0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > No dobra, ale...

No dobra, ale z czego właściwie żyli poeci? Recenzja książki Fritza J. Raddatza „Rainer Maria Rilke. Byt niezmierzony”

Paweł Majewski

Raddatz jest jednym z niewielu biografów Rilkego, który dokładnie przeanalizował, skąd ten ostatni brał pieniądze na komfortowe życie. Na budżet poety składały się sute tantiemy wydawnicze (niektóre jego utwory były bestsellerami), jednak kiedy ich brakło, ten radził sobie w dość bezceremonialny sposób.

Po tym, jak któryś albo któraś z nas zostanie uznany albo uznana za osobę z jakiegoś powodu ważną na tle innych ludzi, często zaczynają powstawać jego lub jej biografie. W bieżącym stuleciu kryterium „ważności” mocno się rozmyło (lub poszerzyło). Obecny system kultury udziela głosu potencjalnie każdemu, kto chce coś powiedzieć, a z tym wiąże się możliwość skierowania biografizującej uwagi na życie każdego, kto żyje. Lecz w poprzednim wieku biografizacja obejmowała jednak głównie tak zwane „wybitne jednostki”.

W pierwszej kolejności powstawały z reguły fundamentalne biografie faktograficzne oparte na długoletniej pracy odnajdywania i wytwarzania źródeł dotyczących bohatera. Za wzorcowy przykład takiej biografii uchodzi dzieło Richarda Ellmanna o Jamesie Joysie. Innym jest praca Petera de Mendelssohna o Tomaszu Mannie, która pozostała nieukończona, lecz i tak zajmuje prawie półtora tysiąca stron druku, na których jej autor zdołał opisać życie Manna do 1914 roku (czyli pierwszą połowę tego żywota). W Polsce do tego rodzaju prac należą książki Hanny Kirchner o Zofii Nałkowskiej oraz Teresy Chylińskiej o Karolu Szymanowskim. Takie biografie, dokumentujące całe życie bohatera, stanowią z reguły owoc dziesiątków lat pracy – ich autorzy ofiarowują własne życie odtwarzaniu życia cudzego, które uznają za bardziej istotne w skali systemu kultury.

Na tym solidnie zbudowanym fundamencie wyłania się potem faza biografii wyspecjalizowanych, których autorzy skupiają się na wybranych aspektach życia swoich bohaterów. Powstają więc książki typu „X a polityka”, „Y a kobiety”, „Z a mężczyźni”; prace o zwierzętach i rzeczach w czyimś życiu, o czyichś podróżach, kolekcjach, obsesjach. Ta faza rozpływa się zazwyczaj w powodzi wtórnych przyczynków.

Trzecia fala to biografie rewizjonistyczne. Powstają, kiedy na obszarze faktografii trudno już wypracować coś nowego, a klimat epoki zmienia się na tyle, że można z aprobatą publiczności drapnąć uznaną dotąd wielkość w to lub owo miejsce. Autorzy-rewizjoniści skupiają się na szczegółach egzystencji swoich bohaterów, które albo są mało chwalebne, albo pomijano je uprzednio milczeniem, ograniczając się do ich protokolarnego stwierdzenia jako elementów biografizowanego istnienia. Przykład tego typu biografistyki to „Intelektualiści” Paula Johnsona. W szkicach składających się na tę dość kuriozalną pracę poszczególni jej bohaterowie zostają konsekwentnie zohydzeni przez nielubiącego ich autora. Rousseau? Własne dzieci oddał do sierocińca. Marks? Pieniacz, niechluj i brudas. Sartre? Patologiczny narcyz i megaloman. Bertrand Russell? Godny politowania publicysta polityczny. Hemingway? Depresyjny alkoholik. Odwrotną stroną tego typu pisania są biografie, których autorzy próbują dopatrzeć się pozytywnych aspektów w postaciach Hitlera, Stalina czy Mao – co również jest formą rewizjonizmu.

Książka o Rilkem napisana przez zmarłego parę lat temu Fritza J. Raddatza jest na tle tej typologii hybrydyczna. Robotę faktograficzną w dziedzinie „Rilke” wykonali już dawno temu Donald Prater w „Dźwięczącym szkle” i Ingeborg Schnack w dwutomowej „Rainer Maria Rilke. Chronik seines Lebens und seines Werkes”. Niezwykle obfita korespondencja poety została wydana w kilkudziesięciu tomach. Korpus jego dzieł literackich nie tylko kilkakrotnie wydano zbiorowo, lecz opatrzono mnóstwem drobiazgowych komentarzy filologicznych i krytycznych. Raddatz wykorzystał to bogactwo w sposób kreatywny. Należał on do autorów, którzy lubią wchodzić w kadry, w których umieszczają opisywane przez siebie postacie. „Ja” odautorskie reprezentowane jest w książce o Rilkem niewiele słabiej niż „ja” jej bohatera. A jednak to wpychanie się czytelnikowi przed oczy nie razi. No, powiedzmy, że przeważnie nie razi. Raddatz prowadzi nas bowiem przez życie Rilkego jako przewodnik odrobinę zbyt nachalny, lecz za to prowadzi nie tą trasą, którą skłonni bylibyśmy uznać za najbardziej oczywistą.

W tej niewielkiej objętościowo (niecałe dwieście stron tekstu głównego) biografii prawie w ogóle nie omawia się twórczości Rilkego. Jej autora znacznie bardziej niż n-ta analiza „Elegii duinejskich” interesuje bowiem nakreślenie sytuacji, w których one i inne dzieła poety powstawały. Manifestacyjne opieranie się na edycjach filologicznych i krytycznych jest w tej książce dowodem szacunku autora wobec żmudnej pracy kilku pokoleń rilkologów. Opierając się na ich ustaleniach, na tysiącach zarchiwizowanych drobnych faktów i tysiącach stron wydanej przez nich korespondencji, Raddatz konstruuje opowieść o człowieku niezadomowionym w świecie, w jakim przyszło mu żyć. Nie chodzi mu jednak o bezdomność metafizyczną, lecz o tę bardziej dosłowną. Rilke prowadził przez znaczną część dorosłego życia egzystencję nomady, zarówno w przestrzeni realnej, jak i w sferze emocji. Nie potrafił i nie chciał przywiązywać się na dłużej ani do miejsc, ani do ludzi. Całe miesiące spędzał w nieustających podróżach po Europie, całe lata – w rezydencjach swoich bogatych wielbicieli (częściej wielbicielek). Po młodzieńczym romansie z Lou Andreas-Salomé i krótkim małżeństwie z rzeźbiarką Klarą Westhoff nie związał się bliżej z żadną kobietą, choć z wieloma prowadził „romanse epistolograficzne”. Szczególną cechą biografii „drugofazowej” Rilkego, na której skupia się Raddatz, jest właśnie zasadnicze niezakorzenienie, samotność z wyboru i pewna prowizoryczność, jaką autor „Sonetów do Orfeusza” nadawał rozmyślnie swojemu ziemskiemu istnieniu.

Kolejny – rodem z „fazy rewizjonistycznej” – godny uwagi wątek eseju biograficznego Fritza Raddatza to skrupulatne uwagi na temat źródeł finansowania Rilkego, który – nie przepracowawszy ani dnia na jakimkolwiek etatowym stanowisku ani nie dysponując odziedziczonym majątkiem – podróżował, jako się rzekło, przez całe miesiące po Europie i wynajmował w czasie tych wojaży apartamenty w luksusowych hotelach. Skąd brał fundusze na opłacenie tych przedsięwzięć? Jak je finansował w niespokojnych czasach po 1918 roku, kiedy kursy walut stały się płynne, a marka niemiecka uległa jednej z największych hiperinflacji w dziejach pieniądza? O powadze, z jaką traktuje się te sprawy w „Bycie niezmierzonym”, świadczy specjalny załącznik „Uwagi o podanych w książce kwotach i honorariach” – akcent rzadko spotykany w biografiach poetów.

Z wywodów Raddatza wynika, że na pytania o źródła finansowania Rilkego trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Wcale nie dlatego, że były one w jakikolwiek sposób podejrzane, lecz dlatego, że źródła na ten akurat temat są nieco zbyt skąpe, jak gdyby nawet skrupulatni do przesady niemieccy filologowie uznali, że wielki poeta naprawdę żył jak ptak niebieski. Z tego, co się zachowało na ów prozaiczny temat, wynika, że komfortowe życie podróżnicze Rilke prowadził, korzystając głównie z sutych tantiem wydawniczych (niektóre jego utwory były na swoje czasy bestsellerami – „Pieśń o miłości i śmierci korneta Krzysztofa Rilke” sprzedała się przez dwie dekady w kilkuset tysiącach egzemplarzy), a kiedy ich brakło, dość bezceremonialnie wyciągał potrzebne kwoty od swoich wydawców i psychofanek. Śledzenie jego niepoetycznych działań finansowych jest pouczające, zwłaszcza w naszych czasach, kiedy bycie poza wszelkimi biznesami zaczyna uchodzić za niebezpieczne dziwactwo.

Tylko z nawyku wskażę na koniec ciekawą usterkę tekstu: na stronie 40 tłumacz cytuje cudzy przekład i powtarza przy tym błąd Wandy Markowskiej z jej dawnego tłumaczenia korespondencji Rilkego i Lou Andreas-Salomé. Pisząc do najważniejszej kobiety swojego życia o wrażeniach z pobytu w bazylice świętego Piotra w Wielkanoc 1904 roku, Rilke stwierdza: „Wszystko rozpływało się w tej olbrzymiej, pustej, pysznej budowli, co przypomina wydrążoną lalkę, z której wylągł się ciemny, ogromny motyl”. Ten obraz, skądinąd frapujący, niby synteza wizji Piranesiego i Bellmera, jest jednak skutkiem nieporozumienia translatorskiego, ponieważ „die Puppe” oznacza po niemiecku nie tylko lalkę, ale również – jako termin techniczny z zakresu entomologii – poczwarkę owada. W tym zdaniu Rilke, jak się wydaje, porównał największą świątynię chrześcijańskiej Europy do pustej pozostałości po poczwarce, z której owad dorosły już się był wylągł i odleciał gdzieś w przestrzeń.

 

Książka:

Fritz J. Raddatz, „Rainer Maria Rilke. Byt niezmierzony. Biografia”, przeł. Dariusz Guzik, wyd. Aletheia, Warszawa 2019.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 534

(13/2019)
2 kwietnia 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj