Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Trupiarnia. O książce...

Trupiarnia. O książce „Wśród przyjaciół” Macieja Sieńczyka

Wojciech Albiński

Sieńczyk podaje nam swoim pisaniem odtrutkę na nudę w wydaniu środkowoeuropejskim o wiele bardziej adekwatną niż poprzednie. Już nie – getta, palenie zwłok, skrwawione ziemie, ale – zabawa, czyli grzebanie w śmietnikach i najdziwniejsze manie. To jest teraz życie! Na lekko, bo do wojny daleko.

Sienczyk_okladka

Istnieje już kilka tekstów mówiących o tym, że Maciej Sieńczyk pod osłoną parodii literackiego języka klasycznej dziewiętnastowiecznej prozy niemieckich romantyków tak naprawdę serwuje nam okrucieństwo i nihilizm – i trudno się z nimi nie zgodzić. Na potwierdzenie tej tezy do księgarń spłynął kolejny wyrób (jak pisać o nim inaczej, gdy nic już nie ma wartości!) autorstwa multiutalentowanego autora: „Wśród przyjaciół” – powieść składająca się z kompilacji tekstów publikowanych wcześniej w „Lampie” i dwutygodniku.com. W blurbie jako przykład formalnego podobieństwa pojawia się „Dekameron” Boccaccia – w książce Sieńczyka goście również słuchają i mówią, opowieści się przenikają, gospodarz zaś zachęca wszystkich do dzielenia się nimi jak chlebem. Większość z nich – jak wiemy z licznych wywiadów z autorem, publikowanych na okoliczność wydania książki – traktuje o manii zbieractwa, opuszczonych mieszkaniach, skarbach ze śmietników, katalogu dziwactw i towarzyszącemu temu wszystkiemu zapaszkowi śmierci, w książce nazwanym wprost „trupim jadem”.

I choć przyjemnie byłoby teraz pójść w tę bombastyczność prozy Sieńczyka, wyliczając, jakie to manie są przytaczane przez opowiadaczy (ich obiektami stają się stare plakaty BHP, pisma religijne itd.), to dużo ciekawsze po-tym-co-już-wiemy o jego tekstach wydaje się pytanie, skąd bierze się w nas takie okrucieństwo? I to nie w sensie osobistym, ale społecznym. Słowem, co-w-nas pozwala Sieńczykowi na takie pisanie i popularność? Kiedyś, opisując jego sylwetkę, bawiłem się myślą, że dla Sieńczyka ta osobista próba obnażenia się oznacza wybicie się na wolność — zniszczenie każdej formy poprzez jej parodię. Ale wolność do czego? Do jakiej nowej formy wybija się Sieńczyk, która i dla czytelnika byłaby ciekawą propozycją? Udzielanie odpowiedzi na tak zadane pytanie trzeba rozpocząć od krążenia dookoła. Bardzo dookoła.

Zacznijmy więc od takiego bon motu: literatura jako taka ma budzić i podtrzymywać wrażliwość. Przyglądając się zestawowi współczesnych lektur, zaczerpniętemu od znajomych z Facebooka czy Goodreads, można odnieść wrażenie, że literatura zmieniła się dziś w indeks katastrof gospodarczych, ekologicznych, a przede wszystkim wojen. Stały się one najlepszą pożywką dla wrażliwości twórców literatury pięknej, reportażowej oraz historyków – i oczywiście czytelników, próbujących pobudzać swoją wrażliwość w kulturalny i uładzony sposób, bez – jak proponowała Masłowska – obcinania sobie ręki, żeby w ogóle coś poczuć. Poniekąd najlepszym przykładem jest tu Swietłana Aleksijewicz, akuszerka bólu całego upadłego imperium.

Tymczasem sam pamiętam czyjąś obserwację dotyczącą amerykańskiej kultury – amerykańskiej, czyli już en masse naszej – że gdy w Stanach Zjednoczonych pisze się o opuszczonym domu, to w przeciwieństwie do staromodnej Europy, w której na pewno zaraz będzie mowa o wojnie, deportacjach i komorach gazowych, tam znajdziemy tylko wzmiankę o migracji w głąb kontynentu, opuszczeniu, ewentualnie samotnej śmierci. Pusta chałupa, czyli jałowa nuda.

Jak w takim świecie obudzić w sobie wrażliwość? Brak wojen to poniekąd brak rzeczywistości, o którą tak zabiegamy w lekturach. Marzymy, aby coś jednak w końcu do nas przyszło i jak zaczarowaną różdżką zdjęło z nas czar nieistotności, każąc walczyć o spawy podstawowe – o życie. „Janek, kiedy się to wszystko skończy?”, pytam z rezygnacją przyjaciela. „Nie wiem. Kiedy wejdą Ruscy”, obnaża tamten najbardziej skryte „pragnienie pokoju”. Nuda tak przeżywanego świata każe pomyśleć o tezach Baudrillarda czy eksperymentach postmodernizmu, próbującego inaczej, od flanki, poradzić sobie z nierzeczywistością świata bez wojen.

W tym sensie Maciej Sieńczyk, pomijając jego osobowe, choć równie ciekawe predyspozycje do tworzenia takiej a nie innej literatury, jest europejskim postmodernistą, który próbuje odnaleźć się w nowym świecie, gdzie ludzie nie są zabijani, ale zostawiani sami sobie, gdzie nie są wypędzani, ale po śmierci wsiąkają samotnie w materace, gdzie mieszkania po ich odejściu czekają na ekipy sprzątające, a nie na bliskich. Te wszystkie umierające w odosobnieniu „babuszki” i „dziadunie” to zaledwie woal, przez który przeziera nowy okrutny świat. Okrutny, a nawet zabawny! Jak w dobrej literaturze – jest w tym dużo więcej niż tezy socjologów i uproszczenia dużych liczb. Jest lokalny koloryt i specyfika. „Detektyw” i „Goniec Aferalny”, druki ulotne szaleńców religijnych i każde możliwe dziwactwo samotnego człowieka. À rebours przywołanie dziwności i okrucieństw życia w wymiarze podstawowym.

Zapewne dlatego tak dobrze się to czyta. Nie tylko przez echo klasycznej powieści-wyznania, której rytm bije w zdaniach Sieńczyka, ale przez wyczuwalne, osobiste już próby radzenia sobie z nowym światem. Jeśli te wojenne lektury można by uznać za, powiedzmy, postmodernistyczne (piszę „powiedzmy”, bo jednak, jeśli czytamy te wojenne reportaże, to ze świadomością, że tu nie chodzi o poznanie, tylko o dreszczyk i horror), to Sieńczyk i jego metoda, by „opowiadać dalej” – jak brzmi tytuł jednej z powieści-manifestów postmodernizmu – podaje nam swoim pisaniem lek nowej generacji, odtrutkę na nudę w wydaniu środkowoeuropejskim o wiele bardziej adekwatną niż poprzednie. Już nie – getta, palenie zwłok, skrwawione ziemie, ale – zabawa, czyli grzebanie w śmietnikach, najdziwniejsze manie i opuszczone mieszkania. To jest teraz życie! Na lekko, bo do wojny daleko.

Na koniec zostaje pytanie o następną książkę czy album Sieńczyka. Zapytany kiedyś, powiedział, że ma ambicję stworzyć ich jeszcze kilka. Albumy są świetne same w sobie i każdy kolejny będzie dobry. Następna powieść o tym samym, a więc o trupich jadach i plakatach BHP, byłaby już niezamierzoną emanacją śmiertelnej nudy. Jadem trupim, który stracił już swoje lecznicze właściwości, o ile je miał.

Ach, specjalnie nie napisałem nic o ilustracjach autora, które uświetniają książkę. Ich geometryczne kadry, puste formy projektów graficznych z lat 60. z powiększeniami detali umieszczonymi w kołach obok właściwych rysunków oraz przekrojami domów pokazują – jeśli ktoś w tej całej zabawie ich nie dostrzegł – chłód i okrucieństwo, o które tu chodzi. Ale są też dużo mniej ciekawe, niż te, które znajdują się w albumach. Tamte ilustracje poprzez lekkość i groteskę dawały jeszcze pocieszenie, że to wszystko nie jest na serio. Jest, jak najbardziej. W stylu buffo.

 

Książka:

Maciej Sieńczyk, „Wśród przyjaciół”, wyd. Czarne, Wołowiec 2016.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 435

(19/2017)
9 maja 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj