej dyplomacji, wreszcie chińskie media – wszystkie te ośrodki przypuściły atak na tybetańskiego przywódcę oraz na władze indyjskie. Pod adresem władz indyjskich padał odmieniany na rozmaite sposoby zarzut, iż zezwalając Dalajlamie na niemal dziesięciodniowe odwiedziny w himalajskim stanie, demolują dobrosąsiedzkie stosunki z Chinami, że doprowadzają do zniszczenia przygranicznej wymiany handlowej i kontaktów transgranicznych w Himalajach, że dążą do zaognienia zadawnionego sporu terytorialnego związanego z przebiegiem linii granicznej w Himalajach. Do chińskiego ministerstwa spraw zagranicznych wezwany został indyjski ambasador w Pekinie, któremu wręczono stosowny protest.

W tym miejscu nie od rzeczy będzie przywołanie historii. Linia graniczna w Himalajach, oddzielająca obecnie terytorium Chińskiej Republiki Ludowej, a precyzyjniej Tybet, od Indii, została ustalona w latach 1913–1914 na konferencji pokojowej w podhimalajskiej miejscowości Shimla. Zawarte wówczas porozumienie graniczne podpisane zostało przez władze Tybetu i Brytyjczyków władających Indiami. W wyniku tego porozumienia wytyczona została tak zwana Linia McMahona. Mimo iż w tamtym okresie władze Tybetu były niezależne od Chin i miały prawo podpisywania międzynarodowych traktatów, Chiny nie uznały porozumienia zawartego w Shimli. Porozumienia przyznającego Indiom terytorium dzisiejszego stanu Arunaczal Pradeś.

Zresztą władze w Pekinie odwołują się nie tylko do kwestii porozumienia z początku ubiegłego stulecia. Próbują również używać argumentów o charakterze religijnym, co w przypadku władz deklarujących oficjalnie ateizm jest, delikatnie mówiąc, nieco dziwne, by nie powiedzieć nielogiczne. W Tawangu, nieopodal buddyjskiego klasztoru wzniesionego przed stuleciami w granicach dzisiejszego Arunaczal Pradeś, urodził się VI Dalajlama. Dla ateistycznych władz w Pekinie to wystarczający dowód na to, by twierdzić, że Tawang należy do Tybetu, a skoro tak – to należy do Chin. Troska chińskich ateistów o jedność ziem tybetańskich wynikającą z tradycji religijnej musi budzić co najmniej zastanowienie…

Tak więc jednym z powodów obecnych chińskich protestów w sprawie podróży XIV Dalajlamy do Arunaczal Pradeś jest twierdzenie Pekinu, że jest to obszar, który powinien się znajdować w granicach Chin. A Chiny nie życzą sobie obecności Dalajlamy na swym terytorium. Indyjska zwierzchność nad tym obszarem jest – według Pekinu – tymczasowa i jedynie efektem nieakceptowanego przez Chiny porozumienia z Shimli. Skoro zatem Arunaczal jest terytorium spornym, to Indie nie powinny pozwolić Dalajlamie na odwiedziny w tym rejonie – twierdzi Pekin. Skoro władze w New Delhi wsparły wizytę, to oznacza to, iż narażają na szwank kontakty z Chinami.

Chińskie protesty nie pozostały oczywiście bez indyjskiej odpowiedzi. Resort dyplomacji bardzo mocno podkreślił, że pobyt Dalajlamy w Arunaczal Pradeś, na terytorium należącym do Indii w sposób niepodlegający dyskusji, ma wyłącznie charakter religijny. Dlatego dopisywanie tej wizycie jakichkolwiek znaczeń politycznych jest zwyczajnie niepotrzebne i stanowi polityczne oraz propagandowe nadużycie. Podobne stanowisko reprezentowały indyjskie media, które chętnie cytowały słowa premiera stanu Arunaczal Pradeś, Pemy Khendu, iż Chiny nie mogą dyktować Indiom, kto może, a kto nie może odwiedzać Arunaczal, między innymi dlatego, iż stan ten nie graniczy z Chinami, tylko z Tybetem.

Z kolei sam Dalajlama już w trakcie odwiedzin w Arunaczal Pradeś podkreślił, iż przybył na ziemie tego stanu, odpowiadając na prośby buddyjskich wiernych, by prowadzić religijne nauczanie. Jednocześnie zaznaczył, że przedstawiciele władz chińskich mogliby posłuchać jego nauk wygłaszanych w Arunczal Pradeś i na miejscu przekonać się, iż nie nawołuje on do jakiejkolwiek antychińskiej rebelii. Dodał przy tym, że podczas swego ponad 50-letniego wychodźstwa i pobytu w Indiach, nigdy nie był przez władze z New Delhi wykorzystywany do osiągnięcia przez Indie celów politycznych.

Komentując chińskie protesty, nasuwa się jedno spostrzeżenie. Władze w Pekinie cały czas obawiają się rozwoju sytuacji w Tybecie, w którym znaczna część Tybetańczyków nie akceptuje chińskiej dominacji. Dlatego tak zawzięcie zwalczają wszelkie przejawy publicznej działalności Dalajlamy, który w opinii większości Tybetańczyków symbolizuje te religijno-kulturowe wartości, które są dla nich cenne, a których przetrwanie jest zagrożone przez sinoizację Dachu Świata.

*/ Ikona wpisu: XIV Dalajlama, fot. Yancho Sabev, Wikimedia Commons.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 431

(15/2017)
11 kwietnia 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj