Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Sawczuk w poniedziałek]...

[Sawczuk w poniedziałek] Hołownia i Biedroń jak polityczni bracia

Tomasz Sawczuk

Kandydaci na prezydenta muszą prowadzić kampanię, mimo że nie ogłoszono terminu wyborów, a więc formalnie kampanii nie ma. Od 10 maja nerwowość nie maleje, a polska polityka znajduje się w stanie zawieszenia. Jak kandydaci radzą sobie w tej sytuacji?

PiS brnie

10 maja po raz pierwszy w wolnej Polsce wybory nie odbyły się w normalnym trybie – władza nie zorganizowała ich bez żadnego uzasadnienia prawnego. Dwa tygodnie po wyborach sytuacja wciąż jest nerwowa. PiS najpierw zniszczyło normalny proces wyborczy, a teraz ani nie prowadzi dialogu z opozycją, ani nie ogłasza nowego terminu wyborów. Zamiast tego pełnomocnik wyborczy Andrzeja Dudy złożył zawiadomienie do Państwowej Komisji Wyborczej, skarżąc się na to, że konkurenci Dudy wbrew przepisom prowadzą kampanię.

Niektórzy cieszyli się z tego, że Jarosław Gowin uchronił Polskę przed wyborami 10 maja. Nie zmienia to faktu, że po 10 maja sposób działania PiS-u pozostał taki sam. Nawet najbardziej życzliwy władzy obserwator może dziś łatwo dostrzec, że PiS nie daje gwarancji, że wybory zostaną zorganizowane w sposób rzetelny i uczciwy.

Trzaskowski za Kidawę

Politycy Platformy mieli pewien problem z wyjaśnieniem w mediach, dlaczego należało wycofać kandydaturę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Jest to dość niefortunne, ponieważ wydaje się, że wystarczyło powiedzieć prawdę. Po pierwsze, marszałek Kidawa-Błońska była kandydatką na inne warunki. Nie była przygotowana do kandydowania w warunkach epidemii, stąd należało dokonać zmiany – na kandydata, który będzie lepiej radził sobie w tych warunkach. Wyjaśnienie to podważa co prawda pierwotny wybór kandydata przez PO, bo przecież prezydent powinien radzić sobie w warunkach kryzysowych, ale nie ma powodów do wstydu – uzasadnia ono, dlaczego nowy kandydat będzie lepszy.

Po drugie, Kidawa-Błońska zainwestowała bardzo wiele kapitału politycznego w przekonywanie, że wybory będą nielegalne i należy je zbojkotować. Politycy PO mówią, że „zapłaciła za to cenę”, ale nie precyzują, co by to miało znaczyć. W praktyce chodzi o to, że wybory w nowym terminie będą bardzo podobne do poprzednich, a zatem byłoby bardzo trudno wyjaśnić, dlaczego Kidawa chciała bojkotować jedne, ale nie drugie – a nowy kandydat nie ma takiego bagażu.

Wątpliwości związane z kandydaturą Trzaskowskiego są trzy i są ogólnie znane. Po pierwsze, jeśli Trzaskowski wygra, to nie wiadomo, co z Warszawą – do miasta wejdzie komisarz z PiS-u. Po drugie, nie wiadomo, czy Trzaskowski będzie w stanie wygrać – nie uda mu się to, jeśli wejdzie w buty „kandydata elit”. Po trzecie, istnieje wątpliwość, czy mu się chce, które sięga czasów jego kandydowania na prezydenta Warszawy. Na razie wygląda jednak na to, że mu się chce, a wyborcy Platformy dobrze zareagowali na zmianę stanowiska partii. Trzaskowski szybko odrobił część strat i zajmuje drugie miejsce w sondażach. Pozostaje obserwować, co dalej.

Nawet najbardziej życzliwy władzy obserwator może dziś łatwo dostrzec, że PiS nie daje gwarancji, że wybory zostaną zorganizowane w sposób rzetelny i uczciwy.

Tomasz Sawczuk

Kosiniak-Kamysz w wersji radykalnej

W rozmowie, która ukaże się jutro w „Kulturze Liberalnej”, Władysław Kosiniak-Kamysz przekonuje, że jego alians z Pawłem Kukizem to nie jest chwilowa przygoda. Lider ludowców twierdzi, że Kukiz przekonał go do wielu swoich postulatów w wyniku długich rozmów, a poglądy obu panów zyskały w tym procesie istotną zbieżność.

PSL jeszcze w latach 2008–2015 było w koalicji z partią „ciepłej wody w kranie”. Teraz lider ludowców oświadcza wspólnotę poglądów z politykiem, który do niedawna prezentował się jako antysystemowy radykał. Oczywiście, można przypuszczać, że Kukiz od tej pory trochę złagodniał, a transformacja ludowców – jako partii obrotowej – nie jest bardzo głęboka. Trudno jednak nie dostrzec zwrotu w PSL-u, które przyjęło obecnie hasła odwołujące się do ustrojowego radykalizmu, a w niektórych kwestiach przeszło na pozycje skrajnie wolnorynkowe. Tego rodzaju tendencje były w PSL w ostatnich latach albo nieobecne, albo łagodniej artykułowane.

Jeśli wziąć pod uwagę rosnące sondaże kandydata skrajnej prawicy Krzysztofa Bosaka, można by zwrócić uwagę na to, że polska scena polityczna najwyraźniej jeszcze bardziej przesunęła się na prawo. Warto jednak pamiętać, że współczesne przemiany polityczne nie są jednowymiarowe. W rozmowie z „Kulturą Liberalną” Kosiniak-Kamysz opowiada się za edukacją seksualną w szkołach, w przeszłości opowiadał się za referendum w sprawie związków partnerskich.

Czy Hołownia i Biedroń to ten sam kandydat?

Szymon Hołownia – z którym rozmowa jutro na stronach „Kultury Liberalnej” – na pierwszy rzut oka wchodzi w buty Pawła Kukiza z 2015 roku jako showman i kandydat antysystemowy. Nie trzeba jednak długiej refleksji, żeby zauważyć, że Hołownia jest znacznie bardziej podobny do Biedronia niż do Kukiza. Biedroń także ma przecież duszę showmana, a wszyscy trzej politycy oferowali wyborcom nowe otwarcie, z dala od modelu polaryzacji sceny politycznej w wydaniu PO–PiS.

W gruncie rzeczy można powiedzieć, że Hołownia i Biedroń to ten sam kandydat. Wydaje się, że Hołownia miał dobre powody, aby opublikować list do czytelników „Krytyki Politycznej” („List do ludzi lewicy”). Hołownia przejął na polskiej scenie politycznej dotychczasową rolę Roberta Biedronia, aby stać się kandydatem lewicy „na miarę naszych możliwości”.

Obaj kandydaci chcą przełamania duopolu, mówią o wyzwaniach na dekady, zielonej transformacji, są mężczyznami w podobnym wieku, mają doświadczenie w mediach, zachowują się w sposób emocjonalny i bezpośredni, nawołując do stosowania języka godności w miejsce języka pogardy. Ich poglądy na gospodarkę nie są przesadnie różne. Ich retoryka jest może odmienna, ale akceptowalny byłby dla nich podobny zakres możliwych do wprowadzenia rozwiązań. Co prawda Biedroń mówi obecnie językiem bardziej lewicowym niż kilka miesięcy temu, ale najwyraźniej głównie z tego powodu, że wymusza to na nim układ koalicyjny, a nie dlatego, że ma w tej sprawie jakieś głębokie przekonania.

Hołownia przejął na polskiej scenie politycznej dotychczasową rolę Roberta Biedronia, aby stać się kandydatem lewicy „na miarę naszych możliwości”.

Tomasz Sawczuk

Jedyna wymierna różnica między poglądami Hołowni i Biedronia wyraża się w podejściu do aborcji i małżeństw jednopłciowych – ale nie jest to centralny temat tej kampanii, a i w tej sprawie praktyczna różnica między nimi jest niewielka, ponieważ Hołownia mówi, że jest gotów zaakceptować nowe rozwiązania, jeśli w Sejmie pojawi się większość trzech piątych posłów, która postanowi je przegłosować. Nawet słabości Biedronia i Hołowni jako polityków są podobne – obu cechuje pewna doza nonszalancji i filuterii, która rodzi wątpliwość co tego, na ile poważnie traktują swoją rolę jako polityków, obaj byli także w ostatnim czasie przywódcami ruchów, których byli jednocześnie jedynymi filarami. Tyle że w tym miejscu pojawia się jeszcze jedna różnica: Biedroń w ostatnich miesiącach stracił wiarygodność i świeżość, dlatego jest na słabszej pozycji.

Powyższe porównanie może budzić wątpliwości, skoro za Biedroniem stoi Prawdziwa Lewica™, a Hołownia planował kiedyś zostać księdzem i ogólnie mógłby kandydować na prymasa, a nie prezydenta, jak zarzuca Biedroń. Ale są to sprawy interesujące jedynie dla niewielkiej grupy silnie tożsamościowych wyborców i w tej chwili trudno stwierdzić, jakie miałoby być ich praktyczne znaczenie. Mimo okresu ożywienia w okolicach wyborów parlamentarnych, lewica wciąż jest na polskiej scenie politycznej zmarginalizowana i jak na razie nie jest w stanie podjąć kroków, które sprawiłyby, że będzie traktowana jak polityczny mainstream. Tak jak Biedroń nie ciągnie Lewicy w górę, tak środowisko Lewicy nie pomaga przesadnie Biedroniowi. Na tym tle brylować mogą energiczny Hołownia z rosnącym, nawet jeśli efemerycznym, ruchem społecznym, który go wspiera.

Jarosław Gowin zablokował wybory 10 maja – nie zatrzymał PiS-owskiego kursu na państwo autorytarne, ale przynajmniej czegoś dokonał. A prezydent Duda nie był w stanie zablokować nawet Jacka Kurskiego w TVP.

Tomasz Sawczuk

Duda słabszy

Kampania nie pokazała wiele nowego na temat Andrzeja Dudy, ale uwydatniła pewne prawdy. Po pierwsze, Andrzej Duda nie ma nic do powiedzenia, a im dłużej trwa kampania, tym bardziej Duda nie ma nic do powiedzenia. Jedyny argument na rzecz jego prezydentury, który obóz rządzący powtarza do znudzenia, dotyczy tego, że PiS wprowadziło 500 plus, a Andrzej Duda gwarantuje dobrą współpracę z rządem. Więcej debaty nie było, ponieważ nie było normalnej kampanii. Jak na pięć lat pracy, taki przekaz to po prostu bardzo mało.

Do tego w ostatnich dniach w spektakularny sposób ujawniła się marionetkowość Dudy. Jeszcze w marcu prezydent Duda na przedziwnej konferencji prasowej z udziałem premiera Morawieckiego oraz szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego wspólnie ogłaszali, że Duda podpisze ustawę, na mocy której TVP otrzyma 2 miliardy złotych, a w zamian Jacek Kurski odejdzie z funkcji prezesa TVP. Tymczasem Kurski właśnie wraca na swoje stanowisko. Trudno o bardziej jawne upokorzenie Dudy. Jarosław Gowin zablokował wybory 10 maja – nie zatrzymał PiS-owskiego kursu na państwo autorytarne, ale przynajmniej czegoś dokonał. A prezydent Duda nie był w stanie zablokować nawet Jacka Kurskiego w TVP.

W ostatnim czasie Andrzej Duda stracił trochę w sondażach, po okresie zwyżkowania, związanym z narastającym lękiem przed epidemią i kryzysem. W tym kontekście widać prawdziwy powód, ze względu na który Kaczyńskiemu zależało na przeprowadzeniu wyborów w pierwszej fazie kryzysu, niezależnie od kosztów zdrowotnych i prawnych, które mogły się z tym wiązać. Jak na razie nie można jednak jeszcze powiedzieć, że Duda słabnie – wrócił raczej w rejony poparcia, którym mógł cieszyć się przed epidemią. Ze względu na dwubiegunowy charakter polskiej sceny politycznej, wysokie sondaże PiS-u, a także wykorzystywanie przez PiS pieniędzy państwa do celów partyjnych, Duda nie przestał być faworytem do zwycięstwa w wyborach. Jednak jeszcze do niedawna zwycięstwo Dudy wydawało się pewne. Teraz sytuacja nie jest taka sama. Jeśli opozycja skutecznie zmobilizuje wyborców w pierwszej i drugiej turze i w dalszym ciągu będzie przyciskać PiS do muru, to wszystko jest możliwe.

* Edycja: w oryginalnej wersji tekstu widniała informacja, że Władysław Kosiniak-Kamysz mówił o kwestii związków partnerskich w rozmowie z „Kulturą Liberalną”. Wypowiedzi polityka na ten temat zostały zaczerpnięte z innych źródeł. 

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 593

(22/2020)
25 maja 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj