Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Krew nie woda....

Krew nie woda. Wokół „Bożego Ciała” w reżyserii Jana Komasy

Grzegorz Brzozowski

Tegoroczny polski kandydat do Oscara jest kolejnym filmem włączającym się do dyskusji o stanie polskiego Kościoła. „Boże Ciało”, zamiast krytykować kler, zadaje jednak pytania o społeczną rolę duchownych.

„Boże Ciało” mogłoby zatrzymać się na samym znakomitym komediowym zamyśle: Daniel, po wyjściu z poprawczaka, w wyniku serii fortunnych nieporozumień zostaje osadzony w wymarzonej przez siebie roli księdza. Już sama gorąca krew nieoszlifowanego seminaryjną formacją bohatera wróży tu serię nieprzewidywalnych wypadków na miarę „Młodego papieża” Paolo Sorrentino – choć w scenerii prowincjonalnej podkarpackiej parafii. Popalanie szlugów w przedsionku Kaplicy Sykstyńskiej zastąpi tu jaranie innych substancji (ale też „od Bozi”) w towarzystwie parafialnej młodzieży; mistyczną ekstazę – skłonność do wiksy na podwórku przy plebanii; platoniczne wzdychanie Lenny’ego Belardo do jednej z pracownic Watykanu – bynajmniej nieplatoniczne uczucie do córki kościelnej. Daniel rozsadzi nową energią skostniałą w nawykach wioskę. Komasa świetnie sprawdza się w nienachalnie komicznych scenach paniki młodego przed spotkaniem z proboszczem czy improwizowania w konfesjonale z pomocą ściągniętego na komórkę skryptu. Historia Daniela nie zostaje jednak sprowadzona do serii gagów: z wielkiej improwizacji z czasem wyrasta coś więcej – słodko-gorzki obraz roli, jaką religia mogłaby odgrywać w życiu publicznym, a która często pozostaje niewykorzystana.

materiały dystrybutora Kino Świat

Religia w czasie żałoby

Kwestia deficytów Kościoła nie została tutaj przedstawiona krytycznie z bezkompromisowością i rozmachem instytucjonalnej diagnozy na miarę „Kleru” Smarzowskiego. Mówiąc mniej, Komasa mówi jednak bardzo dużo, nie wpadając przy tym w publicystyczne schematy czy przewidywalny antyklerykalizm. Nie unikniemy tu wrażenia ciężaru instytucji, w której obok księży z powołaniem (opiekun Daniela w poprawczaku) znajdziemy też wypalonych, trwających w nierozwiązanym poczuciu winy i alkoholizmie (proboszcz parafii). To też instytucja, która osobom takim jak Daniel – których powołanie jest przekonujące – nie daje możliwości wstąpienia do seminarium, po pobycie w poprawczaku. Przez instytucjonalne ograniczenia jego marzenie o byciu duchownym z konieczności jest krótkoterminowe – nieważne, jak sprawnie realizowana, rola pozostanie nieosiągalna. Bez względu na jego „uzurpowany” charakter, Komasa świetnie pokazuje jednak psychiczne i społeczne koszty statusu księdza: rozdarcie między różnorodnymi lokalnymi „grupami wpływu” (od surowej kościelnej po wójta, którego Daniel nauczy pokory na miarę podkarpackiej Canossy) czy emocjonalną pracę, którą duchowny wykonuje, stając się w wymiarze wioski nie tyle głosem sumienia, co odpowiednikiem pracownika społecznego, mediatora konfliktów i psychologa rodzinnego w jednym. Daniela można uznać za doskonały przykład osoby krążącej „między konfesjonałem a kozetką” – pomimo pozorów swobody, świadomie przyjmuje coraz większe obciążenie związane z odkrywanymi pokładami lokalnych napięć. Najważniejsze wyzwanie przyniesie niewyjaśniona historia wypadku, w którym zginęli młodzi z wioski: Daniel skonfrontowany zostanie z zapiekłymi w żałobie mieszkańcami, niezdolnymi do uwolnienia się od bólu, a tym bardziej przebaczenia domniemanym sprawcom.

Mówiąc mniej, Komasa mówi bardzo dużo, nie wpadając przy tym w publicystyczne schematy czy przewidywalny antyklerykalizm.

Grzegorz Brzozowski

Trudno rozstrzygać, na ile twórcy „Bożego Ciała” myśleli o filmie jako o metaforze dynamiki żałoby po katastrofie smoleńskiej, na której podstawie można by wyobrazić sobie inny scenariusz jej przebiegu z udziałem Kościoła. Mierząc się z cierpieniem swoich parafian, Daniel pokazuje, że religia może sprowadzać się nie tyle do uświęcenia zastanych podziałów, co do konfrontacji z tym, co wyparte – nierozwiązywalną kwestią obecności zła w świecie, przypadkowości jego przejawów i nieuchronności cierpienia, które ze sobą niesie. Religia okazuje się tu ścieżką do skonfrontowania z najtrudniejszymi emocjami i podjęcia przez parafian próby przebaczenia samym sobie, a przez to odtworzenia więzi społecznej – tym samym w wykonaniu Daniela wraca ona do swojego źródłosłowu: łacińskie religare znaczy „wiązać”. Stworzenie tej więzi pomimo cierpienia niewinnych stanowi być może największe wyzwanie – podszyte nierozwiązywalnym problemem teodycei, pogodzenia boskiej wszechmocy z niezawinionym doświadczeniem zła. To przewrotne, że w „Bożym Ciele” wyzwanie to podejmuje nie tyle oficjalny przedstawiciel Kościoła, ale „uzurpator”, który nie ma nic do stracenia w konfrontacji z tym, od czego uciekał jego poprzednik.

materiały dystrybutora Kino Świat

Dar z niczego

Podobny wątek destrukcyjnego zapamiętania w żałobie znajdziemy w „Dzienniku wiejskiego proboszcza” Roberta Bressona [1951]. Główny bohater trafia do wioski, w której zmaga się nie tylko z powojenną biedą, ale też z uogólnioną niechęcią wiernych. Najważniejszą próbą staje się dla niego spotkanie z hrabiną z okolicznego majątku; jej trwanie w rozpamiętywaniu straty syna okazuje się sednem rodzinnego kryzysu promieniującego na całą wspólnotę. Postawa księdza u Bressona to inne oblicze napięć, z którymi mierzy się bohater Komasy: choć będąc „legalnym” w oczach Kościoła, „wiejski proboszcz” nie boryka się z lękiem przed demaskacją, podobne u obu jest poczucie osamotnienia i obciążenia cierpieniem, z którym spotykają się na co dzień. Istotna różnica leży w  repertuarze, do którego odwołują się obaj bohaterowie w radzeniu sobie z wyzwaniami: o ile „wiejski proboszcz” pogrąża się w samoumartwieniu, stając się ofiarą parafialnej opresji, Daniel nie powstrzyma się przed przerwaniem kłopotliwej sytuacji ciosem z dyni.

W „Bożym Ciele” wątek osobistych zmagań Daniela z religią nie został właściwie wykorzystany: zastępuje je napięcie związane z nieoczekiwaną rolą społeczną, do której musi się dostosować.

Grzegorz Brzozowski

Znamienne jest jednak, że w przypadku Bressona główny bohater trwa w swojej roli społecznej pomimo mierzenia się z prywatnym kryzysem wiary – niezdolnością do modlitwy. W „Bożym Ciele” natomiast wątek osobistych zmagań Daniela z religią nie został właściwie wykorzystany: zastępuje je napięcie związane z nieoczekiwaną rolą społeczną, do której musi się dostosować. Możemy przyjmować, że jego wiara jest stabilna i płomienna na miarę wygłaszanych przez niego kazań, lub też podszyta strategią „ucieczki pod sutannę” od realnego zagrożenia, które czeka na niego w poprawczaku (co też wypomina mu w pewnym momencie jeden ze znajomych). U bohatera Komasy trudno jednak znaleźć napięcie, jakie mogłaby stworzyć w osobie wierzącej świadomość sprawowania sakramentów teologicznie nieważnych; trudno też doszukiwać się tu powoli narastającego lęku przed skonfrontowaniem się z prawdą przed oszukiwanymi (w dobrej wierze) wiernymi (to wątek świetnie wygrany przez innego duchownego w przebraniu – „Kumare. Guru dla każdego” z dokumentu Vikrama Gandhiego [2011]). Podobnie psychologicznie niepogłębiona pozostanie postać romansującej z nim parafianki – choć jej sytuacja w każdym z wariantów byłaby dramatyczna: czy jako godzącej się na związek z duchownym, czy odkrywającej prawdziwą tożsamość Daniela. Reżyser przecina te psychologiczne domysły strategią pokazywania bohaterów w działaniu, pod które można podkładać rozmaite interpretacje – jak chociażby w przypadku gestu publicznego zrzucenia przez Daniela sutanny, mogącego kojarzyć się nie tylko z ujawnieniem swojej prawdziwej tożsamości wypisanej na jego ciele, ale i z gestem świętego Franciszka – buntem przeciw Kościołowi, który nie daje mu miejsca pomimo poczucia powołania. Trudno oprzeć się wrażeniu, że o ile dla Bressona i jego widzów sprzed 70 lat kryzys wiary mógł jeszcze stanowić o istotnym dla filmu dramaturgicznym napięciu, w przypadku „Bożego Ciała” zastępuje je raczej napięcie emocjonalne – autentyczność komunikacji parafian po przybyciu Daniela kontrastująca z doświadczanymi na co dzień rutyną i osądem. W przypadku obu postaci fascynujące jest jednak to, że niezależnie od obecności wiary lub jej braku, od uświęcenia czy uzurpacji pozycji duchownego, obaj potrafią odegrać w swoich wspólnotach rolę niezbędną dla ich przetrwania – jak zauważa w pewnym momencie bohater Bressona: „to ciekawe, że można dać innemu coś, czego samemu się nie posiada”.

 

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 562

(42/2019)
15 października 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj