Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Koniec pokoleń podległości]...

[Koniec pokoleń podległości] Krwawa przeszłość jest niepokojącą inspiracją

Z Jackiem Kołtanem rozmawia Jakub Bodziony

„Jest coś głęboko niepokojącego w tym, że krwawe historie przeszłości tak bardzo dziś inspirują, że otaczamy się obrazami katastrof i tragedii", mówi zastępca dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku.

Jakub Bodziony: Czy spadkobiercy „Solidarności” niszczą jej dziedzictwo?

Jacek Kołtan: Szalenie trudno opowiadać historię, której bohaterzy są nadal aktorami współczesnego życia. Wielu z bohaterów rewolucji chciałoby zająć w niej ważne z ich punktu widzenia miejsce. Mamy zatem gwarantowany brak dystansu czasowego, na który dodatkowo nakładają się interesy polityczne. A to najlepszy scenariusz na konflikt.

To jak w Europejskim Centrum Solidarności chcecie opowiadać historię, kiedy doradca prezydenta opisuje Okrągły Stół jako przekazanie władzy przez komunistów swoim agentom?

Spokojnie i z dystansem. Czasem wydarzenia historyczne okazują się większe od ich niektórych współuczestników i współtwórców. Warto więc rekonstruować historię, odsłaniając całościowy kontekst „Solidarności” – jej filozofię walki bez przemocy, która spełnia się dzięki konsensusowi Okrągłego Stołu. A wtedy łatwiej zrozumieć, jak niedorzeczne potrafią być słowa politycznych doradców. Konflikty lat 80. i 90. bardzo silnie rzutują na dzisiejszą rzeczywistość. W ramach jednego z projektów nagrywamy rozmowy z ważnymi aktorami lat 80. i czasem z zadziwieniem przysłuchuję się opowieściom, które w niewielkim stopniu są kompatybilne z historycznymi faktami.

Co to znaczy?

To, że żyjemy obecnie w kulcie pamięci, który doprowadził do tego, że subiektywne doświadczenia przysłoniły nam faktyczną historię. Żeby poradzić sobie z nadmiarem pamięci, do łask musi wrócić historiografia, inaczej nie naprawimy opowieści o przeszłości zniekształconej zapominaniem, wypieraniem, czy wreszcie – konstruowaniem opowieści o przeszłości wplecionej w dzisiejsze napięcia. Co ciekawe, kiedy przygotowywaliśmy wystawę stałą i konsultowaliśmy ją z historykami mocno różniącymi się ideowo, to nie przydarzył nam się żaden zasadniczy konflikt!

Trudno w to uwierzyć…

Nieprawdaż? To było niezwykłe doświadczenie, które pokazywało, jak silnie upolityczniliśmy i „upamięciowiliśmy” historię najnowszą. Dlatego mam poczucie, że cokolwiek by się nie wydarzyło w kulturze pamięci, motywowanej politycznymi i osobistymi pobudkami, wydarzenie „Solidarności” wciąż zadziwia swoją mocą i odsłania nowe sensy. To najpiękniejszy moment w historii Polski, natychmiast zrozumiały dla innych i inspirujący ludzi na całym świecie.

Ostatnie spotkanie Jarosława Kaczyńskiego i Lecha Wałęsy na sali sądowej pokazuje, że te wizje przeszłości diametralnie różnią się od siebie, a ich konflikt jest destrukcyjny dla państwa. Konsensus historyków nijak ma się do społecznej i politycznej rzeczywistości.

Za wiele się wydarzyło w ich politycznych losach, żeby konsensus był możliwy. Ci, którzy nawołują do prostego, czasem nazbyt sentymentalnego dialogu, nie doceniają głębokości ideologicznych podziałów. Nie zmienia to faktu, że ten historiograficzny wymiar jest dziś potrzebny jak nigdy dotąd. Opowiedzieć go to obowiązek instytucji takich, jak Europejskie Centrum Solidarności.

Wydarzenie „Solidarności” wciąż zadziwia swoją mocą i odsłania nowe sensy. To najpiękniejszy moment w historii Polski, natychmiast zrozumiały dla innych i inspirujący ludzi na całym świecie.

Jacek Kołtan

Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia wokół ECS, czy wydaje się panu, że jako instytucja możecie uciec od polityki? Istota waszej działalności jest doskonałym paliwem politycznym, a historiograficzna misja wypada na tym tle blado.

Konflikt wokół instytucji wywołał lawinę zainteresowania. Tysiące osób zwiedza wystawę stałą, szukając odtrutki na szaleństwo dzisiejszych konfliktów. To pokazuje, że ludzie są coraz bardziej zmęczeni nadmiarem politycznego rozpamiętywania przeszłości i tworzenia głębokich podziałów społecznych. A my proponujemy zwiedzającym całościowy obraz historii – ramy opowieści, w które uczestnicy tamtych wydarzeń wpisać mogą własne doświadczenia z tamtego czasu. To działa, bo wśród opinii zwiedzających próżno szukać głosów oburzenia czy oskarżeń o historyczne manipulacje. Wręcz przeciwnie, ludzie wychodzą z wystawy głęboko poruszeni historią.

Ale pojawiły się zarzuty wobec wystawy, między innymi o nieupamiętnienie Anny Walentynowicz.

Osoby, które formułują podobne oskarżenia, zazwyczaj do Europejskiego Centrum Solidarności nigdy nie dotarły. Wystawę otwiera opowieść o wybuchu strajków sierpniowych, a pierwszym eksponatem jest historyczna suwnica, w której pracowała Anna Walentynowicz. Można wejść do środka i zobaczyć wideo, na którym opowiada o początkach protestu. Są też materiały z lat 2000., a Anna Walentynowicz jako iskra rewolucji pojawia się na wielu zdjęciach i materiałach archiwalnych. Jej syn był bardzo wzruszony, kiedy kilka lat temu zwiedzał tę salę, chociaż dzisiaj pewnie trudno byłoby się mu do tego przyznać.

Czy dziedzictwo „Solidarności”, podobnie jak w przypadku Okrągłego Stołu, nie zostało zaprzepaszczone przez dysydentów? Dla wielu młodszych ludzi to są abstrakcyjne symbole bez znaczenia, bo nikt nas o tym nie uczył.

Niestety, za historię najnowszą zabraliśmy się dość późno. Dużo wcześniej i z większą pieczołowitością przerobiliśmy krwawy epizod powstania warszawskiego.

Może dlatego, że to wydarzenie dużo łatwiej opowiedzieć? Po jednej stronie szlachetni, polscy bohaterowie z butelkami z benzyną, a po drugiej niemieccy zbrodniarze i czołgi. A „Solidarność” i późniejsze przemiany Okrągłego Stołu, to de facto historia opozycji, która przy wódce dogadywała się z komunistami, którzy w szkołach przedstawiani są jako arcywrogowie polskiego narodu.

Jest coś głęboko niepokojącego w tym, że krwawe historie przeszłości tak bardzo dziś inspirują, że otaczamy się obrazami katastrof i tragedii. Sam byłem zadziwiony, że skądinąd wspaniała artystycznie „powstańcza” płyta Lao Che, która przecież przywołuje obrazy rzezi Warszawy, może stać się aż tak popularnym materiałem muzycznym. Jeśli ktoś chciał uatrakcyjnić sposób opowiadania historii „Solidarności”, to wpisywał się w estetykę powstańczą. Na przykład plakat promujący książkę o Solidarności Walczącej spływał krwią. A przecież to nie była istota tej historii. Kluczem jest opowiedzenie jej pragmatycznego i pokojowego znaczenia. Mam jednak nadzieję, że to się zmieni.

Dlaczego?

Bo żyjemy w czasach pokoju i to nie umieranie, ale życie jest prawdziwym wyzwaniem. Nasze konflikty polityczne dotyczą na przykład sposobu budowania instytucji, które regulują reguły życia codziennego. Pokojowa ekspresja emocji politycznych zyskuje zresztą na znaczeniu, co było widać choćby na lipcowych protestach młodych ludzi w obronie trójpodziału władzy. Nadużywanie obrazów historycznych tragedii jest pułapką – gra obrazami przemocy potrafi szybko przemoc wywołać.

Ale protesty w obronie sądów się skończyły i ludzie rozeszli się do domów. A z drugiej strony trwa kultywowanie starych narracji: kultu żołnierzy wyklętych, mody na odzież patriotyczną, a ostatni Marsz Niepodległości pobił frekwencyjny rekord.

Nie ma pan poczucia zmęczenia radykalnymi narracjami? Od 30 lat mamy suwerenne państwo, to już nie są kluczowe dla nas problemy. Dwa tygodnie temu obserwowałem marsz 1500 uczniów z gdańskich szkół, którzy stworzyli nowe 21 postulatów, z którymi przeciwko nienawiści przeszli przez ulice miasta. Ich w ogóle nie obchodzą polityczne opowieści o resortowych dzieciach. Ten obraz świata jest im obcy. Osoby urodzone po 1989 roku, które Jarosław Kuisz w książce „Koniec pokoleń podległości” nazywa „pokoleniem niepodległości”, rzadko oglądają telewizję – czy to publiczną, czy prywatną. Kanon kulturowy, znany starszym generacjom, dla nich nie istnieje, raczej fragmentarycznie i wyrywkowo korzystają z różnych źródeł informacji. Widać natomiast, że podziały tożsamościowe ich rodziców, są dla nich nie do zaakceptowania. I dali temu ostatnio wyraz w sposób bardzo jednoznaczny na ulicach Gdańska i Wrocławia.

Ale kultura polityczna i tradycyjne media te podziały pielęgnują.

Dlatego coraz bardziej rozjeżdżają się z zainteresowaniami i świadomością młodego pokolenia.

To kto się zmieni: establishment czy młodzi?

Myślę, że musi nastąpić moment przełomu, o którym również pisze Kuisz. Starsza generacja polityków musi wreszcie opuścić scenę. Problemem jest to, że partie polityczne w Polsce to w znacznej mierze maszyny wyborcze o silnie autorytarnej strukturze, w której brak miejsca na procesy demokratyczne. Mam obawy, iż generacja pokoleń podległości zadbała o to, by reprodukować w nowym pokoleniu polityków własną logikę zachowania. Ale pojawiają się nowe ruchy eksperymentujące z formami politycznymi, choć na razie na mikroskalę.

Wielu zapowiadało koniec POPiS-u, ale z marnym skutkiem.

Nie pozostaje nic innego, jak próbować – bo w przeciwnym razie będziemy rządzeni przez hermetyczny świat pokolenia pielęgnującego konflikty przeszłości za wszelką cenę. Mam nadzieję, że ludzie w pana wieku nie zostali obciążeni tym bagażem i że stworzycie własną opowieść o świecie, wolną od pielęgnowania równie zgubnych konfliktów.

Ten fragmentaryzm wiedzy i doświadczeń wśród młodszego pokolenia, nie sprzyja budowaniu spójnej narracji. Jak chcecie takim ludziom opowiedzieć o „Solidarności”?

Przede wszystkim zaprosić ich do siebie. Co roku organizujemy w ECS Forum Młodych, na którym uczniowie wybierają tematy do dyskusji, a my staramy się być miejscem, w którym mogą zrealizować swoje inicjatywy. Dzięki temu poznajemy wrażliwość młodych osób.

Jak to koresponduje z doświadczeniem „Solidarności”?

Ze względu na system edukacji, który zadbał o to, by młodzież wiedziała wszystko o pierwszych królach Polski i niemal nic o ostatnich dekadach najnowszych dziejów, uczniowie bardzo często po wizycie w ECS zaskoczeni są tym, jak pragmatyczne było to doświadczenie. W dużej mierze nie zdawali sobie sprawy z tego, że taka opowieść istnieje. Ruchy społeczne nie narodziły się w epoce Twittera i Facebooka, lecz dużo wcześniej. Z oporem wobec zastanej rzeczywistości nie muszą zatem zaczynać od zera, jest do czego się odnieść.

Nadużywanie obrazów historycznych tragedii jest pułapką – gra obrazami przemocy potrafi szybko przemoc wywołać.

Jacek Kołtan

Sam pan mówił, że świat z czasów „Solidarności” jest radykalnie inny niż współczesny.

Ale ta historia uczy tego, żeby nie tracić nadziei, a przede wszystkim, żeby nie godzić się na zastany porządek rzeczy. Mam nadzieję, że nasza wystawa będzie dla nich inspiracją, choćby do małych kroków na rzecz pokojowych zmian.

Czyli te 30 lat III RP to powód do świętowania?

Oczywiście. Z tej okazji zaprosimy do nas także młodzież z jej 21 postulatami. Chcemy zaproponować festiwal demokracji i obywatelskości. Żeby wspólnie porozmawiać o blaskach i cieniach tych ostatnich 30 lat. Potrzebujemy narodowej debaty, aby ocenić to, w jakim momencie się dziś znajdujemy i czego rzeczywiście jako społeczeństwo pragniemy. Z jednej strony zatem opowiemy o tej niedawnej przeszłości, która odchodzi powoli w zapomnienie, ale wciąż pozostaje przecież kluczem do współczesności, a z drugiej strony, chcemy mówić o tym jaka Rzeczpospolita nam się marzy. I tu także młodzi będą tutaj odgrywać istotną rolę.

...czy możemy poprosić Cię o jeszcze chwilę uwagi? Mamy dla Ciebie ważną wiadomość.

„Kultura Liberalna” jest magazynem wydawanym społecznie: to znaczy, że ukazuje się dzięki osobom takim jak Ty. Patrzymy na ręce politykom wszystkich opcji. Bronimy wartości demokratycznych i wolnościowych. Pracujemy nad wizjami Polski na przyszłość. W czasach postępującej radykalizacji i rosnących podziałów politycznych tworzymy pismo, które niezmiennie idzie własną drogą.

Wspólnie tworzymy demokratyczne media. Jeśli czytasz „Kulturę Liberalną” i popierasz to, co robimy, wesprzyj nas.

SKOMENTUJ

Nr 530

(9/2019)
7 marca 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj