0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Myanmar] Samotna wieża...

[Myanmar] Samotna wieża Aung San Suu Kyi

Bartosz Kozakiewicz

Jeden z największych na świecie kryzysów humanitarnych, rosnące represje wobec prasy oraz zdjęcia zachodzącego słońca na tle tysiącletnich pagód. To główne tematy, które obecnie zobaczymy po wpisaniu do przeglądarki internetowej hasła „Myanmar”. Dwa pierwsze z nich pojawiły się w ciągu ostatniego roku, trzeci od lat przyciąga rzeszę turystów do tego kraju.

Mjanma nie ma ostatnio dobrej prasy. Po dwóch latach od druzgocącego wyborczego zwycięstwa Narodowej Ligi Demokracji, która zdobyła 87 proc. głosów, świat nie patrzy już tak przychylnie na niegdysiejszą wschodzącą gwiazdę transformacji demokratycznej. Pogarszająca się sytuacja wewnętrzna nie rokuje dobrze na nadchodzące lata. Jednak spisywanie na straty Mjanmy, znanej dawniej pod nazwą Birma, jest przedwczesne. Od początku było wiadomo, że to nie będzie ani łatwy, ani szybki proces.

Mniejszość w obozach

Birmańskie trudności nie zaczęły się w tym roku. Tragedia mniejszości etnicznej Rohindża, zamieszkującej stan Rakhine, trwa od lat 80., a jej drastyczne przyśpieszenie nastąpiło wraz z powrotem Mjanmy na globalną scenę polityczną w roku 2012. Zamieszki wywołane w grudniu 2012 r. doprowadziły do umieszczenia ponad 100 tys. osób z tej grupy etnicznej w tymczasowych obozach. Obozy istnieją do dziś i nic nie wskazuje na to, by ktokolwiek, poza ich mieszkańcami, chciał zmienić zastałą sytuację. Oficjalnie obozy powstały dla ochrony „Bengali”, bo według władz Mjanmy Rohindża to tożsamość wymyślona przez migrantów z Bangladeszu w celu usankcjonowania swojego stałego osiedlenia się w stanie Rakhine. Ochrona była potrzebna, ponieważ część lokalnej ludności niesiona hasłami nacjonalistycznymi chciała ich wypędzić albo po prostu zamordować. Ponad 100 tys. Rohindżów od 2012 r. nie może wychodzić z tych obozów, nie może pracować, a do pomocy medycznej praktycznie nie ma dostępu – tak świetnie są „chronieni” przez władze Mjanmy. Wszytko to w ramach odpowiedzialności zbiorowej za gwałt dokonany w 2012 r. przez czterech muzułmanów.

W czasie, gdy Europa w skrajnych emocjach zastanawiała się, jak radzić sobie z kryzysem migracyjnym u siebie, na morzach Azji Południowo-Wschodniej trwał długo niezauważany exodus Rohindżów. Tysiące osób z tej grupy etnicznej zdecydowało się oddać własne życie w ręce przemytników – którzy często okazywali się być współczesnymi handlarzami niewolników – mając nadzieję na lepsze życie z dala od Mjanmy. Gdyby nie groby dziesiątków Rohindża, odkryte na tajskich wyspach przez lokalnych dziennikarzy, pewnie nikt by nie dostrzegł tej trwającej lata tragedii.

Tlący się nieustannie konflikt wybuchł z pełną mocą pod koniec sierpnia 2017 r., po atakach mało znanej grupy Arakan Rohingya Salvation Army (ARSA), która napadła na posterunek policji i bazę armii birmańskiej w stanie Rahkine uzbrojona w większości w kije i maczety. Na zdecydowaną niekorzyść ARSA przemawia fakt, że ataków dokonała dzień po ogłoszeniu planu stopniowego rozwiązania konfliktu w Rakhine, opracowanego pod przewodnictwem Kofiego Annana. Planu dalekiego od ideału, ale jak do tej pory jedynego tego typu dokumentu. W odpowiedzi na ataki armia Mjanmy postanowiła uderzyć z pełną siłą.

Birmańscy generałowie „zatroszczyli” się o bezpieczeństwo w Rakhine, a Rohindżowie sami podpalili swoje wsie i wyruszyli w podróż do Bangladeszu. Według rządowych mediów setki tysięcy osób, w żaden sposób nie sprowokowanych przez działania birmańskiej armii, „wpadło na ten pomysł” we wrześniu i październiku 2017 r. Zgodnie z tą narracją takie trudności, jak miny na granicy, rwący nurt rzeki Naf czy rozpadające się łodzie przeładowane do granic możliwości, to tylko element ekscytującej podróży do Bangladeszu.

Mimo iż brzmi to jak sarkazm, tak myśli duża część birmańskiego społeczeństwa owładnięta propagandą szerzoną przez rządowe media i facebookowe posty. Buddyjski fundamentalizm rysuje obraz Mjanmy jako przedmurza cywilizacyjnego, broniącego świat buddyzmu przed zalewem islamistów. Fakt, że Rohindżowie stanowili niewielki procent ludności birmańskiej, nie był żadnym argumentem za tym, że nie stanowią żadnego zagrożenia. A raczej „nie stanowili”, bo ponad połowa z nich była zmuszona ratować się ucieczką z kraju.

Wizyta Franciszka

Ten gordyjski węzeł miał w przekonaniu niektórych komentatorów rozwiązać papież Franciszek, który w listopadzie przeleciał do Mjanmy. Było to wydarzenie historyczne, bo żaden zwierzchnik Kościoła katolickiego nie odwiedził wcześniej tego kraju. Rozwodząc się nad tym, czy papież wypowie zakazane słowo „Rohindża” i, jak już nie raz w przeszłości, ponownie stanie się głosem sumienia światowych mężów stanu, media straciły z oczu podstawowy cel papieskiej wizyty. Franciszek odwiedził Mjanmę, by wesprzeć w wierze lokalną mniejszość katolicką; wspólnotę liczącą mniej więcej tylu członków, co grupa Rohingdża, która opuściła swoje domy w stanie Rakhine w 2017 r. – czyli około 660 tys.

Tajemnicą pozostanie, co papież powiedział na bilateralnych spotkaniach z głównodowodzącym armii birmańskiej, generałem Min Aung Hlaingiem, oraz przywódczynią cywilnego rządu, laureatką pokojowej Nagrody Nobla, Aung San Suu Kyi. Jednakże większość birmańskich dziennikarzy posiadających kontakty wysokim szczeblu władzy zgodnie twierdzi, że Franciszek nie szczędził krytyki ani głównodowodzącemu, ani pani kanclerz. Z drugiej jednak strony wiemy, że birmański kardynał Charles Bo prosił papieża o nieużywanie słowa „Rohingdża” podczas otwartych spotkań. Czy sprzeciwienie się prośbom gospodarzy, mogło by mieć większy wpływ na losy dziesiątków tysięcy uchodźców? Czy mówiąc wprost o prześladowaniach i gwałtach dokonanych na jednej z najbiedniejszych grup etnicznych świata, przywódca Kościoła katolickiego miał szansę zmienić ich los? Nie wydaje się to możliwe. Istotnym argumentem jest również fakt, że jednoznaczne wypomnienie birmańskim władzom ich błędnej polityki mogłoby narazić katolików w Mjanmie na reperkusje i pomnożyć cierpienia o kolejne istnienia ludzkie.

Podczas spotkania w stolicy Naypyidaw z władzami, przedstawicielami organizacji pozarządowych i korpusem dyplomatycznym, które było transmitowane w lokalnej telewizji, papież powiedział: „Przyszłością Mjanmy musi być pokój, pokój oparty na poszanowaniu godności i praw każdego członka społeczeństwa, szacunku dla każdej grupy etnicznej i jej tożsamości, poszanowaniu rządów prawa i poszanowaniu demokratycznego porządku, który umożliwia każdej osobie i każdej grupie – nie wykluczając nikogo – zaoferowanie swojego słusznego wkładu we wspólne dobro”. Franciszek nie omieszkał również bezpośrednio wspomnieć o „kryzysie w Rakhine”, o Rohindżach wspomniał jednak dopiero w Bangladeszu, podczas spotkania z przedstawicielami tej mniejszości etnicznej.

Malkontenci stwierdzą, że to za mało. Przewrażliwieni birmańscy fundamentaliści – że nikt nie ma prawa ingerować w wewnętrzne sprawy kraju. Prawda jest jednak taka, że tragedię Rohindżów mogą rozwiązać tylko władze Mjanmy. Póki to nie nastąpi, na nas wszystkich spoczywa odpowiedzialność za pamięć o ich przerażającej sytuacji, jak i udzielenie wsparcia temu ciemiężonemu ludowi.

Za wysoka cena za demokrację?

Tragedia Rohindżów nie jest nowym rozdziałem w historii birmańskiej armii. Niemalże identyczne taktyki stosowano wobec innych mniejszości Birmy do roku 1989, w którym generałowie przemianowali kraj na Mjanmę, jak i później, bo metod zarządzania nie zmienili. Na granicy tajsko-birmańskiej do dziś mieszka około 100 tys. zapomnianych już uchodźców, głównie ze stanów Shan i Kachin. W poprzednim roku z możliwości powrotu z tych obozów do Mjanmy, skorzystało jedynie… 116 osób. Ilu Rohindżów zdecyduje się wrócić w ramach podpisanego w pośpiechu przed przyjazdem papieża porozumienia między Mjanmą i Bangladeszem? Mniejsza z tym, że brak w tym porozumieniu podstawowych szczegółów dotyczących tego, jak ma przebiegać proces powrotu, skoro domy uciekinierów w większości zostały spalone, a dokumenty, które upoważniają do powrotu, posiada w najlepszym wypadku jedna trzecia z ponad 650 tys. uchodźców. Podstawowe pytanie brzmi: kto zdecyduje się wrócić, jeśli nie będzie miał gwarancji, że za rok czy za trzy znowu będzie musiał uciekać w tempie, które pozwala ratować jedynie własne życie?

Wśród głosów próbujących zwrócić uwagę na tragiczny los Rohindża, szczególnie mocno wybrzmiały słowa Desmonda Tutu. Legendarny przywódca walki z segregacją rasową w Południowej Afryce powiedział, że jeśli ceną za birmańską demokrację jest tragiczny los Rohindża, to jest to cena za wysoka. Los tej mniejszości będzie prześladował birmańską transformację do końca jej dni. Czy tak ważny dla przyszłości Mjanmy proces pokojowy, który ma zakończyć konflikty etniczne rozsadzające ten kraj od momentu powstania w roku 1948, ma szansę powodzenia, jeśli żadna ze 135 mniejszości nie ma gwarancji, że w przyszłości nie podzieli losu Rohindżów?

Represje wobec wolnej prasy

Dwunastego grudnia birmańska transformacja otrzymała kolejny cios. Tym razem już bezpośrednio od rządu cywilnego, któremu dla przypomnienia przewodzi laureatka Pokojowej Nagrody Nobla. Na przedmieściach Yangonu około godziny 23.30 aresztowano dwóch dziennikarzy agencji Reuters. Wa Lone i Kyaw Soe Oo zostali zatrzymani przez policję i przewiezieni do aresztu, w którym przedstawiono im zarzuty na podstawie art. 3 Oficjalnej Ustawy o Tajemnicach z 1923 r. Dziennikarzom zarzucono posiadanie dokumentów objętych tajemnicą państwową z intencją przekazania ich zagranicznym mediom. Zgodnie z prawem, które już 94 lata temu budziło kontrowersje, Wa Lone i Kyaw Soe Oo mogą zostać skazani na karę do 14 lat więzienia!

To, że podstawą zatrzymania jest archaiczna ustawa napisana przez brytyjskich kolonizatorów w celu tłumienia dążeń wolnościowych birmańskiej opozycji, pozostaje skwitowany jedynie głuchą ciszą. A fakt, że zgodę na postawienie zarzutów dziennikarzom Reutersa wydał zgodnie z swoimi prerogatywami Htin Kyaw, prezydent Mjanmy, jeden z najbardziej zaufanych współpracowników Aung San Suu Kyi, jest druzgocący dla wizerunku dawnych opozycjonistów.

Areszt, a wręcz wymuszone zaginięcie dwóch reporterów Reutersa, bo nikt nie wie, gdzie dokładnie są przetrzymywani, jest o tyle wymowny, że Wa Lone i Kyaw Soe Oo zajmowali się konfliktem w stanie Rakhine. Dodatkowym pogwałceniem wszelkich praw było umieszczenie zdjęcia obu reporterów w konwencji zarezerwowanej dla mafijnych bossów narkotykowych – w kajdankach, z wyłożonymi na stole przedmiotami i dokumentami znalezionymi przy nich w chwili zatrzymania. Zdjęcie to opublikowało na swojej stronie Ministerstwo Informacji, którego szefem jest były opozycjonista i poeta U Pe Myint. Jakby tego było mało, twarze zatrzymanych dziennikarzy są całkowicie widoczne na pierwszej opublikowanej wersji zdjęcia, co jest przekroczeniem wszelkich standardów. Pan minister po paru dniach od zatrzymania Wa Lone’a i Kyawa Soe Oo, wypowiadając się dla lokalnych mediów, stwierdził, że aresztu dokonano po ewidentnej prowokacji ze strony birmańskiej policji, ale dziennikarze powinni być mądrzejsi i nie dać się podejść. Za sam ten komentarz były opozycjonista powinien podać się do dymisji.

Koniec przemian?

Trudno nie napisać, że tak oto umiera birmańska transformacja. Dawni opozycjoniści przejmują narzędzia opresji, których kiedyś padali ofiarą. W samym 2017 r. był to jedenasty przypadek represji stosowanych wobec wolnej prasy. Jednak Mjanma znajduje się jeszcze daleko od terroru dawnej junty wojskowej, która rozprawiała się z demokratyczną opozycją kulami z karabinów maszynowych. Wydarzenia z tego roku nie pozostawiają cienia wątpliwości – obserwujemy odwrót od wolności, którą udało się birmańskiemu społeczeństwu zdobyć na fali demokratycznych przemian.

Pytania o powody braku reakcji liderki Mjanmy, Aung San Suu Kyi, w kwestiach czystek etnicznych w Rakhine, czy drastycznego ograniczenia wolności prasy, odbijają się coraz mocniej od pustych ścian wysokiej wieży, w której wydaje się żyć pani kanclerz. To prawda, że „Daw Suu”, jak z uznaniem nazywają ją mieszkańcy Mjanmy, ma bardzo ograniczone pole manewru. Generałowie dobrze przygotowali się do tej rozgrywki i wciągnęli dawnych opozycjonistów do brutalniej gry, w której ludzkie życie nie ma dużego znaczenia. Wygląda jednak na to, że słynny zmysł polityczny córki generała Aung Sana nie jest chyba w najlepszej formie, skoro nawet w kwestii zatrzymanych dziennikarzy nie ma nic do powiedzenia.

Osamotnienie Aung San Suu Kyi na scenie politycznej będzie się jedynie pogłębiać, jeśli główną formą komunikacji będzie cisza i takie działania, jak niedawna odmowa wydania wizy wjazdowej pani Yanghee Lee, specjalnej sprawozdawczyni ONZ ds. praw człowieka w Mjanmie. Bez międzynarodowych sojuszników, trwała wygrana Daw Suu z generałami staje się coraz mniej prawdopodobna, a birmańska transformacja coraz bardziej papierowa niż realna.

 

*/ Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Gero 73 [CC0]; Źródło: Pixabay.com

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 468

(53/2017)
28 grudnia 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj