Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Dobry Indianin to...

Dobry Indianin to zrozumiały Indianin. O monografii „Apacze” Edwina Sweeneya

Paweł Majewski

Większość kultur ulega mitologizacji w oczach przedstawicieli innych kultur. Rzadko się jednak zdarza, żeby mitologizacja była jedynym sposobem istnienia jakiejś kultury w oczach innej kultury. A tak właśnie stało się z kulturowym dziedzictwem amerykańskich Indian.

Apacze_okladka

Nazwa „Indianie” jest nonsensowna, ponieważ wywodzi się ze złudnego przekonania Krzysztofa Kolumba, że dopłynął przez Atlantyk do Indii. Ale nazwa „rdzenni Amerykanie” (native Americans) jest tylko trochę mniej nonsensowna, ponieważ rzeczownik „Ameryka” pochodzi od imienia jednego z wczesnych europejskich eksploratorów tej części świata. Europejczycy po rozpadzie kolonializmu poniechali hegemonicznych praktyk w polityce i kulturze, ale one wciąż tkwią w języku i być może z niego najtrudniej jest je usunąć, nawet głęboko poważając poprawność polityczną. Kłopoty z językiem, który wartościuje nazywane nim składniki rzeczywistości niekoniecznie zgodnie z intencjami swoich użytkowników, dają się odczuć na podwórku, w korporacji i na antypodach – w każdej skali ludzkiego doświadczenia. Pułapki zastawiane przez język na nas, którzy nim mówimy, były wnikliwie badane przez strukturalistów, ale ponieważ rozminęli się oni w czasie z postkolonialną political correctness, nie zdążyli włączyć do swoich ulubionych struktur składowej etycznej.

Nie jest przypadkowe, że Edward Sapir i Benjamin Lee Whorf, którzy w latach 30. ubiegłego wieku sformułowali sławną tezę o przemożnym wpływie gramatyki języków na postrzeganie świata przez użytkowników tych języków, badali przede wszystkim języki indiańskie. Uklasyczniony przez ich przykład język Indian Hopi służył pokoleniom antropologów i językoznawców do ilustrowania zależności między kategoriami gramatycznymi a sekwencjonowaniem doświadczenia fenomenalnego w pojęciach intelektualnych, przy pomocy których mózg człowieka zarządza otrzymywanymi przez siebie danymi. Innymi słowy – twierdzono, że to, jak widzimy świat, zależy od tego, jak o tym świecie mówimy, nie zaś na odwrót, jak sugerowałby zdrowy rozsądek. Teza Sapira-Whorfa w swojej silnej postaci została wprawdzie odrzucona, lecz będący jej założeniem relatywizm językowy należy dziś do podstaw myślenia humanistycznego.

Myśl, że biali i czerwonoskórzy mogliby się byli nieco lepiej porozumieć, gdyby byli świadomi różnic między swoimi mentalnościami i językami, jest tak oderwana od rzeczywistości, że poważnie mógłby ją formułować tylko bardzo naiwny humanista akademicki. Już raczej, naśladując nieudolnie Groucho Marxa, rozsądniej byłoby powiedzieć, że ludzie, w których języku słowo „gnagla’slizaks” oznacza „jestem w trakcie szukania wsi” (język Irokezów), a „it’uwutisaioretatseruk” znaczy „było to bardzo dawno, kiedy jeszcze nie istniały żelazne groty do strzał” (język Wron) – po prostu nie mogli przestawać z białymi na stopie pokojowej. Przykłady zaczerpnąłem z fascynującej syntezy profesora Alfreda Majewicza „Języki świata i ich klasyfikowanie” i przy tej okazji nie mogę się powstrzymać od podania jeszcze jednego znalezionego tam słowa, tym razem z języka Eskimosów – poprawnościowo Inuitów – które oznacza „najmniejsze sanie do psiego zaprzęgu”; oto ono: kimuxsiwryganystasnuāgawrygaxak. Niestety, do książki nie załączono nagrania z wymową. (Ja zaś łączę wyrazy szacunku dla jej redaktorów i korektorek.)

Łamańce ma jednak każdy język. Nasz chrząszcz w Szczebrzeszynie i niemieckie nieskończenie długie rzeczowniki złożone też mogą się wydać zabawne („słowem roku 2016” w Austrii był termin Bundespraesidentenstichwahlwiederholungsverschiebung, a nie od rzeczy będzie przypomnieć tu rozsławionego przez Tuwima Hottentottenstottertrottelmutterbeutelrattenlattengitterkofferattentäter). Chodzi o coś innego – zderzenie i walka kultur, jaką był tzw. podbój Dzikiego Zachodu, a jeszcze wcześniej opanowywanie przez europejskich kolonistów Wschodniego Wybrzeża i Wielkich Równin, należało do najbardziej radykalnych zderzeń międzykulturowych w dziejach ludzkości, zarówno pod względem czasu trwania, jak i skali wzajemnego niezrozumienia na wszystkich polach – sposobu życia, obyczajowości, mentalności, systemów symbolicznych, a wreszcie komunikacji językowej. Konkwista w Mezoameryce i Ameryce Południowej trwała od kilku (w przypadku Azteków) do kilkudziesięciu (w przypadku Inków) lat, natomiast biali Amerykanie ścierali się z rdzennymi Amerykanami od początku XVII w. do końca XIX w. – trzy stulecia. Ich języki zaczęli badać dopiero po tym, jak zniszczyli ich kultury – tu akurat powtarzając sekwencję zrealizowaną przedtem przez Hiszpanów na południu. Tego clash of civilizations nie sposób zrównać z wielusetletnimi rywalizacjami konkurencyjnych cywilizacji Starego Świata, w których zazwyczaj obie strony walczyły przy względnie równoważnych warunkach komunikacyjnych (tzn. mogli lub mogliby się ze sobą porozumieć przy minimum dobrej woli). Może najbliższa byłaby tu inwazja Mongołów na Europę w XIII w.

Stereotypy „dobry Indianin, zły biały” oraz „zły Indianin, dobry biały”, rządzące wyobraźnią białych w XX w. nie są więc nawet upraszczające – są zupełnie wyimaginowane, ponieważ nie wynikają z istotnych komunikacyjnie kontaktów. Powstawanie i trwanie mitologii Dzikiego Zachodu należy do najbardziej fascynujących epizodów dwudziestowiecznej kultury popularnej i masowej. Karol May, który o Indianach miał mniej więcej takie pojęcie, jakie twórca Tarzana, Edgar Rice Burroughs, miał o Afryce (czyli złożone z klisz i stereotypów n-tego stopnia – May dopiero na starość pojechał do USA, a Burroughs nigdy nie był w Afryce), narzucił Europie wizerunek Indian, jaki miał się utrzymać przez całe stulecie. I tak się złożyło, że po dziś dzień trudno jest, nie będąc fachowcem lub pasjonatem, dotrzeć do rzetelnej wiedzy na ich temat, która nie byłaby naznaczona tymi fantazmatami. Europejskie dzieci nie odgrywały w swoich zabawach Montezumy ani Tupaca Amaru – odgrywały Winnetou, a dorastając, oglądały westerny. Większość kultur ulega mitologizacji w oczach przedstawicieli innych kultur. Rzadko się jednak zdarza, żeby mitologizacja była jedynym sposobem istnienia jakiejś kultury w oczach innej kultury. A tak właśnie stało się z kulturą (czy raczej kulturami) amerykańskich Indian.

Winnetou był Apaczem (Karol May, projektując tę postać, odróżniał z grubsza Apaczów od Irokezów – dlatego najszlachetniejszy Indianin w kulturze popularnej ma długie proste włosy spadające na plecy – fryzura idealna dla ujęć filmowych, w których grający go aktor stoi na skale zwrócony twarzą do silnego wiatru). I tak się złożyło, że skromne piśmiennictwo polskojęzyczne dotyczące rzeczywistej historii i kultury Indian amerykańskich wzbogaciło się ostatnio o przekład obszernej książki Edwina Sweeneya zatytułowanej właśnie „Apacze”.

Polski tytuł tej książki jest jednak mylący, ponieważ nie jest to monografia grupy plemion znanych białym pod tą nazwą, lecz biografia jednego z ich wodzów, Cochise’a (ok. 1810–1874). Dodajmy od razu – biografia wyraźnie idealizująca, której autor widzi bohatera jako herosa, a nie jako człowieka. Jest to również książka cierpiąca na chorobę, jaką zaraża swoje książki mniej więcej sześciu na dziesięciu historyków i ośmiu na dziesięciu biografów. Chcą oni podzielić się z czytelnikami wszystkim, czego dowiedzieli się w trakcie długich zazwyczaj lat spędzonych na gromadzeniu materiałów. Wskutek tej chwalebnej intencji pisane przez nich książki cierpią na szczegółozę. Badacze dziejów nowoczesnych i najnowszych cytują sporą część z nieskończonej ilości źródeł, z jakimi mają do czynienia, a badacze epok dawnych mają wprawdzie do dyspozycji względnie niewielką ich liczbę, ale za to mogą do ostatka, do szału, do dna cytować literaturę przedmiotu – i chętnie korzystają z tej opcji. Czytając (lub częściej kartkując) wiele z tych przeraźliwych monografii i biografii, można uwierzyć, że stanowią one zemstę: kopałem w tym piętnaście lat, to teraz wy się pomęczcie. A ponieważ autor książki o wodzu Apaczów, Edwin Sweeney, określony jest na plecach okładki jako „niezależny naukowiec”, należy sądzić, że ma on więcej niż inni czasu na czytanie źródeł, skoro nie musi zawracać sobie głowy robotą na uczelni czy w instytucie badawczym – przy lekturze „Apaczów” to się daje odczuć. W dodatku autor odznacza się słabo rozwiniętym zmysłem antropologicznym i wszelkie informacje na temat życia społecznego, kulturowego i mentalnego swoich bohaterów traktuje marginalnie, relacjonując za to nadzwyczaj precyzyjnie najdrobniejsze ruchy oddziałów apackich i rządowych w trakcie kampanii zbrojnych, w których Cochise i jego ludzie walczyli z białymi.

Jest to więc książka przeznaczona dla czytelnika, który chce śledzić taktykę Indian (a ściślej – ich odłamu zamieszkującego pogranicze amerykańsko-meksykańskie i walczącego z białymi w okresie wojny secesyjnej) na podstawie źródeł historycznych, nie zaś filmów o Dzikim Zachodzie, nie jest entuzjastą relacji o obcych zwyczajach i obyczajach, a przy tym jest cierpliwy i ma sporo wolnego czasu.

 

Książka:

Edwin Sweeney, „Apacze” [tytuł oryginału: Cochise: Chiricahua Apache Chief], przeł. Zofia Kozimor, Warszawa, PIW 2017, seria „Rodowody Cywilizacji”.

SKOMENTUJ

Nr 475

(7/2018)
13 lutego 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj