Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Skończmy z miejską...

Skończmy z miejską betonozą!

Z Janem Mencwelem rozmawia Tomasz Sawczuk

Tomasz Sawczuk rozmawia z Janem Mencwelem, szefem stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, o przestrzeni publicznej w polskich miastach i przyszłości ruchów miejskich.

Tomasz Sawczuk: Co to jest „betonoza”?

Jan Mencwel: To niezrozumiała skłonność do betonowania w przestrzeni publicznej wszystkiego, co się da – w centrach miast, poza centrami, a nawet poza miastami.

Betonoza rozprzestrzenia się w sposób nieprzewidywalny. Ludzie nagle orientują się, że zabetonowano im rynek i właściwie nie wiadomo, kto za to odpowiada. Tymczasem kluczowe jest to, by zrozumieć, że takie decyzje nie zapadają siłą bezwładu i że można im zapobiec.

Na Twitterze stworzył pan wątek na ten temat. Ludzie umieszczali w nim zdjęcia, dzięki którym można było porównać place miejskie teraz i kiedyś.

Bardzo mnie zaskoczyła skala odzewu na tę akcję. Dostałem setki zdjęć z całej Polski. Widać wyraźnie, że to nie są jednostkowe przypadki, ale powszechne zjawisko.

Czy to jest nowe zjawisko?

Można powiedzieć, że zaczęło się już w późnym PRL-u. Wbrew pozorom, PRL-owskie miasta nie były zielone. Choć zazieleniano niektóre obszary, to budowano też wielkie, szerokie arterie, zamiast zwykłych miejskich ulic. W konsekwencji mieliśmy w mieście więcej betonu niż potrzeba.

Ale największa fala betonozy to już czas po 1989 roku, a jej kulminacja to ostatnie lata, po wejściu Polski do Unii Europejskiej.

Dlaczego zwrócił pan uwagę na ten problem?

W stowarzyszeniu Miasto Jest Nasze zajmujemy się tymi tematami od lat, ale w czerwcu przyszła fala upałów. Było to jeszcze przed sezonem urlopowym. Upał w mieście, gdy trzeba chodzić do pracy, jest naprawdę trudny do zniesienia. A wkrótce, przez kryzys klimatyczny, fale upałów staną się nową normą.

Natomiast obserwacją na temat betonowania miast podzielił się jako pierwszy urbanista Krzysztof Herman, który pokazał w mediach społecznościowych, jak zabetonowano rynek w Skierniewicach, gdzie akurat zabrakło wtedy wody. Oczywiście, wody zabrakło z innych powodów, ale uderzająca zmiana w wyglądzie miasta pokazuje nasze lekkomyślne podejście do projektowania miejskiej infrastruktury, bez uwzględnienia zmian klimatycznych.

Okazuje się, że niechęć do betonowych pustyni w miastach łączy ludzi ponad podziałami.

A może tak naprawdę kochamy beton? W teorii wszyscy lubią zieleń, ale kiedy uchwalono „lex Szyszko”, ludzie szybko powycinali z działek, co chcieli.

Oczywiście, świadomość tego, jak ważna jest zieleń, drzewa, przyroda, ciągle się budzi i dociera do nowych grup. Wzrasta także wrażliwość na jakość przestrzeni publicznej – ludzie mają w tej sprawie coraz wyższe oczekiwania, także poza bańką „ekologów”.

Spójrzmy na to, w jaki sposób reklamują się ostatnio osiedla deweloperskie. Każde przedstawia się jako „eko”. Coraz więcej firm zwraca uwagę na trend, który istnieje także w Polsce, a na pewno globalnie. Jest to potrzeba życia bliżej natury, obecności natury w naszym otoczeniu.

A skoro mowa o „lex Szyszko”, warto dodać, że prawo to uchwalono w środku kadencji, kiedy PiS mogło sobie pozwolić na wszystko, a jednak po pół roku ustawę odkręcono, bo nawet elektorat partii rządzącej jej nie popierał.

Niektóre osoby, szczególnie z prawej strony, podśmiewają się z aktywistów miejskich, że dbają tylko o drzewka, a poza tym wprowadzają do miast rowerową dyktaturę. Czy dostrzega pan zmianę popularnego podejścia do tematów, którymi zajmują się ruchy miejskie?

Podejście Polek i Polaków się zmienia, choćby dlatego, że więcej podróżują i widzą, jak wyglądają miasta na zachodzie Europy. Pierwsza różnica, która rzuca się w oczy, to ta, że jest tam więcej zieleni, nie każdy plac to parking, a samochody nie są wszędzie.

Ludzie nagle orientują się, że zabetonowano im rynek i właściwie nie wiadomo, kto za to odpowiada. Takim decyzjom można zapobiec.

Jan Mencwel

Mnie wyedukował pod tym względem pobyt w Stanach Zjednoczonych, gdzie widziałem miasta zdominowane przez wieżowce i parkingi. Po powrocie Warszawa wydała mi się zaskakująco podobna do tych betonowych pustyń.

Jednym z naszych celów jest to, by na powrót zeuropeizować nasze miasta. Wydaje mi się, że Polacy dostrzegają, że mamy tutaj jakiś problem, ten europejski model przestrzeni miejskiej im się podoba. Także w Stanach Zjednoczonych powstają obecnie projekty transformacji kolejnych alei czy placów, aby zmienić ich oblicze.

Co trzeba zmienić?

Przede wszystkim potrzebujemy zmiany świadomości społecznej. Zieleń powinna stać się modna, a uleganie betonozie powinno być powodem do wstydu.

Większość prezydentów i burmistrzów podejmuje decyzje, myśląc głównie o tym, czy zyskają w ten sposób poparcie. Na ogół jest tak, że najpierw większość mieszkańców dochodzi do wniosku, że pewne zmiany są potrzebne i zaczyna na nie naciskać. Dopiero wtedy, na samym końcu, zmiana zachodzi w głowach prezydentów.

A zachodzi?

Powoli, ale tak. Ostatnio Rafał Trzaskowski zapowiedział, że za jego kadencji w Warszawie nie zostanie wycięte żadne zdrowe drzewo.

Premier Morawiecki zapowiedział zmiany w prawie o planowaniu przestrzennym, a Krzysztof Brejza z Platformy Obywatelskiej opowiadał w rozmowie dla „Kultury Liberalnej”, że Platforma zrealizuje ogólnopolski program zazieleniania miast.

Z obu deklaracji bardzo się cieszę, ale chciałbym zobaczyć, jak to będzie wyglądać w praktyce. Przecież to właśnie samorządowcy z Platformy i PiS-u są tymi, którzy najchętniej betonowali miasta.

Tak też powiedziałem posłowi Brejzie, ale upiera się, że polityka miejska ulegnie zmianie. Koalicja Obywatelska niedawno ogłosiła także w porozumieniu z samorządowcami „21 tez samorządowych”. Pana stosunek do tego dokumentu jest krytyczny. Dlaczego?

Podoba mi się, że PO tak bardzo postawiła politycznie na samorząd. To tam jej politycy sprawują władzę. Ale tezy sformułowane są w taki sposób, żeby skrytykować rząd, zamiast zobowiązać się do czegoś konkretnego.

To akurat typowa Platforma.

W sprawach zieleni w miastach tezy stwierdzają tyle, że trzeba powstrzymać ustawy takie jak „lex Szyszko”. Ale ten postulat dotyczy przecież działalności Sejmu, a nie samorządu. A co zrobią tu i teraz Hanna Zdanowska, Jacek Jaśkowiak, Jacek Sutryk? Niech pokażą w praktyce swojego rządzenia, że chcą coś zmienić.

Czyli to mogą być puste deklaracje?

Na razie i jedna, i druga partia przyczyniają się do tego, że problem betonozy istnieje. Nawet w czasie trwania akcji otwarto nowy rynek w Bydgoszczy, gdzie rządzi Platforma. Nie ma tam niczego poza betonową przestrzenią.

A w tym samym czasie burmistrz Leżajska, który jest z PiS-u, forsuje projekt wybetonowania rynku, wbrew protestom mieszkańców. Jeżeli partii rządzącej zależy na zieleni – niech go przekona do zmiany zdania. A potem niech przywróci wyższe stawki za wycinkę drzew, które zostały obniżone na mocy „lex Szyszko”.

Poza wszystkim – nie jestem przekonany, czy da się wprowadzić odgórną regulację, która sprawiłaby, że problem zostanie rozwiązany. Potrzebna jest zmiana postaw na poziomie samorządowym, bo w tym temacie wszystko zależy ostatecznie od władz lokalnych.

W 2014 roku ruchy miejskie startowały do wyborów jako rodzaj nowej siły w polityce lokalnej. Cztery lata później partie starały się podkradać ich pomysły.

Partie polityczne w Polsce nie mają zaplecza, które byłoby w stanie natchnąć je nowymi ideami. Nie wykonują one podstawowej pracy obserwowania świata dookoła i sprawdzania, czym żyją mieszkańcy. Dlatego w kampanii wyborczej zgłaszają różne postulaty ad hoc. Często kończy się tak, że zaczynają po prostu powtarzać hasła po osobach, których działalność zyskała oddźwięk społeczny.

My jesteśmy ruchem oddolnym. Przychodzą do nas osoby, które niekonieczne zapisałyby się do partii politycznej, ale przejmują się konkretnymi sprawami – takimi jak zła jakość powietrza w mieście. To, co robimy, wychodzi z autentycznych emocji, które są wśród ludzi, nawet jeśli nie jesteśmy organizacjami masowymi. Potrafimy dotknąć i nazwać coś prawdziwego.

Niektórzy patrzyli na ruchy miejskie z pewną nadzieją. Mogło się wydawać, że mają one potencjał do tego, aby zaproponować w Polsce nowy model prowadzenia polityki, w którym mieszkańcy wspólnie rozwiązują różne praktyczne problemy, zamiast zabijać się o to, jaki symbol wolno pokazać na demonstracji. Czy można powiedzieć, że potencjał polityczny ruchów miejskich cały czas istnieje?

Jeśli chodzi o Miasto Jest Nasze, to wciąż się rozwijamy, zdecydowanie więcej osób przychodzi, niż odchodzi. Teraz zbliżają się wybory i dostajemy propozycje spotkań ze strony polityków, którzy będą kandydować w Warszawie. Wiedzą oni, że nie otrzymają od nas poparcia, ale i tak zależy im na tym, aby posłuchać, co mamy do powiedzenia. Może to jest sposób na to, by się przypodobać, ale może chcą dowiedzieć się czegoś wartościowego.

Wciąż sytuujemy się jednak obok politycznego mainstreamu i nie wiem, czy kiedyś do niego wejdziemy.

A czy waszym celem jest to, by wejść do mainstreamu?

Jesteśmy zadowoleni z sytuacji, w której tematy, o których mówimy, przebijają się do głównego nurtu polityki. Nie ukrywam, że to świetnie, kiedy miesiąc po naszej akcji w sprawie betonozy premier ogłasza, że będą nowe regulacje dotyczące zieleni w miastach. To na pewno efekt naszej działalności.

Natomiast nasza autentyczność opiera się na tym, że jesteśmy poza politycznym mainstreamem. Gdybyśmy byli zwykłą partią ludzi w garniturach, którzy wychodzą na konferencję prasową i mają okrągłe zdania do powiedzenia na każdy temat, to przestalibyśmy być atrakcyjną alternatywą dla partii. Zgłaszaliby się też do nas karierowicze, a nie ludzie, którzy chcą rozwiązać jakiś problem.

To świetnie, kiedy miesiąc po naszej akcji w sprawie „betonozy” premier ogłasza, że będą nowe regulacje dotyczące zieleni w miastach. To na pewno efekt naszej działalności.

Jan Mencwel

Gdybyście przyjęli formułę działania partii politycznej, to stracilibyście energię?

Podczas narad nie musimy zastawiać się nad tym, w jaki sposób wyborcy zareagują na dany postulat. Naszą rolą jest przesuwanie granic debaty, wprowadzanie do niej autentycznie ważnych problemów i tematów.

Kiedy mówię, że nie jestem politykiem, to niektórzy się ze mnie śmieją, ale chodzi właśnie o to: działamy według nieco innej logiki niż partie polityczne, w związku z czym wybory nie są jedyną ani najważniejszą metodą weryfikacji naszej działalności.

A jaka powinna być, pana zdaniem, relacja ruchów miejskich do dużych partii?

To jest sprawa, nad którą dużo się zastanawiam. Są dwie drogi. Jedna to swego rodzaju partyzantka polityczna: przeprowadzamy szybki atak, przeciwnik musi się zmierzyć z nową sytuacją, a my w międzyczasie wracamy do bazy. Tak to działa obecnie.

A drugi model?

Tworzenie masowego ruchu. Zaproszenie wszystkich, łącznie z politykami aktywnymi w partiach, aby działali w ramach ruchów miejskich i realizowali projekty dobre dla miasta w swoich ugrupowaniach.

W ruchach miejskich są ludzie, którzy mają rożne poglądy polityczne. Moim zdaniem nasza działalność wykracza poza podziały, które istnieją w polskiej polityce. W sprawie bezpieczeństwa pieszych naszym sojusznikiem jest Janusz Wojciechowski, obecnie sędzia, a wcześniej polityk PiS-u i PSL-u. Po każdej stronie barykady politycznej można też znaleźć przeciwników tego, co mówimy. Piotr Ikonowicz krytykuje nas za to, że tyle mówimy o rowerach. Wbrew temu, co się czasem mówi, nie gromadzimy tylko zwolenników lewicy.

Liczy pan na to, że postulaty ruchów miejskich upowszechnią się w różnych środowiskach?

Możliwe, że PiS wygra wybory jesienią i będziemy mieć kolejne cztery lata rządów prawicy. Nie chcemy tak po prostu zapisać się do opozycji i jednoznacznie zamknąć się na rządzącą prawicę. Po prawej stronie też są różne frakcje – ostatnio modne jest hasło „zielonego konserwatyzmu”. Wiemy zatem, że musimy z prawicą rozmawiać. Oni też nas słuchają, a nasze pomysły czasem padają na podatny grunt.

Wydaje mi się, że w tym momencie nie byłoby korzystne dla polskiej polityki, gdyby wszyscy trafili do jakiejś politycznej szufladki. Potrzebne są organizacje, które działają na innych zasadach.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 552

(32/2019)
6 sierpnia 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj