Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > „Schody donikąd”, czyli...

„Schody donikąd”, czyli dramat w trzech aktach

Tomasz Bojęć

Odsłonięcie pomnika Ofiar Tragedii Smoleńskiej w Warszawie, będące, zdaniem Jarosława Kaczyńskiego, symbolem zwycięstwa jego obozu, to zakończenie dramatu rozgrywanego w trzech aktach.

Pomnik „grzeczny” i wyważony

Akt pierwszy zwieńczyło zamknięcie konkursu na projekt pomnika, 20 października 2017 roku. Po ogłoszeniu wyboru natychmiast pojawiły się głosy krytyki, choć trudno w tym wypadku mówić o próbach dokonywania obiektywnej oceny. Większość nieprzychylnych komentarzy opierała się bowiem na porównaniach do niezrozumiałego obiektu muzealnego, przedstawionego w jednym z komiksów „Tytus, Romek i A’Tomek” legendarnego Henryka Chmielewskiego.

Tymczasem forma pomnika, choć nieco przyciężka, nie wywołuje jednoznacznie negatywnych odczuć. A nawet – w porównaniu do innych tego typu obiektów powstających w przestrzeni publicznej – wydaje się „grzeczna”, estetycznie wyważona, w ciekawy sposób przenosząca ładunek emocjonalny związany ze śmiercią blisko stu polskich notabli.

Spór o kształt pomnika był jednak dopiero początkiem całego dramatu. Jego drugi akt rozstrzygnął się 17 listopada 2017 roku, kiedy Mariusz Błaszczak (jeszcze jako minister spraw wewnętrznych i admnistracji w rządzie premier Beaty Szydło) wyłączył plac Piłsudskiego spod kurateli władz miasta i przekazał go w jurysdykcję wojewodzie mazowieckiemu, swoją decyzję uzasadniając kwestiami bezpieczeństwa i obronności państwa.

Pomnik zaraz po świętach Bożego Narodzenia przywieziono na miejsce, gdzie przygotowywano go do uroczystości odsłonięcia, która miała stanowić zwieńczenie trzeciego aktu dramatu. Stało się to w typowy dla obecnej władzy sposób – przy skrajnej „falandyzacji” prawa – co zgodnie z przewidywaniami wywołało kolejną falę krytyki. Czy jest to jednak krytyka całkowicie słuszna?

Powstanie prawdziwy plac?

Operowanie przez polityków PiS-u na granicy prawa nie podlega dyskusji. Niemniej z urbanistycznego punktu widzenia realizację obiektu właśnie na placu Piłsudskiego można oceniać pozytywnie. Zgodnie z zasadami opisywanymi przez teoretyków projektowania miasta, place posiadać powinny więcej „ścian” niż „otworów” oraz właściwe proporcje. W przypadku placu Piłsudskiego, mimo oczekiwanej gęstości ścian, proporcje są nieco zachwiane, przez co powstaje wrażenie pustki.

Jego wymiary, mimo że zachowują ludzką skalę, nie korespondują z wysokością obiektów otaczających, przez co plac staje się swego rodzaju „przestrzenią spektaklu”, która poza znaczącymi wydarzeniami nie jest w stanie spełniać funkcji społecznych. Problematykę tę potęguje otoczenie płyty placu często użytkowanymi ulicami, które zakłócają relację między poziomem człowieka a ścianami, przez co te sprawiają wrażenie jeszcze niższych. Ostatecznie, jedynym dotychczas obiektem, który budował plac, był biurowiec Metropolitan – zwrócony doń jednak plecami.

Wszystko to sprawia, że zwykle opustoszały i nieużytkowy plac poprzez umieszczenie na nim pomnika – wpisującego się w postmodernistyczny charakter otoczenia, gdzie współczesność romansuje z historią – może stać się na nowo miejską przestrzenią. Gest ten mógłby być również forpocztą dalszych pozytywnych zmian przestrzeni placu Piłsudskiego – takich jak ciekawa gospodarka światłem, pojawienie się wody, która potrafi doskonale ożywić plac, czy w końcu trwałych, bądź tymczasowych, miejsc do siedzenia i – po prostu – przebywania.

Operowanie przez polityków PiS-u na granicy prawa nie podlega dyskusji. Niemniej z urbanistycznego punktu widzenia realizację obiektu właśnie na placu Piłsudskiego można oceniać pozytywnie.

Tomasz Bojęć

Ostatecznie więc gest wątpliwy pod względem etycznym i prawnym mógłby dać dobre efekty w przestrzeni – o ile dalsze działania będą odpowiednio wyważone. W tej kwestii nietrudno jednak o wątpliwości, mając na uwadze niezdecydowanie władz w sprawie kuriozalnej koncepcji odbudowy Pałacu Saskiego, sygnalizowane przez PiS pomysły przeniesienia na plac Piłsudskiego krzyża z kościoła św. Anny, a nawet niezrozumiałą koncepcję połączenia pomnika Ofiar Katastrofy Smoleńskiej z niezrealizowanym jeszcze pomnikiem Lecha Kaczyńskiego.

Skąd ten pośpiech?

Jeszcze inne wątpliwości budzi jednak nie przyszłość urbanistyczna placu, czy wartość estetyczna pomnika, ale charakter teatralnej sztuki, którą Jarosław Kaczyński rozgrywa w Warszawie rękami ministrów rządu Prawa i Sprawiedliwości. Odsłonięcie pomnika jest wydarzeniem wyznaczającym koniec długiej kampanii, którą przedstawiciele partii rządzącej, z prezesem na czele, prowadzili w celu realizacji jakiejś formy upamiętnienia w przestrzeni publicznej Warszawy zmarłej pary prezydenckiej i pozostałych ofiar tragicznego lotu.

Kwestia ta ma prawo budzić niesmak zwolenników obozu politycznego zjednoczonej prawicy, zwłaszcza że już przed kilkoma laty pojawiła się propozycja pomnika świateł, który miałby stanąć się na Krakowskim Przedmieściu. Był to pomysł gustowny i cieszący się akceptacją obu stron politycznego sporu, pozytywnie odbierany przez rodziny ofiar i opinię publiczną. Inicjatywa została jednak zablokowana przez prezydent Warszawy, która uzasadniła decyzję w dość kuriozalny sposób, sugerując, że pomnik nazbyt przypomina… instalację postawioną przy okazji wiecu NSDAP w Norymberdze w 1937 roku.

O ile więc irytacja osób domagających się budowy pomnika może być zrozumiała, to zaskakujący w działaniach PiS-u jest pośpiech, z jakim cały proces zrealizowano. Choć od kilku tygodni sondaże wskazują na osłabienie partii rządzącej, wciąż ma ona szanse na przejęcie władzy w stolicy w jesiennych wyborach samorządowych. W takiej sytuacji decyzja o postawieniu pomnika stałaby już całkowicie po jej stronie – bez potrzeby stosowania forteli prawnych i politycznych półśrodków.

Dotychczasowy przebieg „spektaklu o pomniku” to obraz indolencji władzy i braku pomysłów na przyszłość. Nie pierwsze zresztą działanie po omacku. Pomnik miał stanąć – więc stanął. Nieważne jaki, nieważne gdzie, byle z pompą.

Tomasz Bojęć

Kwestia pomnika smoleńskiego na pewno będzie jednym z głównych tematów warszawskiej kampanii samorządowej, tym bardziej, że w następnej kadencji władz miasta przypada okrągła 10. rocznica katastrofy. Nadchodzące konflikty medialne i debaty tworzyłyby więc możliwość wymuszenia obietnicy budowy godnego upamiętnienia ofiar na każdym z kandydatów.

Dlaczego więc zdecydowano się na pospieszne i chaotyczne działania? Czy to demonstracyjny pokaz siły przed wyborami i dowód na moc sprawczą obozu rządzącego?

Wręcz przeciwnie. Dotychczasowy przebieg „spektaklu o pomniku” to raczej obraz indolencji władzy i braku pomysłów na przyszłość. Nie pierwsze zresztą działanie po omacku. Pomnik miał stanąć – więc stanął. Nieważne jaki, nieważne gdzie, byle z pompą. Dopiero z czasem okaże się, jakie będą – estetyczne, prawne, urbanistyczne i polityczne – konsekwencje tej decyzji.

 

* Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Stairway to Nowhere, Dan Cook, flickr.com.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 485

(17/2018)
26 kwietnia 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj