0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Pawłowski we wtorek]...

[Pawłowski we wtorek] Hołownia i fetysz „zwykłego Polaka”

Łukasz Pawłowski

W przedświąteczny weekend orędzie do narodu wygłosił marszałek Senatu Tomasz Grodzki oraz kandydat na prezydenta Szymon Hołownia. Publicysta i – do niedawna – konferansjer zapowiedział, że jego sympatycy na program muszą jeszcze trochę poczekać. Na razie jednak zaprasza nas… do rozmowy. Słuchając Hołowni, trudno uniknąć wrażenia déjà vu.

Hołownia irytuje się, gdy go pytają, po co mu to i czy to wszystko na poważnie. „Byłbym rad, gdyby takie pytania zadawano też innym kandydatom”, mówił w niedawnej rozmowie z Grzegorzem Wysockim w „Gazecie Wyborczej”. Irytację kandydata trudno jednak zrozumieć. Każdy człowiek, który nagle zdecydowałby się na wejście do polityki – a już zwłaszcza ktoś, kto odnosił sukcesy w innej dziedzinie i ciągot politycznych nie zdradzał – byłby pytany o to samo. Hołownia uważa jednak, że tego rodzaju indagacje to przejaw „ostrych leków znacznej części środowiska politycznego, że oto ktoś, za kim nie stoi żadna partia jak za nimi, próbuje rozdać karty w nowy sposób”.

Zwykłych Polaków rozmowy

Szczerze mówiąc, nie widzę jak na razie, na czym owa nowatorskość ma polegać. Dotychczas udzielane przez Hołownię odpowiedzi są bowiem do bólu przewidywalne i niespecjalnie różnią się od tych, które słyszymy od polityków z dłuższym stażem.

I tak, w odpowiedzi na pytanie, dlaczego dziennikarz zdecydował się na wejście do polityki, w „Tygodniku Powszechnym” przeczytamy, że „jest praca do wykonania”, a on zdecydował, że czas „przejść z poziomu obserwowania świata do jego robienia”. W rozmowie z Michałem Okońskim porównuje tę sytuację do chwili, gdy po raz pierwszy zobaczył ofiarę wypadku drogowego i postanowił, że w przyszłości nie chce już stać i przyglądać się bezradnie. Zrobił więc kurs pierwszej pomocy. Przekaz jest oczywisty – Polska jest dziś taką ofiarą i potrzebuje kogoś, kto zacznie działać. Niespecjalnie to oryginalne, ale i cóż innego można by wymyślić. Znacznie ciekawsza jest odpowiedź na kolejne pytanie: dlaczego to właśnie w Hołowni mamy pokładać nadzieję?

Ano dlatego, że widzi on, „w jakim miejscu jest Polska i świat”. Skąd to wie? „Od 10 lat jeżdżę więcej po kraju niż jakikolwiek polityk czy badacz”, odpowiadał Okońskiemu. „Rocznie mam do dwustu spotkań z ludźmi, na każde przychodzi średnio od stu do paruset osób. Nie tylko mówię do nich, słucham”.

Doprawdy trudno o bardziej przewidywalną odpowiedź. Czytając ją, od razu zadałem sobie pytanie, czy Hołownia przejechał po Polsce więcej kilometrów niż Jarosław Kaczyński, który, jak być może niektórzy pamiętają, przekonywał niedawno, że „zna polskie drogi i szosy lepiej niż niejeden kierowca TIR-a”.

Dalej jest równie przewidywalnie – Hołownia twierdzi, że Polacy mają dość. Widzą „jałowy klincz, w jakim zwarły się partie organizujące nasze życie od ponad dekady” i są nim „zmęczeni”. Jest to rzecz fascynująca, że podróżujący politycy – a Hołownię można już uznać za polityka – w czasie spotkań (na placach, ulicach, ale i w środkach transportu zbiorowego) słyszą zawsze dokładnie to, co chcą usłyszeć.

Nie jestem politykiem, po kraju podróżuję mniej niż kierowca TIR-a, ale pociągów i autobusów w życiu nie unikałem. I przyznam szczerze, że owszem, pogawędki rozmaite mi się zdarzały, ale nikt nigdy nie wyjaśnił mi, jakie są źródła problemów Polski i świata i jak te niedziałające części należałoby naprawić. Nawet w czasie kilkudniowej podróży pociągiem na Syberię żaden z pasażerów z mojej grupy, ani żadna z przypadkowo spotkanych osób nie zechciała mnie oświecić – i to mimo że podczas długich pociągowych godzin sięgaliśmy po lokalne umilacze rozmów.

Jest to rzecz fascynująca, że podróżujący politycy – a Hołownię można już uznać za polityka – w czasie spotkań (na placach, ulicach, ale i w środkach transportu zbiorowego) słyszą zawsze dokładnie to, co chcą usłyszeć.

Łukasz Pawłowski

Kiedy więc słyszę, jak to kolejny polityk gdzieś w pociągu w środku Polski, tudzież na spotkaniu autorskim, poznał tajemnicę świata i polskiej duszy, reaguję co najmniej sceptycznie.

Nie inaczej jest w przypadku Hołowni. Mam zresztą ku temu dodatkowy powód. Jak to jest, chciałbym zapytać (na razie moje prośby o rozmowę z Hołownią pozostają bez odpowiedzi), że po tej dekadzie podróży po Polsce kandydat wciąż musi jeszcze zadać rodakom cztery, do bólu ogólne pytania, po to żeby „optymalnie rozłożyć akcenty” swojego – nieujawnionego jeszcze – programu. „Co jest naszą największą siłą? Największym, unikalnym talentem? Co nas najbardziej dzieli? Czego obawiacie się najbardziej? O jakiej Polsce marzycie?”.

Czyżby mierząc się z tymi zagadnieniami, w ciągu kilku tygodni konsultacji internauci odkryli przed nim jakieś nowe, przełomowe prawdy, które zataiły osoby spotkane podczas podróży po Polsce?

Zarzut ten odnosi się zresztą nie tylko do Hołowni. Już Robert Biedroń, choć rzekomo doskonale wiedział, czego potrzebują Polacy, bo przecież przez kilka lat był prezydentem prowincjonalnego miasta, musiał zorganizować kilkadziesiąt spotkań w całym kraju, aby upewnić się, czego tak naprawdę ludzie chcą. Podobnie było z Małgorzatą Kidawą-Błońską, która przed prawyborami prezydenckimi w Platformie Obywatelskiej zapowiadała, że co prawda ma swoje propozycje programowe, ale rusza w Polskę na spotkania z wyborcami, aby przekonać się, czy… są to „trafne idee” i „poznać, jak je jeszcze ulepszyć”.

Kidawa-Błońska jest w polityce od dwóch dekad, a od czterech lat jako polityk opozycji powinna koncentrować swoje wysiłki na budowie alternatywy programowej. Biedroń zakładał Wiosnę, ponieważ, jak twierdził, Polacy chcą świeżych idei, przełamujących duopol PO–PiS. Hołownia po dekadzie podróży po Polsce wchodzi do polityki, bo kraj jest podzielony, trawiony sporami i marnuje swój potencjał. Każde z nich rzekomo angażuje się lub angażowało z mocnym przekonaniem, że tak jak jest, dłużej być nie może. Pytani jednak, jak być powinno, odpowiadają frazesami o konieczności pojednania i rozmowy ze „zwykłymi” Polakami.

Kiedy słyszę, jak to kolejny polityk gdzieś w pociągu w środku Polski, tudzież na spotkaniu autorskim, poznał tajemnicę świata i polskiej duszy, reaguję co najmniej sceptycznie.

Łukasz Pawłowski

Nie będzie zaskoczeniem, że kandydat PSL-u, Władysław Kosiniak-Kamysz, jak dotychczas prowadzi kampanię w dokładnie ten sam sposób, a swoim konkurentom zarzuca… brak spotkań z rodakami. „Gdy inni szukają w kandydatów, debatują wewnątrz, spotykają się tylko ze swoimi działaczami, my już od kilku tygodni jesteśmy na spotkaniach w różnych częściach Polski. Cały czas jestem na spotkaniach z naszymi rodakami, z przedsiębiorcami, ludźmi ciężkiej pracy, ale też z tymi, którzy potrzebują wsparcia”, mówił Kosiniak-Kamysz podczas konferencji prasowej w Poznaniu.

Urzędujący prezydent identyczną kampanię prowadzi od pięciu lat. Andrzej Duda jedną z obietnic swojej prezydentury uczynił złożenie wizyty w każdym z 314 powiatów i niedawno udało mu się ją spełnić, co z dumą ogłosił na Twitterze. Na pytanie, jaki jest realny skutek tych spotkań, poza imponującą liczbą pokonanych kilometrów, trudno jednak znaleźć odpowiedź. Można jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że o tym osiągnięciu nieraz podczas kampanii usłyszymy.

W objęciach sondażokracji

Oczywiście, to dobrze, że politycy podróżują po kraju i nie prowadzą kampanii zza biurka. Nie jest to jednak specjalna zasługa – dziś trudno zabiegać o głosy wyborców w inny sposób. Kłopot z rozkręcającą się kampanią prezydencką polega jednak na tym, że podróżami wszyscy kandydaci próbują przykryć miałkość swoich programów. Zamiast przygotować zestaw propozycji, a następnie przekonywać do nich rodaków, każdy z kandydatów próbuje nam wmówić, że program dopiero powstanie, a stworzą go „Polacy”. Biorę to słowo w cudzysłów, bo o jakich Polaków chodzi każdemu z pretendentów, doprawdy trudno mi powiedzieć.

Tak oto pod płaszczykiem rzekomej obywatelskości kandydaci – mam wrażenie – dają dowód panującej w Polsce sondażokracji, czyli takiego systemu, w którym polityk nie próbuje zyskiwać poparcia dla swoich idei, ale kieruje się wyłącznie społecznymi nastrojami, przy okazji całkowicie swój przekaz rozmywając.

Kiedy więc pretendenci do roli głowy państwa po raz kolejny oznajmią, że ruszają w Polskę, aby dowiedzieć się, czego pragną zwykli Polacy, zadajmy im pytanie odwrotne: A z czym, drogi kandydacie, do nas przychodzisz? W demokracji prawie każdy z nas ma prawo zostać politykiem. Ale jeśli już nim zostanie, powinien mieć dość odwagi, by powiedzieć, jakie ma poglądy i jak chciałby je zrealizować. Kształtowanie poglądów polityków i pisanie im programów nie jest zadaniem obywateli.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 572

(52/2019)
24 grudnia 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj