Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Polska–Ukraina] Zaawansowane stadium...

[Polska–Ukraina] Zaawansowane stadium schizofrenii

Filip Rudnik

Nie tak dawno Andrzej Duda wraz z Petrem Poroszenką obwieścili rychłe powstanie wspólnej komisji złożonej z badaczy IPN-ów obu państw. Nasuwa się jednak pytanie: jak członkowie tej instytucji będą mogli spokojnie obradować, skoro – zgodnie z nową ustawą o IPN-ie – ukraińska strona może podlegać karze pozbawienia wolności w Polsce za swoje nieprawomyślne wypowiedzi, chociażby w telewizji?

Napięcie na linii Polska–Izrael skutecznie przyćmiło te zapisy nowelizacji ustawy o IPN-ie, które umownie nazwano „penalizacją banderyzmu”. A szkoda – bo to właśnie tam, jak na dłoni, widać nieudolność ustawodawcy. Tylko co za tym stoi: dyletanctwo czy zła wola?

Wydawałoby się, że to właśnie przepisy autorstwa posłów Kukiz’15 – a więc punkty dotyczące ścigania zbrodni dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów – miały stanowić „zderzak” skierowany poza granice kraju. Projektodawcy spodziewali się chyba przede wszystkim stanowczej reakcji ze strony Kijowa. W ten sposób znów mogliby przedstawić Ukraińców jako naród, który nie potrafi odżegnać się od kultu OUN–UPA.

Janusowe oblicze banderyzmu

Tak się jednak nie stało – na nowelizację ustawy o IPN-ie gwałtownie odpowiedzieli politycy izraelscy, co najwidoczniej nie mieściło się w horyzoncie myślowym autorów tego aktu prawnego. Narodowe wzmożenie wokół sporu z Tel Awiwem sprawiło, że niewiele mówi się o ewentualnych konsekwencjach ścigania „banderyzmu”.

W ustawie błyskawicznie przegłosowanej przez Sejm i Senat znajduje się punkt mówiący o ściganiu „zbrodni ukraińskich nacjonalistów i członków ukraińskich formacji kolaborujących z Trzecią Rzeszą Niemiecką”. Opinia publiczna ograniczyła się do paru wzmianek i odnotowaniu reakcji ukraińskiego MSZ-u, które wyraziło „głębokie zaniepokojenie” i skrytykowało głównie terminologię użytą w nowelizacji. Z pewnym opóźnieniem głos w sprawie zabrał też prezydent Petro Poroszenko, który oświadczył, że jest „głęboko zmartwiony decyzją polskich parlamentarzystów”, a nowe prawo godzi w partnerstwo między Polską i Ukrainą.

Zbrodnie ukraińskich nacjonalistów są w ustawie zrównywane są z przestępstwami komunizmu i nazizmu. Podczas sejmowych obrad, poseł Rzymkowski z Kukiz’15 określił „banderowców” mianem „ukraińskich nazistów”. Takie sformułowanie to – mówiąc delikatnie – duże uproszczenie. Tylko kto będzie się wgłębiał w rozjaśnianie złożoności ukraińskiego podziemia?
Leksyka formułująca zapis stanowi jedynie uchybienie kosmetyczne – defektów jest więcej. W oczy rzucają się szczególnie ramy czasowe przyjętej nowelizacji. W ustawie mówi się o „czynach popełnianych przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1925–1950”. Trudno zgadnąć, dlaczego wybrano akurat te daty – rok 1925 sięga wcześniej niż powstanie OUN czy UPA. Co więcej, Ukraińska Wojskowa Organizacja – w uproszczeniu protoplasta OUN – powstała jeszcze wcześniej – w roku 1920, a już od początku swojej działalności dokonywała zamachów terrorystycznych na terenie II RP.

Końcowa cezura również nasuwa wiele wątpliwości, ponieważ obejmuje także operację „Wisła”. Z nią wiąże się też ostateczna klęska UPA na terenie komunistycznej Polski oraz działania ukraińskich partyzantów przeciwstawiających się akcji przymusowych przesiedleń. Tutaj pojawia się szczególna trudność. Deportacje 140 tys. obywateli polskich pochodzenia ukraińskiego spełniają przecież kryteria „zbrodni przeciw ludzkości”. A skoro tak, to jak rozpatrywać działalność powojennego ukraińskiego podziemia, które stawiało opór wojskom komunistycznej Polski? Jak oceniać polskich wojskowych, którzy przesiedlali Ukraińców? Walczyli przecież z „banderowcami”, choć jednocześnie dokonywali komunistycznej zbrodni.

Na tym nie koniec – wystarczy przypomnieć szereg lokalnych sojuszy zawartych między UPA a polskim WiN-em, których symbolem był udany atak na siedzibę MBP w Hrubieszowie z 1946 r. Jak IPN zinterpretuje te wydarzenia, skoro Ukraińcy należeli formalnie do tej samej jednostki, która odpowiadała za zbrodnie na Wołyniu i Galicji Wschodniej? Jak patrzeć na polskich żołnierzy podziemia niepodległościowego, którzy podjęli taktyczną współpracę z upowcami?

Upominamy się o was?

W rozmowie z „Kulturą Liberalną” Paweł Śpiewak wskazał na absurdalność nowelizacji ze względu na jej jurysdykcję, która zostaje rozciągnięta poza polskie granice. Każdy, kto przypisywałby Polakom udział w Zagładzie Żydów ma – w myśl nowego prawa – ponieść tego prawne konsekwencje w Polsce. To samo będzie dotyczyć kontekstu ukraińskiego – nieprawomyślny publicysta z Ukrainy, niuansujący wzajemną historię, będzie karany grzywną bądź więzieniem. Blokuje to płaszczyznę wzajemnego dialogu i sprawia, że ukraińscy eksperci będą omijali Polskę szerokim łukiem.

Oczywiście, ustawodawca zastrzegł, że spod penalizacji wyłączona będzie działalność badawcza i artystyczna. I znowu absurd – historycy przecież często zabierają głos na łamach prasy, co sprawia, że granica między publicystyką a historią się zaciera. Niech za przykład posłuży szwarccharakter wzajemnych relacji, prezes ukraińskiego IPN-u, Wołodymyr Wjatrowycz, który nie tak dawno udzielał wywiadu konserwatywnemu „Do Rzeczy”.

W sprawie nowelizacji głos zabrał również były premier RP Leszek Miller, który zdaje się jednoznacznie popiera obecny kształt nowelizacji. Swój tekst dla „Super Expressu” polityk zakończył sformułowaniem, że ściganie ideologii banderyzmu „po prostu należy się ofiarom wołyńskiego ludobójstwa”. Czy naprawdę tak niejednoznaczna – i w gruncie rzeczy niebezpieczna – ustawa może być odczytana jako upominanie się o tych, którzy przeszli przez piekło Wołynia i Galicji Wschodniej? Badania oraz śledztwa – w tym prowadzone również przez IPN – toczyły się i bez nowelizacji.

Polityka ponad prawem

W dyskusji nad ustawą polscy politycy często powołują się – według pokrętnie pojmowanej analogii – na podobny akt prawny uchwalony w 2015 r. przez ukraińską Radę Najwyższą. Kijów przegłosował wówczas projekt zawierający obszerną listę organizacji niepodległościowych, których członków obwołano „bojownikami o niezależność Ukrainy”. Według ustawy „pogardliwy stosunek” wobec tych ludzi jest bezprawny i podlega karze w ramach obowiązującego prawa – ukraiński ustawodawca w tym samym akcie nie podaje jednak żadnych przepisów karnych, według których ewentualni obrazoburcy mieliby zostać sądzeni.

Ustawa autorstwa ukraińskich parlamentarzystów miała doraźną funkcję polityczną – wzmocnienie państwowej ideologii, której ostrze wymierzone jest w Rosję. Podobnie należy odczytać zapisy o „penalizacji banderyzmu”. Akt animuje i wzmacnia poczucie narodowej godności, tak potrzebne dla części elektoratu. Jednocześnie uderza we wzajemne stosunki polsko-ukraińskie i trwoni kapitał związany z sympatią, którą Ukraińcy darzą Polskę. Kryzys we wzajemnych stosunkach – trwający przez ostatnie pół roku – negatywnie i zauważalnie wpłynął na postrzeganie Polski przez Ukraińców. Nowelizacja ustawy, jeśli zostanie uchwalona w niezmienionej formie, może pogłębić ten negatywny trend.

Obecna polityka rządzących przypomina zatem zaawansowane stadium schizofrenii, a „penalizacja banderyzmu” to doskonały przejaw tego schorzenia. Nie tak dawno Andrzej Duda wraz z Petrem Poroszenką obwieścili rychłe powstanie wspólnej komisji złożonej z badaczy IPN-ów obu państw. Komisja, jak zapowiedział polski prezydent, miałaby się poświęcić rozwiązaniu trudnych kwestii historycznych, które stanowią przyczynę niedawnych turbulencji na linii Warszawa–Kijów. Nasuwa się jednak pytanie: jak członkowie tej instytucji będą mogli spokojnie obradować, skoro – zgodnie z ustawą – ukraińska strona może podlegać karze pozbawienia wolności w Polsce za swoje nieprawomyślne wypowiedzi, chociażby w telewizji?

 

Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: All-Ukrainian Union «Freedom», Wikimedia Commons.

SKOMENTUJ

Nr 473

(5/2018)
1 lutego 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj