Z centrum widać najwięcej
  

PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną forward

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Liberalizm 2020] Drenaż...

[Liberalizm 2020] Drenaż mózgów a koronawirus. O ciemnej stronie członkostwa w UE

Jarosław Kuisz

W 2020 roku, gdy w polskich szpitalach brakuje personelu, pytanie o „drenaż mózgów” brzmi aktualnie. Bo ilu lekarzy przez ponad dekadę wyjechało w ramach swobodnego przepływu osób? Tysiące.

 Pytanie: Czy liberał może zakazać wolnego przepływu osób?

Odpowiedź: Nie!

 

Tymczasem zatrzaśnięto nam granice między państwami. Od paru tygodni strefa Schengen de facto nie istnieje. Każdy kraj zrobił to na własną rękę. Nie wszędzie u władzy są nieliberalni populiści. Przeciwnie, choćby we Francji ostre reguły sanitarne wprowadzono pod rządami Emmanuela Macrona, uchodzącego przecież za liberała. W Szwecji, branej z kolei za socjaldemokratyczną, wprowadzono rozwiązania uchodzące za liberatariańskie – i to w skali globu – choć przecież nie oznacza to braku ograniczeń.

Być może tyle są warte wcześniejsze stereotypy i schematy myślenia. Gołym okiem widać, że w 2020 roku na pytanie, czy osoba o liberalnych przekonaniach może zakazać wolnego przepływu osób, odpowiedź brzmi: „tak”. Powinno nas to skłonić do postawienia odważniejszego – i drażliwszego – pytania z punktu widzenia polskiej polityki:

Czy w przyszłości mogą wchodzić w grę inne powody do ograniczania wolnego przepływu osób niż sanitarne? Nie chodzi nam oczywiście o znane z przeszłości zawieszanie strefy Schengen z uwagi na zawody sportowe, spotkania polityków itp.

Mitologia wolnego przepływu osób

Ale po kolei. Dlaczego liberalizm polski lat 90. XX wieku był za wolnym przepływem osób? Bo… wówczas tego przepływu nie było. Swobodne przemieszczanie się po Europie było obiektem westchnień i marzeń. Ludzie urodzeni i wychowani w Polsce Ludowej nie wiedzieli, jak to jest podróżować po świecie bez granic. Pragnęli wyjazdów nawet do tak zwanych „demoludów”, czyli innych krajów znajdujących się od końca II wojny światowej pod radzieckim butem. Jednak wyjazdy do ówczesnej Czechosłowacji czy Jugosławii nie przypominały podróży „pokolenia Erazmusa”.

Przed upadkiem komunizmu wyjazd wiązał się z koniecznością przejścia przez serię upokarzających procedur. Samo zdobycie paszportu oznaczało konieczność wręczania prezencików oraz czekoladeczek [czytaj: łapówki w wersji soft lub hard]. Ale to nie wszystko. Zwykli ludzie starali się przemycać rozmaite towary, by sprzedawać je poza krajem. Z dzisiejszego punktu widzenia jawić się to może jako żenujące kombinatorstwo (dodatkowo wyrabiające nawyk naruszania prawa). Niemniej, wówczas wydawało się to ekonomicznie racjonalne, wręcz konieczne, by odkuć się za koszty związane z samym wyjazdem. Zamiast beztroskiego zwiedzania zabytków czy leżenia do góry brzuchem w Złotych Piaskach, kalkulowano, jak przy okazji poprawić swój ziemski byt.

„Jesteśmy za biedni, aby urlop spędzać w kraju…” – by przypomnieć znamienny cytat za historykiem Jerzym Kochanowskim [1]. Tym bardziej że każdy wyjazd traktowano jako potencjalnie ostatni. Nigdy nie było do końca wiadomo, czy okazja jeszcze się powtórzy.

Dlaczego liberalizm polski lat 90. XX wieku był za wolnym przepływem osób? Bo… wówczas tego przepływu nie było.

Jarosław Kuisz

Oczywiście dla elit kulturalnych Polski Ludowej znaczenie miało także odcięcie od dzieł sztuki, obiegu kultury wysokiej, swobodnego udziału w debatach na aktualne tematy. Tym tęskniej wyglądano za drugą stronę żelaznej kurtyny. W efekcie powstawało napięcie, rodził się również w Polsce szczególny mit Zachodu [2]. Czy Zbigniew Herbert w ogóle napisałby swoje melancholijne eseje o malarstwie holenderskim w warunkach free movement of people? Bez szykan i reglamentacji wyjazdów na Zachód? Można powątpiewać.

Ciemniejsza strona Zachodu?

Wspomnienie „klatki” PRL-u jest niezbędne, by zrozumieć nasze oprogramowanie polityczne lat 90. Pierwsze wyjazdy na Zachód były euforyczne. Marzenia o dołączeniu do Europy stawały się realne, szeroko pisano o „pękaniu granic” [3]. Postkomunistyczna misja została wreszcie wykonana w 2007 roku. Zniesiono kontrole na granicach zewnętrznych. Później dopuszczono nas do kolejnych rynków pracy itd. Możliwość zarobków w Wielkiej Brytanii czy Niemczech miała znaczenie historyczne – cały kraj i każdy z osobna mógł wydobyć się tym samym z geopolitycznego cienia Wschodu. Domknięto pewną epokę.

No, i… – jak to w życiu – z czasem zaczęła objawiać się druga strona medalu. Ciemniejsza.

W gruncie rzeczy wraz z innymi państwami odkrywamy ją aż do dziś. W 2020 roku, gdy w polskich szpitalach brakuje personelu, pytanie o „drenaż mózgów” brzmi aktualnie. Bo ilu lekarzy przez ponad dekadę wyjechało w ramach swobodnego przepływu osób? Tysiące.

Choć ma to kolosalne znaczenie, do tej pory w ogóle się nad tym uczciwie nie zastanawiano. Nasi politycy byli zresztą wręcz zadowoleni z tego stanu rzeczy. Wyjazdy rodaków pomagały rozwiązywać rozmaite problemy, choćby bezrobocie czy niskie zarobki. Wedle danych Eurostatu z 2018 roku („People on the move – statistics on mobility in Europe”), około 125 tysięcy osób z Polski regularnie jeździ do pracy do Niemiec. W efekcie w niektórych szpitalach dawnego NRD lwia część kadry medycznej pochodzi z naszego kraju.

Nawet liberałów roku 1990 powinno poruszyć pytanie, czy jesteśmy podatkowymi idiotami. Od lat na koszt polskiego podatnika kształcimy lekarzy dla państw takich jak Niemcy czy Norwegia. Warto pamiętać, że nie chodzi tu o redukowanie problemu do jakiegoś szowinizmu ekonomicznego. Chodzi tu o koszty kształcenia w Polsce, nie tylko Polaków. Ostatnio w Berlinie rozmawiałem z młodym Syryjczykiem, który na doskonałego dentystę wykształcił się w Poznaniu. Potrafił niemało powiedzieć w naszym języku. Zdobył śpiewająco polski dyplom, ale bynajmniej nie leczy zębów Wielkopolan.

Co dalej z drenażem mózgów?

Wieść gminna niesie, że po 2004 roku do pracy za granicą wyjechały już około 2 miliony Polaków. Dokładnych liczb nie znamy. Reprezentują oni wszelkie możliwe zawody. Nie trzeba być ekonomistą, by zdać sobie sprawę, że stawia nas to przed monstrualnymi wyzwaniami na przyszłość. Jednocześnie przecież mamy niż demograficzny. 500 plus nic tu nie pomogło. Kto za kilka lat będzie się składał na ochronę zdrowia o podstawowym standardzie czy przyszłe emerytury na sensownym poziomie? Nie wiadomo. Nasi politycy prowadzą jatkę „tu i teraz” – poprzez sprowadzenie polityki do sporu o procedury i ich naruszanie.

Nawet liberałów roku 1990 powinno poruszyć pytanie, czy jesteśmy podatkowymi idiotami. Od lat na koszt polskiego podatnika kształcimy lekarzy dla państw takich jak Niemcy czy Norwegia.

Jarosław Kuisz

Swoją drogą, PiS wydaje się mistrzem używania w teorii wielkich słów, w realu sprowadzając całą politykę do doraźności. Proszę zauważyć: nawet teraz – w czasie pandemii – debata w głównym nurcie mediów została spłaszczona do najbliższych tygodni. Chociaż covid-19 ujawnił dziesiątki problemów strukturalnych w skali Polski, naszą uwagę odciąga kwestia daty oraz sposobu głosowania w maju bieżącego roku. Niczego nie ujmując doraźnym problemom sanitarnym, jak się wydaje, to dla rządzących ostatecznie niezwykle wygodna sytuacja.

Tymczasem drenaż mózgów wróci po przywróceniu wolnego przepływu osób. Będzie tak z powodów ekonomicznych. Niemniej nie może być tak, że to kolejny temat oddany prawicy przez opozycję. W roku 2020 mamy sytuację zupełnie inną niż w 1990 – i polityczne oprogramowanie wymaga natychmiastowej aktualizacji. Już nie jest bezzasadne pytanie, jak wyjazdy lekarzy przekładają się na długość życia Polaków. Wystarczy porównać dane dotyczące szans przeżycia osób, u których wykryto choroby nowotworowe. Nad Wisłą nasze szanse są mniejsze niż w innych krajach. Ani Morawiecki w Polsce, ani Orbán na Węgrzech nie poradzili sobie z wyzwaniem zatrzymania młodych lekarzy. I żadnym przymusem tego się nie rozwiąże. Sami lekarze powinni chcieć pozostać w kraju.

W żadnym wypadku nie jestem za likwidacją strefy Schengen. Ale my już nie rozmawiamy o tym, jak ona ma trwać dalej – tylko o tym, jak ją w ogóle utrzymać.

PiS wydaje się mistrzem używania w teorii wielkich słów, w realu sprowadzając całą politykę do doraźności.

Jarosław Kuisz

Albowiem strefa Schengen już wcześniej zaczęła znikać także w głowach Europejczyków. Ze zdumiewającego raportu „Czego naprawdę chcą Europejczycy?” Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych wynikało, że rośnie liczba osób, które poparłaby zakaz dłuższych wyjazdów za granicę – w ramach walki z emigracją. W Polsce za takim rozwiązaniem miała opowiedzieć się połowa badanych. Jeden ze współautorów raportu, Mark Leonard, mówił nam dokładnie rok temu: „to absolutnie zadziwiające, że ludzie w krajach takich jak Polska czy Węgry, które przez wiele lat funkcjonowały za żelazną kurtyną, dziś popierają swego rodzaju «wojnę wizową» przeciwko swoim rodakom”.

Cóż, coraz mniej nas to chyba zadziwia. Pewne jest co najwyżej to, że wyzwania dla liberalizmu roku 2020 są fundamentalnie inne od wyzwań w roku 1990.

Widać, że sprawę drenażu mózgów od razu należałoby rozwiązywać na poziomie Unii Europejskiej. Ale to nie znaczy, że lokalnie mamy stać z założonymi rękami.

Jeśli nie potrafimy czy nie możemy podnieść radykalnie zarobków personelu medycznego, może na początek nacisk powinien być położony na zdjęcie mu z pleców niedorzecznych procedur, pożerających chęć do pracy i czas dla pacjentów? To pytanie retoryczne.

Stąd gorzka puenta:

Dlaczego niemała część z nas, Polaków, tak chętnie zgodziła się na zamknięcie w domach po ogłoszeniu pandemii? Odpowiedzi należy szukać na forach internetowych.

Brzmi ona: bo nie wierzymy, że nasze szpitale w ogóle nas przyjmą i wyleczą. Rząd trąbi o sukcesach w walce z pandemią, my zaś liczymy na siebie.

 

Przypisy:

[1] J. Kochanowski, „Tylnymi drzwiami. «Czarny rynek» w Polsce 1944–1989”, Wydawnictwo WAB–Grupa Wydawnicza Foksal, wyd. II popr., Warszawa 2015.

[2] Więcej o postkomunistycznym micie Zachodu: J. Kuisz, „Koniec pokoleń podległości”, Wydawnictwo Kultury Liberalnej, Warszawa 2018.

[3] Znamienne „poprawienie” polskiego tłumaczenia książki Roberta Coopera „Pękanie granic”, które w oryginale brzmiało: „The Breaking of Nations”.

 

***

[Powyższy artykuł stanowi drugą część cyklu. W najbliższym czasie opublikujemy więcej tekstów na temat „Liberalizmu 2020”.]

 

Fot. Wikmedia Commons. 

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 590

(19/2020)
28 kwietnia 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj