0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Stan pomarcowych umysłów....

Stan pomarcowych umysłów. Zapiski na marginesie „Księgi wyjścia” Mikołaja Grynberga

Henryk Grynberg

Rozmowy, które zebrał Mikołaj Grynberg, przypominają studium socjologiczne i niewątpliwie uzupełniają wiedzę o marcowych i pomarcowych prześladowaniach rasowych, bezradności ofiar, mendowatości prześladowców i bezprawiu, za które do dziś nikogo nie ukarano.

Pierwsza w zbiorze rozmów Mikołaja Grynberga „Księga wyjścia” (Wołowiec 2018) nosi tytuł „Szymon i Małka Fisz” i widzę, że to jest to samo, co oboje opowiedzieli mi dwadzieścia lat temu w Kopenhadze, a można to przeczytać w poświęconym temu samemu tematowi co „Księga wyjścia” obszernym rozdziale pod tytułem „Wygnanie”, który zwieńcza moją dokumentalną powieść „Memorbuch” (Warszawa 2000), notabene wznowioną w tym roku w tym samym wydawnictwie, gdzie ukazały się rozmowy Mikołaja Grynberg. Jego zbiór zawiera dwadzieścia osiem relacji, a mój rozdział dwanaście. Jego rozmowa z Szymonem i Małką Fisz ma siedemnaście stronic, a moja narracja trzecioosobowa siedem, ale treści zmieściło się więcej na moich siedmiu, bo taka jest właśnie różnica między rozmownością a prozą. Na przykład dialog w prozie wymaga zwięzłości, dyscypliny i wcale nie jest łatwy do napisania, a w fast-foodowych rozmowach niekoniecznie: – W co się krowa patrzy? – W gnat. – W gnat? – Tak, w gnat (s. 37). – Pytaj. – Opowiadaj (s. 62). – Traktuję to jako wstęp i liczę na ciekawą rozmowę. – Ja też (s. 175). – Jest taka historia… mogę teraz opowiadać? – Pewnie (s. 206). – Wychowałeś się w żydowskim domu? – To był dom poniemiecki. – To wiem, pytam o waszą rodzinę (s. 262).

Ciekawym zbiegiem okoliczności jest również ten sam u obu Grynbergów koncept żydowskiej wojny trojańskiej. „[O]dbił mu sekretarkę, którą była piękna córka Tekli Borowiak. […] Można nawet zaryzykować twierdzenie, że wojna żydowska, którą Moczar rozniecił w latach 1967–68, była w pewnej mierze trojańską” – Henryk Grynberg, „Uchodźcy”, rozdział „O, Beverly Hills”. „Ojciec odbił mu moją mamę. To jest jak z mitu o pięknej Helenie, tyle że o pięknej Henryce. – To przez twojego… – Przez mojego tatę był cały marzec i antysemityzm w Polsce, tak” – Mikołaj Grynberg, „Księga wyjścia” (s. 160). Co zabawniejsze, nowa edycja „Uchodźców” też się ukazała w tym samym czasie i wydawnictwie, co „Księga wyjścia”. Wygląda to więc na jakiś żydowski trik: dwóch Grynbergów w tym samym czasie i tym samym wydawnictwie sprzedaje dwa razy ten sam towar.

Rozmowy, które zebrał i wybrał młodszy o pokolenie Mikołaj Grynberg, przypominają studium socjologiczne i niewątpliwie uzupełniają wiedzę o marcowych i pomarcowych prześladowaniach rasowych, bezradności ofiar, mendowatości prześladowców i bezprawiu, za które do dziś nikogo nie ukarano. A szczególnie o nietolerancji, chamskiej i powszechnej jak chyba nigdzie indziej w poholokaustowej Europie: „Poszłam do szkoły […] i od razu dostałam kamieniem w głowę. – Dlaczego? – Bo Żydówka” (s. 58). „Pesa Lajter. Czy pani zwariowała – mówi sekretarka. Z takim imieniem i nazwiskiem? Musi jej pani imię zmienić, bo będzie szykanowana” (s. 69). „Pożyczyłam od koleżanki sukienkę komunijną i gromnicę. Ktoś mi zrobił zdjęcie i je nosiłam. – Po co? – Jak krzyczeli za mną «parszywa żydówa», to je wyciągałam i mówiłam, że już byłam u komunii” (s. 70). „Na naszej klatce był napis: Żyd kurwa, mieszkanie 6” (s. 83). „Wszyscy się ode mnie odsunęli. Siedziałam w ławce z kolegą, który też był Żydem, a cała reszta nas omijała” (s. 85). „Było nas dwóch z klasy, którzy mogli raz w tygodniu dłużej spać, bo religia była na pierwszej lekcji. I wtedy się zaczęło. Kroili nam tornistry. […] Gwiazdę rysowali. […] Mosiek, Srulek, Jojne” (s. 164). „[W]róciłem do szkoły, ale tam jeden chłopak mnie zwyzywał od parszywych Żydów i strasznie skopał takimi wielkimi buciorami po nogach” (s. 232). „Szedłem po schodach w berecie, a tu podchodzi do mnie matka kolegi i jak mnie nie wyrżnie w ten beret, i krzyczy: tu Jezus Chrystus na ścianie wisi! Ty taki owaki!” (s. 233). „Wszystko było dobrze, dopóki nie rozeszła się wiadomość, że jestem Żydem. […] Starsi dali młodszym kije i kazali mnie bić” (s. 234). „W pierwszą niedzielę czterysta dzieci poszło do kościoła, a czterech chłopaków, nie, no to się zaczęło” (s. 249). „[N]apisali mi na ławce: tu siedzi parszywa żydówa, wyjeżdżaj do Palestyny!” (s. 263). „Tu ktoś splunął na mnie, tam nazwał żydówą. W szkole starszy uczeń uderzył mnie w brzuch, normalnie, jak to w Polsce” (s. 317). „Maltretowali mnie. Zakrywali kocem i bili. Chodzili do kościoła i się modlili, a ja nie. Nie dawali mi żyć i krzyczeli: ty żydówo!” (s. 350). I trzeba koniecznie podkreślić, że nie działo się to w 1968 r., lecz przez wiele wcześnieszych lat. Czego w takiej kulturze można było się spodziewać w 1968 r.? Tego samego, co dziś.

Tematem dla osobnego studium mógłby być ujawniony w tych rozmowach stan pomarcowych umysłów. „– W Izraelu denerwuje mnie brak savoir-vivre’u. […] – Nie przyzwyczaiłeś się przez te prawie pięćdziesiąt lat? – Nie, bo nie chcę się przyzwyczaić. – W Polsce jest kulturalniej? – Znacznie” (s. 39). „Polska była moim domem. […] od tego czasu już nie mam domu. […] swojego miejsca na ziemi” (s. 46). „– Dlaczego wybrałaś Szwecję? –– Bo była w Europie” (s. 49). W Europie, wypróbowanej przyjaciółce Żydów. „Zostałem posłany na religię i przyjąłem chrzest […], przejąłem antysemickie spojrzenie: biedna Polska, gdyby nie Żydzi, którzy ją wyciskają jak cytrynę, byłaby bogata…” (s. 106–110). „Czuliśmy się całkowicie Polakami, [ale] chodziliśmy do TSKŻ […], dostawaliśmy paczki i słodycze. […] Jeździliśmy też na żydowskie kolonie” (s. 222). Za pieniądze amerykańskich Żydów. „Powiedziałem żonie, kim jestem, i zakazałem do tego wracać. Wyznałem, że to jest największa tajemnica mojego życia” (s. 215). „W 1983 poznałem moją aktualną żonę. Wtedy już się nie bałem, ale prosiłem o zachowanie tajemnicy” (tamże). „Słuchajcie, przyjechała rodzina mojej żony, oni nie wiedzą, że jestem Żydem. Nie przychodźcie więcej” (s. 224). „Mama nie poszła na pogrzeb brata, żeby się nikt nie zastanawiał, co to za kobieta tak płacze” (s. 225). „– Pamięta pani moment zrzekania się obywatelstwa? – Bardzo to przeżyłam ze względu na naszego syna, który miał wtedy dwa lata. […] To było bardzo bolesne” (s. 296). Syn jest obywatelem amerykańskim, zrobił w Nowym Jorku karierę, której mu nikt nie odbierze, i nic nie wskazuje, aby żałował, że pozbawiono go prawa do służby w polskim wojsku. „Tu ktoś splunął na mnie, tam nazwał żydówą. W szkole starszy uczeń uderzył mnie w brzuch, normalnie, jak to w Polsce, [ale] wiesz, co z tego wszystkiego było najboleśniejsze? Podpisywanie, że zrzekam się obywatelstwa. […] – Jeździcie do Polski? – W tym roku byliśmy cztery razy” (s. 317–320). „Już nie jestem Polakiem? To kim jestem?” (s. 330). Tak pyta syn jidyszowego poety, od pięćdziesięciu lat obywatel izraelski. „Jestem szczęśliwy, że nie wyemigrowałem po Marcu. Czuję, że jestem u siebie” [!]. Takiego dożywotniego uszkodzenia nigdzie indziej nie uświadczysz. To oczywiście nie ich wina, ale tych, co im to zrobili.

Na koniec kwiatki z redakcyjnej łączki. „«Fołks Sztyme» […] przez wiele lat jedyne pismo w Polsce ukazujące się w języku jidysz” (s. 23). Nieprawda, nawet pod koniec jego istnienia równocześnie wychodził – i nawet jest w tej książce wspomniany – miesięcznik „Jidysze Szriftn” (s. 327). Nie „Centralny Komitet Żydów Polskich” (s. 23), lecz Centralny Komitet Żydów w Polsce (nie wszyscy Żydzi w Polsce byli polskimi Żydami i nie wszyscy polscy Żydzi mieszkali w Polsce). Nie Hana (s. 60), ale Chana, bo tak się wymawia i pisze to znane żydowskie imię. Kobieta zasiadająca w sądzie jest sędzią, a nie „sędziną” (s. 65). „Na Pesach jedliśmy rybę i wszystko jak trzeba” (s. 72). Ryba nie należy do tego, co na Pesach trzeba. Mordechaj Anielewicz nie był „jednym z przywódców powstania w getcie warszawskim” (s. 91), lecz naczelnym dowódcą. Nie „hucpa” (s. 173, s. 182 i s. 280), ale „chucpa” (chet, wow, cadik, pej, hej) – patrz „Słownik polsko-jidysz, jidysz-polski” (Kraków 2007). „To był policzek w mordę” (s. 99) – dowcip z zeszytów szkolnych. „Rodzice nie do końca to widzieli na początku” (s. 142) – jak wyżej. „Ożeniłaś się z chłopakiem z Polski?” (269). Tak ożenić się mógł tylko gej. „Ona się paliła do żeniaczki” (s. 362). Tak palących lesbijskich małżeństw jeszcze wtedy nie było. „Ładną cyfrą jest dziesięć tysięcy dolarów” (282). Owszem, ładną, ale takiej cyfry nie ma. „Stamtąd to cię najwyżej mogli na Ural do Birobidżanu wysłać” (s. 337). Nie mogli, bo gdzie Rzym, a gdzie Krym? Ural od Birobidżanu dzieli prawie cała Azja. Zauważyłem, że zwłaszcza żydowskie książki są dziś w Polsce tak niefrasobliwie redagowane.

 

Książka:

Mikołaj Grynberg, „Księga wyjścia”, wyd. Czarne, Wołowiec 2018.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 489

(21/2018)
22 maja 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj