Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > 4 tysiące sekstaśm....

4 tysiące sekstaśm. O aferze podkarpackiej

Z Izabelą Kacprzak rozmawia Łukasz Pawłowski

„Tej sprawy nie da się zamieść pod dywan, a my wcześniej czy później ich z tego rozliczymy. Opinia publiczna ma prawo to wiedzieć. I że dopóki sprawy sekstaśm nie wyjaśni się «do spodu», to zawsze będzie wracać. I zawsze będzie mogła zaburzać funkcjonowanie państwa”, mówi badająca tę aferę dziennikarka.

Łukasz Pawłowski: Dlaczego ta sprawa nie jest codziennie na czołówkach wszystkich poważnych mediów?

Izabela Kacprzak: Nie wiem. Ja się tym tematem zajmuję, bo uważam go za ważny. Pokazuje, jak to państwo działa, a raczej – jak kompletnie nie działa.

Oto technicy dentystyczni z wykształcenia, którzy w latach 90. sprzedawali na polskich bazarach latarki i baterie, potem robią uprawnienia rzeczoznawcy jubilerskiego. Ale w międzyczasie rozwijają sieć klubów nocnych, hoteli i agencji towarzyskich, w których bywa elita polityczna Podkarpacia – politycy, funkcjonariusze policji, duchowni. I przez lata pozostają bezkarni. Nawet ta skrótowa biografia jest niewiarygodna. Kim są bracia Aleksiej i Jewgienij R.?

Do dziś nie wiemy, czy bracia naprawdę są tymi, za których się podają. Z tym tematem jest tak, że im bardziej w niego wchodzimy, tym mniej wiemy. Mam wrażenie, że cały czas ślizgamy się po powierzchni. Ogranicza nas oklauzulowanie części materiałów, blokada prokuratury w części śledztwa, które wciąż się toczy. Przynajmniej formalnie.

Ale wiemy już sporo – zacznijmy od braci R.

Jak technicy dentystyczni z obwodu chmielnickiego na Ukrainie znaleźli się w Polsce i dlaczego tak dobrze im się powodzi? Część odpowiedzi na to pytanie jest w zeznaniach Ryszarda K. – człowieka, który zaprosił ich do współpracy.

Kto to?

Biznesmen z Rzeszowa, który poznał ich – młodych, rzutkich – na rzeszowskim bazarze i zatrudnił. Jego zeznania – które poznałam dzięki zgodzie prezesa sądu w Tarnowie na wgląd do akt ostatniej sprawy sądowej przeciwko R. – są arcyciekawe. To on podał im rękę, a oni potem mu tę rękę odgryźli. Byli jego cichymi wspólnikami w klubie Flamingo w Jaśle, zanim weszli pod „parasol” Centralnego Biura Śledczego Policji, konkretnie funkcjonariusza Daniela Ś., a ich kariera wystrzeliła.

Jak to się stało?

K. wyjaśnia między innymi, jak z obywateli Ukrainy stali się obywatelami polskimi. Swoje małżeństwa z Polkami mieli kupić za 3 tysiące dolarów. Tego wątku prokuratura w ogóle nie zbadała. A dzięki tym małżeństwom już po trzech latach od przyjazdu do Polski zdobyli polskie obywatelstwo i ochronę w przypadku skazania – nie mogli zostać wydaleni z kraju. Zresztą, obaj bracia bardzo szybko się rozwiedli, co sugeruje, że Ryszard K. mógł mieć rację.

Czy K. też był sutenerem?

Dziś agencje towarzyskie funkcjonują inaczej niż pod koniec lat 90., mamy o nich inną wiedzę. Nie wiem, czy klub Flamingo był już wtedy agencją towarzyską, czy klubem rozrywkowym. Wiemy jednak, że bracia R., kiedy K. popadł w kłopoty, ten klub przejęli. A następnie kolejne.

Co robi teraz Ryszard K.?

Tego nie wiemy. Próbujemy się z nim skontaktować. Ma największą wiedzę o początkach działalności braci, o tym, jak zaczęli korumpować funkcjonariuszy policji. O tym również w zeznaniach K. mówi, że bazą układu na Podkarpaciu – w którym funkcjonują sędziowie, prokuratorzy, policjanci – są bracia R.

Przykładałyśmy ze współautorką tekstów, Grażyną Zawadką, wiele różnych hipotez mających wyjaśnić, dlaczego służby ochoczo zgodziły się na tak niski wymiar kary za tak szokujące przestępstwa, w tym zbrodnie, bo tak traktuje się handel ludźmi. Żadna z tych hipotez nam nie pasuje.

Izabela Kacprzak

Bracia zostali skazani za „kierowanie grupą przestępczą czerpiącą zyski z handlu ludźmi i przekupstwo funkcjonariusza publicznego” . Przestępstwa poważne, ale kary śmiesznie niskie – rok i półtora roku więzienia. Jak to możliwe?

Uzasadnienie wyroku jest tajne. Nie wiemy, co spowodowało, że prokuratura i sąd zgodzili się na tak niską karę, zważywszy, że R. robią to od końca lat 90 – są za to skazywani, a połączenie dat z wyroków wskazuje, że nie mieli w przestępczej działalności dnia przerwy. Mimo to nie idą do więzienia, nie konfiskuje się ich majątku z przestępstwa, pozwala mieszkać w Polsce. Przykładałyśmy ze współautorką tekstów, Grażyną Zawadką, wiele różnych hipotez mających wyjaśnić, dlaczego służby ochoczo zgodziły się na tak niski wymiar kary za tak szokujące przestępstwa, w tym zbrodnie, bo tak traktuje się handel ludźmi. Żadna z tych hipotez nam nie pasuje. Jeśli R. byliby informatorami służb, to nie mogliby prowadzić takiej działalności jak handel kobietami. Do tej teorii nie pasuje również wiedza o tym, że mieli przez 16 lat korumpować oficerów Centralnego Biura Śledczego, którzy odpowiadali za inwigilację agencji towarzyskich i rozgromienie ich. CBŚ faktycznie to zrobiło, oczywiście poza lokalami braci R.

Nie było też żadnego śledztwa dotyczącego zgromadzenia ogromnego majątku braci od końca lat 90., od kiedy mieszkają w Polsce. A w jawnych aktach są analizy dotyczące na przykład posiadanych nieruchomości. Czy wyprano w ten sposób brudne pieniądze? Mamy instytucję konfiskaty rozszerzonej, więc dlaczego z niej nie skorzystano?

Nie wymieniliśmy jeszcze jednego ciekawego elementu ich biografii. To synowie pułkownika ukraińskiej, a wcześniej radzieckiej armii, którzy uprawiali skoki spadochronowe i znali funkcjonariuszy ABW i GROM-u. A przynajmniej tak twierdzili.

Pochodzą z wojskowej rodziny, ojciec jest chirurgiem w wojskach rakietowych – to oczywiście ich wersja. Czy prawdziwa? Nie wiemy. Sami twierdzą, że dzięki temu, że uprawiają skoki ze spadochronem, mają w Polsce kontakty z polskimi wojskowymi, z funkcjonariuszami GROM-u i byłym funkcjonariuszem ABW. Mówili o tym, składając zeznania o szpiegostwie. Czy to nie dziwne, że technicy dentystyczni mają taką pasję, a nie grę w squasha czy bieganie?

O jakie zeznania chodzi?

Złożone w ABW pod koniec 2011 roku, o tym, że ukraińskie służby chciały zwerbować ich do współpracy. Przyznają, że ich pozycja i wiedza faktycznie mogą być przydatna dla obcych służb ze względu na znajomości oraz fakt, że prowadzą – jak twierdzą – kluby, rewie i hotele. To kłamstwo. Jewgienij twierdzi nawet, że nigdy nie był skazany, choć kilka lat wcześniej był skazany za dokładnie to samo: prowadzenie zorganizowanej grupy przestępczej trudniącej się sutenerstwem. Trudno, żeby tego nie pamiętał.

Skazany był już w Polsce?

Tak, bracia byli dwukrotnie skazywani za to samo. Nieprzerwanie od czasu przyjazdu do Polski trudnią się sutenerstwem i handlem kobietami.

I w 2011 roku sami zgłosili się do polskich służb, mówiąc, ze służby ukraińskie próbują ich zwerbować? Zeznają, że służby ukraińskie domagają się od nich płyt CD oraz dysków z nagraniami klientów ich lokali.

Służby ukraińskie miały też domagać się informacji, którzy politycy i biznesmani przychodzą do ich klubów.

To wszystko sugeruje, że oni tych klientów nagrywają. Ale prokuratura się tym wątkiem w ogóle nie zainteresowała.

Dziś już wiemy, jakie trzęsienie może spowodować informacja o sekstaśmie znanego polityka. Małopolski wydział Prokuratury Krajowej [Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Krakowie – przyp. red.] odpowiada nam, że nie badali i nie badają tego wątku, że nie znaleźli żadnych taśm w agencjach R. Ale w kontekście rzekomych sekstaśm, o których wiemy od co najmniej kilku miesięcy, należałoby ten wątek podjąć na nowo.

Na początku, kiedy zajęłyśmy się tym tematem, nie wiedziałyśmy, dlaczego mówi się, że sekstaśmy mają być zdeponowane na Ukrainie, że ma być ich 4 tysiące. Dopiero te zeznania wskazują, że bracia R. faktycznie mieli kontakty z ukraińską SBU i że ona miała tych nagrań się domagać już w 2007 roku!

Ale dlaczego „pochwalili” się tym polskim śledczym?

Z dzisiejszej mojej wiedzy wynika, że najprawdopodobniej chcieli uciec przed kłopotami. Prokuratura w Ukrainie deptała im po piętach, bo natrafiła na zorganizowaną, międzynarodową grupę żyjącą z seksbiznesu, a Aleksiej R. był poszukiwany listem gończym. Zrobili więc skok do przodu, przyszli do ABW, powiedzieli, że są „czyści”, że prowadzą hotele i kluby rozrywkowe, a SBU chce ich pozyskać. Ale nie dano wiary tym opowieściom.

W 2011 roku nikt jednak nie zajmuje się sprawami nagrań. A śledczy wchodzą do agencji dopiero w 2016 roku – pięć lat później!

Bracia R. od czasu przyjazdu do Polski pod koniec lat 90., trudnią się sutenerstwem i handlem kobietami. Są za to skazywani. Mimo to, nie idą do więzienia, nie konfiskuje się ich majątku z przestępstwa, pozwala mieszkać w Polsce.

Izabela Kacprzak

W międzyczasie, w roku 2012, pojawiają się zeznania boksera Dawida Kosteckiego. Kostecki – który sam odsiadywał wyrok za sutenerstwo – twierdził, że bracia R. nagrywają swoich klientów i że chodzi o elity polityczne i biznesowe Podkarpacia. Czy wiadomo, o kogo chodziło?

Nie. On tego nie wiedział. Zeznania Kosteckiego wysypują układ podkarpacki, czyli wieloletni układ braci R., którzy są objęci parasolem CBŚ. Kostecki mówi, że słyszał o tym od ludzi związanych z braćmi. Sam dla nich nigdy nie pracował, był ich konkurencją. Ale obowiązkiem służb było zbadanie tego wątku.

Nie zbadały?

Jeśli ktoś wszczyna śledztwo, ale wchodzi do lokali po czterech latach od tych zeznań, to śmiem wątpić, czy służby naprawdę chciały się dowiedzieć, czy kogokolwiek tam nagrywano. Zakładam, że sami zainteresowani zapewne bardzo szybko dowiedzieli się o zeznaniach Kosteckiego i o tym, że takie śledztwo jest prowadzone. Właśnie dzięki wpływowym kontaktom, które bracia oraz inspektor Ś. budowali od lat.

Kostecki, jak pani powiedziała, był konkurencją dla braci R., zajmował się sutenerstwem. To rodzi pytanie o jego wiarygodność.

Został skazany i to właśnie funkcjonariusz Daniel Ś. rozbił agencję, dla której pracował Kostecki. W zeznaniach mówi, że Daniel Ś. chciał mu zaszkodzić, ale sam też nie jest czysty i on chce o tym opowiedzieć, bo ktoś musi przerwać tę zmowę milczenia. Kostecki został za to skazany na 2,5 roku, choć nie handlował kobietami. Dostał też bezwzględną karę więzienia.

Co wtedy zeznaje?

Kostecki mówi przede wszystkim o układzie korupcyjnym Daniela Ś. i innych funkcjonariuszy z braćmi, co później znalazło potwierdzenie w materiale dowodowym zebranym w procesie, który doprowadził do skazania braci R. Oni sami się do tego przyznali, dobrowolnie poddając się karze. A więc w tym sensie zeznania Kosteckiego były wiarygodne. Trzeba sobie powiedzieć szczerze – Kostecki był przestępcą, jednak w tym wypadku zrobił coś spektakularnego, coś, co mogło go wiele kosztować.

Kostecki w połowie sierpnia tego roku popełnia w więzieniu samobójstwo, wieszając się na pryczy. Pełnomocnicy i rodzina zmarłego nie zgadzają się z tymi wnioskami śledczych i domagają się kolejnej sekcji zwłok. Prokuratura nie widzi przesłanek. Czy wątpliwości rodziny są zasadne, czy sprawa jest wyjaśniona?

Nie, sprawa nie jest wyjaśniona. Ale swoje zeznania w sprawie braci R. Kostecki złożył w połowie 2012 roku, a samobójstwo popełnił 7 lat później. Można powiedzieć, że to zbyt dużo czasu, by te dwie kwestie ze sobą powiązać.

Z drugiej strony, Kostecki miał wielu wrogów, a zeznając to, co zeznał, naraził się wielu wpływowym ludziom. Mówimy nie tylko o Danielu Ś., ale także o funkcjonariuszach Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji, którzy również mają zarzuty i stracili stanowiska. Czasami jest tak, że rozliczenie rachunków przychodzi po latach. I tak mogło być z Kosteckim.

Trudno więc przesądzać. Oczywiście, może to być samobójstwo człowieka, który od wielu lat siedzi w więzieniu i nadal toczą się inne sprawy mogące mu ten pobyt przedłużyć. Być może to były przyczyny jakiegoś załamania. Nie wiemy też, jak wyglądały jego relacje rodzinne. Wiem, że prokuratura bada te kwestie bardzo wnikliwie.

Wiemy od służb, że wiele agencji towarzyskich nagrywa swoich klientów. Jeśli do tego dodamy wspomnianą aktywność służb ukraińskich oraz dziwne traktowanie braci R. przez służby w Polsce, to można stawiać pytanie, czy te taśmy nie są jakimś elementem ich polisy ubezpieczeniowej w tym kraju.

Izabela Kacprzak

Kolejna istotna osoba, to Marek K., który miał skłonić Kosteckiego do składania zeznań.

To biznesman o dużej wiedzy na temat Podkarpacia. Wraz z synem – który niestety też jest przestępcą – prowadził na Facebooku stronę Dawida Kosteckiego jako boksera. I to on na tej stronie napisał, podszywając się pod Kosteckiego, o powiązaniach braci R. z policją, tym samym skłaniając Kosteckiego do złożenia zeznań. Jemu teraz także ktoś grozi, bo ma wiedzę nie mniejszą niż Kostecki.

Inna ważna postać to Wojciech J., były agent CBA, który twierdzi, że dotarł do jednego nagrania z agencji towarzyskiej, na którym widać Marka Kuchcińskiego uprawiającego seks z 14-letnią dziewczynką „pracującą” w tej agencji. J. złożył zeznania przed sejmowym Zespołem Śledczym do spraw Zagrożeń Bezpieczeństwa Państwa. Płyta jego zdaniem wyparowała, o czym miał informować szefa CBA i premiera. Co się z nim teraz dzieje?

To, co ujawnił J., było dla nas punktem wyjścia. Zaczęłyśmy więc drążyć – skąd się to nagranie miało wziąć; w której agencji towarzyskiej miałoby odbyć się to rzekome spotkanie? Okazało się, że to odprysk kiedyś głośnej historii, którą rozpoczęła krakowska prokuratura okręgowa. I tak trafiłyśmy na postępowanie prowadzone dziś przez małopolski wydział Prokuratury Krajowej – rozpoczęte po zeznaniach Kosteckiego. Jest ono objęte jakąś niezrozumiałą tajemnicą, nie można się dowiedzieć nawet, pod jakim kątem jest prowadzone, kto ma w nich obecnie zarzuty. Prokuratura zapewnia jednak, że nigdy nie zdobyła żadnych nagrań, ani dowodów na to, że one istnieją, mimo że świadkowie w swoich zeznaniach o nich mówili.

Tą jedną sekstaśmą, którą rzekomo widział i którą rzekomo wyciągnięto z sejfu w CBA, J. otworzył cały temat. Tak dotarłyśmy do – znacznie ciekawszej moim zdaniem – historii o całej działalności ukraińskich sutenerów, których polskie państwo chroni. Nie wiemy tylko dlaczego.

Ciekawszej? Dlaczego?

Dla mnie ta historia jest ciekawsza, bo pokazuje dziwną niemoc rządów najpierw PO, a potem PiS-u, które także – wydaje się – nie chce tej afery rozliczyć.

Przecież J. mówił o taśmie publicznie, więc wydaje się…

Wszystkim nam się wydaje, że nikt o zdrowych zmysłach nie opowiadałby tak szokujących i okropnych rzeczy, gdyby faktycznie nie widział tego na nagraniu. Ja jednak tej taśmy nie widziałam, więc jestem ostrożna. Jest też pytanie, czy – nawet jeśli ta taśma istnieje – jest oryginalna i nie zmanipulowana.

Ale rzeczywiście, wiemy od służb, że wiele agencji towarzyskich nagrywa swoich klientów. Jeśli do tego dodamy wspomnianą aktywność służb ukraińskich oraz dziwne traktowanie braci R. przez służby w Polsce, to można stawiać pytanie, czy te taśmy nie są jakimś elementem ich polisy ubezpieczeniowej w tym kraju.

Czy, poza zeznaniami J., mamy jeszcze jakieś informacje wskazujące, że z tych agencji miał korzystać Marek Kuchciński?

Żadnych, które dałoby się potwierdzić. Jestem dziennikarką, a nie autorką powieści sensacyjnych, dlatego mogę opierać się tylko na sprawdzonych informacjach. Historia o istnieniu nagrań i szantażowaniu nimi jest całkiem prawdopodobna, ale trudna do zweryfikowania. A dotyczy ona potencjalnie ogromnej klienteli, ludzi o bardzo szerokich wpływach i znajomościach. Wie pan, że w sprawie braci R. nie odpytano ani jednego rzekomego klienta ich agencji, na przykład, czy był szantażowany taśmą?

Jak to?!

Śledczy nie wzywali klientów tych miejsc, nie pytali, czy ktoś ich szantażował, czy mieli informacje, że mogą być nagrywani. Takich materiałów w sądzie w Tarnowie nie znalazłam. To mnie zdziwiło, bo uznałam, że skoro Kostecki o tym mówi, trzeba to sprawdzić – nie tylko operacyjnie, ale także odpytać klientów. Tymczasem, w tym wypadku służby weszły do agencji cztery lata po złożeniu zeznań i stwierdziły, że skoro nie znalazły nagrań, a kamery nie wiszą na sufitach, to znaczy, że sprawy nie ma.

Ale dlaczego nie podjęto wątku klientów?

Z powodów obyczajowych. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby o taką listę poproszono – sprawa wyszłaby na jaw wcześniej czy później i dowiedzielibyśmy się, kto tam chodził i korzystał z usług prostytutek. I zaczęłyby się pytania: a dlaczego ten komendant policji, dlaczego ten arcybiskup, dlaczego ten minister? Jeśli te nagrania nie pojawią się na rynku i jakieś medium ich nie pokaże, na zawsze zostaniemy w sferze domysłów. Ale może się pojawią i dowiodą, że J. ma rację.

Wojciech J. to postać ciekawa także dlatego, że przecież nie działał na własną rękę. Był znajomym szefa CBA, Ernesta Bejdy. Kiedy Bejda został szefem CBA, J. miał się zająć sprawą nagrań. Miał nawet dostać specjalne uprawnienia, byle tylko do nich dotrzeć.

Tak, bo CBA musiała mieć informacje o tych nagraniach. Ale nie wiemy, co wiedziała. Czy Bejda polecił ogólnie wyjaśnić sprawę istnienia tych taśm, czy one są, czy ich nie ma? A może miał dużo większą wiedzę i szukał sposobu, żeby te nagrania za wszelką cenę dostać i wykupić? To nie jest nic złego, że służby szukają takich nagrań, zwłaszcza jeśli mogłyby być narzędziem szantażu wobec ważnych osób w państwie.

Rozumiem, że pan J. nie może powiedzieć wszystkiego – skąd miał to nagranie, co wie, co słyszał? Z drugiej strony, ma obecnie postępowanie wytoczone przez Marka Kuchcińskiego i być może będzie musiał pewne rzeczy udowodnić, żeby się obronić.

Ostatnia postać, którą warto przedstawić, to pan Daniel Ś., funkcjonariusz Centralnego Biura Śledczego, o którym pani już wspominała i który miał rozpiąć nad braćmi R. parasol ochronny. Czy wiadomo, jak do tego doszło i co wiemy o tym człowieku?

Ś. w krótkim czasie zrobił w policji zawrotną karierę. Po aresztowaniu w 2016 roku pod zarzutami przyjmowania łapówek, sam odszedł z policji. Dzisiaj jest detektywem.

Kim?!

Tak, to także zadziwiające – i to kolejna rzecz, która powinna nas zaalarmować. Zajmował się rozbijaniem agencji towarzyskich na Podkarpaciu. Poza tą jedną siecią, która należała do Ukraińców. Świadkowie twierdzą, że brał pieniądze od sutenerów, a także korzystał za darmo z usług kobiet. Dlaczego to robił, czy tylko dla pieniędzy, czy prowadził jakąś grę operacyjną – tego nie wiemy. To jest wątek, który się nie zakończył. Prokuratura od miesięcy nie chce nam ujawnić, dlaczego od lat nie oskarża Ś. i innych funkcjonariuszy.

Innych?

Jest tam między innymi były szef rzeszowskiego wydziału Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Nie wiemy, jakimi materiałami dysponuje prokuratura. Znam jedynie zeznania świadków, które rzeczywiście są dyskwalifikujące dla pana Ś.

Jak to jest możliwe, że to tyle trwa?

Ś. został zatrzymany w lutym 2016 roku wraz z braćmi R., a od zeznań Kosteckiego minęło 7 lat. W sprawie braci R. wyrok wydano w lipcu 2018 roku. I od lipca nic się nie w sprawie Ś. formalnie nie dzieje. Chociaż prokuratura zapewnia nas, że trwają „intensywne czynności”.

Wierzy pani?

Bracia R. mieli zarzuty korumpowania funkcjonariuszy publicznych i zostali za to skazani. No więc niejako z automatu należałoby też pociągnąć do odpowiedzialności tych funkcjonariuszy. Na razie jednak nic się nie dzieje.

Ale tu jest jeszcze kolejny wątek. Czy nie jest tak – jak w zeznaniach sugerował Kostecki – że to właśnie funkcjonariusz był pomysłodawcą nagrywania klientów? Czy to zweryfikowano? Czy nie jest tak – jak słyszałyśmy od naszych informatorów na początku naszej pracy nad tym tematem – że wszystkie nagrania są w rękach pana Ś. i zostały wywiezione na Ukrainę? Skąd w środowisku takie informacje?

Daniel Ś. w krótkim czasie zrobił w policji zawrotną karierę. Po aresztowaniu w 2016 roku pod zarzutami przyjmowania łapówek, sam odszedł z policji. Dzisiaj jest detektywem. […] Świadkowie twierdzą, że brał pieniądze od sutenerów, a także korzystał za darmo z usług kobiet.

Izabela Kacprzak

Co teraz?

Mam nadzieję, że także nasze teksty uzmysłowią śledczym, że tej sprawy nie da się zamieść pod dywan, a my wcześniej czy później ich z tego rozliczymy. Opinia publiczna ma prawo to wiedzieć. I że dopóki sprawy sekstaśm nie wyjaśni się „do spodu”, to zawsze będzie wracać. I zawsze będzie mogła zaburzać funkcjonowanie państwa. To fatalna perspektywa.

Czy to jest bezpieczne, co pani robi?

Nie myślę o tym w ten sposób. Kogo ja bym się miała bać i dlaczego?

Lista jest naprawdę długa. Sama pani powiedziała, że sprawa dotyczy wielu bardzo wpływowych osób, którzy mają mnóstwo do stracenia.

Więc niech to oni się boją.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 560

(40/2019)
1 października 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj