Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > Ekonomia moru. Historyczne...

Ekonomia moru. Historyczne doświadczenia epidemii

Piotr Guzowski

Zagrożenie ze strony niewidzialnego wroga, jakim jest koronawirus, kieruje uwagę na dawne doświadczenia z zarazą. O „powietrznych burmistrzach”, klasowym wymiarze śmierci oraz poepidemicznym rynku pracownika pisze demograf historyczny Piotr Guzowski.

Dziś, w czasach zagrożenia covid-19, ludzie modlą się podobnie jak przed wiekami: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas, Panie”. Nie ma w tym nic zaskakującego. Co prawda, od przejścia epidemiologicznego (a więc wzrostu populacji wynikającego z poprawy warunków żywnościowych i warunków sanitarnych) minęło 100–150 lat, ale nagle znowu poczuliśmy się bezbronni wobec niewidzialnego wroga. Choć dziś zaraza nie wiąże się już tak mocno z wojnami czy głodem, w naturalny sposób uwaga społeczeństw zwraca się ku dawnym doświadczeniom. Z perspektywy demografa historycznego trudno mówić, byśmy mieli dziś do czynienia z kryzysem porównywalnym do średniowiecznych czy wczesnonowożytnych. Przez pryzmat strumienia zgonów w takich krajach jak Polska jest on w zasadzie niezauważalny. Bez wątpienia jednak pozwala szukać w przeszłości analogii nie tylko w kwestii psychicznych następstw trwającego miesiącami zagrożenia, lecz także konsekwencji społecznych czy gospodarczych. Analizy dawnych epidemii nie są co prawda łatwe, z uwagi na problem dostępnych źródeł, jednak szereg studiów szczegółowych pozwala objąć refleksją historyczne reakcje na zarazę i z pewnym dystansem spojrzeć na dzisiejsze problemy, które niesłusznie wydają się nam wyjątkowe.

Wybitni historycy, tacy jak Ferdynand Braudel czy Pierre Chaunu, uważali cykliczne zarazy za najbardziej charakterystyczne z cech biologii populacji przedprzemysłowych, odpowiedzialnych za nadmierną śmiertelność. Mór był więc najstraszniejszym z jeźdźców apokalipsy.

Niewiadome krzywe

W okresie nowożytnym infekcje zakaźne nawiedzały Europę co 6–8 lat, zaś największe z nich, klasyfikowane przez demografów historycznych jako superkryzysy lub katastrofy demograficzne, zdarzały się rzadziej, co 10–15 lat. Nie było jednak pokolenia, które nie doświadczyłoby morowego powietrza. Bardzo wiele problemów sprawia nam zidentyfikowanie przyczyn zgonów, zwłaszcza że opisy źródłowe rażą swoją sztampowością i powielaniem dawnych, uznanych za wzorcowe, schematów literackich. Za archetypiczny można uznać opis zarazy w Atenach w latach 430–426 p.n.e. sporządzony przez jednego z ojców historiografii Tukidydesa, reprodukowany w mniejszym lub większym stopniu przez innych dziejopisarzy starożytnych i średniowiecznych. Nie zawsze więc możemy być pewni, czy mieliśmy do czynienia z dżumą, tyfusem plamistym, ospą naturalną, czerwonką czy odrą (lub innymi chorobami), choć dziś z pomocą przychodzi nam archeologia molekularna i dzięki analizie aDNA, czyli materiału genetycznego pobranego ze szczątków ludzkich sprzed kilkuset lat, potrafimy rozstrzygnąć niektóre historyczne spory o przyczynę epidemii. W zasadzie nie bierzemy też pod uwagę chorób współwystępujących, choć zdarza się historykom odwoływać do koncepcji o jednoczesnym rozprzestrzenianiu się dwóch śmiercionośnych infekcji.

Jeszcze trudniej jest nam szacować skalę strat ludzkich. Demografowie definiują pojawienie się sytuacji kryzysowej, gdy krzywa zgonów gwałtownie rośnie, a wysoka liczba zgonów utrzymuje się co najmniej przez kilka miesięcy w roku, niekiedy przez rok lub dwa, i kiedy ulega podwojeniu czy potrojeniu w stosunku do średnich miesięcznych lub rocznych z okresu przedkryzysowego. Wytropienie takich okoliczności w epoce przedstatystycznej jest praktycznie niemożliwe, gdyż kronikarze prześcigali się w przekazywaniu fantastycznych liczb mających na celu dobitniejsze zobrazowanie ogromu nieszczęść. Dopiero w XVI wieku na zachodzie i południu Europy, a na ziemiach polskich w XVII stuleciu, pojawiły się metryki pogrzebów, a niektóre miasta (na przykład Gdańsk) zaczęły prowadzić urzędową statystykę urodzeń, ślubów i zgonów. W tym kontekście obserwowane przez nas współcześnie kontrowersje wokół sposobu raportowania przyczyn zgonów oraz bardzo dokładnej liczby przypadków tylko momentami wydają się dzieleniem włosa na czworo. Z jednej strony, uzmysławiają one, co prawda, że przepisy biurokratyczne mogą formatować nasz ogląd rzeczywistości nawet w kwestii epidemii – w zależności od kraju możemy bowiem uznać, że przyczyną zgonu było bądź nietypowe zapalenie płuc spowodowane koronawirusem, bądź postępująca choroba nowotworowa, która nie pozwoliła zwalczyć nowego zakaźnego . Z drugiej jednak strony, z podziwem musimy doceniać nasze możliwości diagnostyczne i skuteczność w podtrzymywaniu życia, w porównaniu z warunkami wcześniejszych pokoleń, pozbawionych tak fachowej wiedzy medycznej czy narzędzi prognostycznych i skazanych na naukę radzenia z epidemią poprzez jej doświadczanie. A doświadczanie „czarnej śmierci” mogło w połowie XIV wieku oznaczać zagładę od 50 do 70 procent mieszkańców naszego kontynentu.

Władze, klasy i rynki

Kolejne fale dżumy nie były już tak śmiercionośne, a ludzie nauczyli się na swój sposób radzić z epidemią, tak by zminimalizować straty. Sytuacje nadzwyczajne wymagały nadzwyczajnych działań, które najlepiej mamy rozpoznane w przypadku dużych miast. Na wieść o zbliżającym się zagrożeniu ich władze zwykle zawieszały swoje normalne funkcjonowanie, powołując tymczasowych urzędników, w Polsce zwanych „burmistrzami powietrznymi”. Odpowiadali oni za utrzymanie porządku publicznego, pilnowanie przestrzegania kwarantanny oraz izolacji chorych, a także za uprzątanie setek i tysięcy ciał zmarłych oraz ich pochówek. Obce tym ludziom były obawy, czy ktoś będzie miał problem ze zgodą na ograniczenie prawa do swobodnego poruszania się, czy poczuje się stygmatyzowany, gdy sąsiedzi dowiedzą się o jego chorobie. Największy bohater zadżumionej w pierwszej połowie XVII wieku Warszawy – burmistrz Łukasz Drewno – nie wahał się strzelać do tych, którzy nie przestrzegali izolacji i kazał oznaczać domy zamieszkałe przez zadżumionych. Nie była to postawa wyjątkowa, bezwzględnej skuteczności w działaniu oczekiwali mieszkańcy wszystkich miast zagrożonych epidemią. Oczywiście, choć śmierć dotyka wszystkich, większe szanse na przetrwanie kryzysu zawsze miały elity. Król czy przedstawiciele patrycjatu miejskiego na wieść o zbliżającej się chorobie wyjeżdżali do swoich wiejskich rezydencji. Stosunkowo dobre warunki do pozostawania na dłuższy czas w bezpiecznej izolacji miała również szlachta (i jej służba).

Choć izolacja chorych, nieraz brutalna, włącznie z ryglowaniem drzwi ich domów i zabijaniem okien, była jedynym skutecznym sposobem na ograniczenie rozprzestrzeniania się zarazy, to tak jak dziś, pieniądze i chęć zysku pobudzały przedsiębiorcze jednostki czy całe grupy zawodowe do podejmowania ryzyka. Kiedy Gdańsk w 1709 roku dotknął największy kryzys demograficzny w jego nowożytnej historii, cały czas funkcjonowała giełda w Dworze Artusa, odbywały się targi, a władze zgodziły się nawet na jarmark dominikański. Wydano także tysiące przepustek dla przybywających do miasta kupców żydowskich i aby nie zerwać kontaktów handlowych, wysyłano do innych portów nadbałtyckich listy przekonujące, że w mieście epidemia nie ma charakteru powszechnego.

Bywało wreszcie i tak, że kryzys populacyjny zmieniał diametralnie warunki społeczno-gospodarcze. W przypadku późnego średniowiecza, po czarnej śmierci, w najbardziej rozwiniętych krajach mieliśmy do czynienia ze stopniowym wzrostem płac realnych i standardu życia robotników rolnych i miejskich. Mówiąc dzisiejszym językiem, pojawił się rynek pracownika, a niektóre zawody zdominowane dotąd przez mężczyzn, jak na przykład służba domowa, szeroko otworzyły się na kobiety. W wielu regionach po czasowym zwiększeniu obciążeń chłopskich zdecydowano się na odejście od pańszczyzny, a wiele dziedzin życia objęły procesy monetyzacji i komercjalizacji gospodarki. A więc ci, którzy przeżyli epidemię, mogli funkcjonować w nowych, lepszych warunkach życia.

***

Po każdym kataklizmie demograficznym następowała naturalna odbudowa społeczeństwa. Ludzie zawierali małżeństwa wcześniej, a na świat przychodziło więcej dzieci mających większe szanse dożycia wieku dorosłego. Dowodem sprawności władz, efektywności instytucji i aktywności mieszkańców była nie tylko umiejętność radzenia sobie z epidemią, lecz także tempo odbudowy gospodarki i struktur społecznych. Pod tym względem nic się nie zmieniło i czekają nas wyzwania podobne do tych, z którymi mierzyły się wcześniejsze pokolenia. Mało prawdopodobne jest jednak, że podjęte na niespotykaną skalę działania państw nie pozostawią trwałych śladów w systemie społeczno-ekonomicznym. Nie tylko dla rządzących sytuacja kryzysowa staje szansą na modyfikację zasad porządku społecznego w stopniu trudnym do zaakceptowania w okresie wcześniejszym.

 

Fot. Wikimedia Commons

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 592

(21/2020)
12 maja 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj