Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Najgorsze wiersze świata...

Najgorsze wiersze świata wcale nie są takie złe. Recenzja filmu w reżyserii Gábora Reisza

Grzegorz Bubak

Kino Gábora Reisza to surrealistyczny komentarz do najnowszej historii Węgier z perspektywy współczesnych trzydziestolatków – wolny od motywu narodowej ofiary.

Ze sporym opóźnieniem w stosunku do węgierskiej premiery, w polskich kinach zostanie pokazany film „Najgorsze wiersze świata” [Rossz versek, 2018] w reżyserii Gábora Reisza. Stwierdzenie „lepiej późno niż wcale” w tym przypadku jest prawdziwe. Film skłania do refleksji nie tylko nad aktualną kondycją kinematografii węgierskiej, lecz także sytuacją pokolenia trzydziestolatków (to pokolenie reżysera) na Węgrzech.

Kinematografia pierwszych filmów

To, co odróżnia kinematografię węgierską od innych, szczególnie europejskich, to ogromna liczba debiutantów, którzy każdego roku próbują zaistnieć w świecie filmowym. Utarło się nawet powiedzenie, że najtrudniej na Węgrzech zrobić drugi film fabularny, bowiem debiut musi być na tyle znaczący, aby znaleźli się chętni na finansowanie kolejnej produkcji. Reiszowi ta sztuka się udała i po czterech latach od premiery debiutanckiego dzieła pokazał publiczności na Węgrzech swój drugi obraz (choć patrząc na długą listę producentów, nie było łatwo dopiąć budżet tego kameralnego filmu). Polscy widzowie powinni kojarzyć reżysera – to właśnie „Sens życia oraz jego brak” [VAN valami furcsa és megmagyarázhatatlan”, 2014] był w Polsce pokazywany w szerokiej dystrybucji i spotkał się z co najmniej dobrym przyjęciem. To ewenement, nowe węgierskie kino rzadko jest pokazywane w polskich kinach, dwa filmy młodego reżysera to już wielkie wydarzenie. Tamás (gra go właśnie Reisz) zmaga się z problemami, które są tożsame dla jego pokolenia. Powrót do Budapesztu po bolesnym zerwaniu z kolejną miłością swojego życia (bardzo łatwo się zakochuje) jest pretekstem do snucia wspomnień i rozważań głównie nad porażkami, które stały się jego udziałem.

„Najgorsze wiersze…” to bardzo osobista opowieść, w której oprócz samej historii istotny jest sposób jej opowiedzenia, gra z konwencjami i przyzwyczajeniami widzów.

Grzegorz Bubak

„Najgorsze wiersze…” to bardzo osobista opowieść, w której oprócz samej historii istotny jest sposób jej opowiedzenia, gra z konwencjami i przyzwyczajeniami widzów. Prowadzenie narracji odbiega znacząco od tradycyjnej, linearnej historii, to poszatkowane obrazy, przebitki, fotografie, które nakładają się na siebie, chronologia nie istnieje. Kadry, które widzimy, to często projekcja myśli Tamása, stąd brak uporządkowania – bohater przeskakuje z jednego wspomnienia do następnego, na przykład wita się ze swoją dziewczyną w Paryżu, a w ułamku sekundy jest już z nią w Budapeszcie. Reżyser żongluje konwencjami, gatunkami filmowymi (sceny z horroru, film noir), obraz miejscami ma formę pamiętnika, bohater zwraca się bezpośrednio do kamery, na ekranie pojawiają się zdania, które zapisuje w swoim notatniku, do tego Reisz stosuje efektowne rozwiązania wizualne (na przykład dzięki filmowemu trickowi Tamás wprost ze swojego łóżka wskakuje do basenu na pływalni).

Materiały prasowe Aurora Films

Kino poza traumą historii

Niekonwencjonalne pomysły stały się w węgierskim filmie już właściwie normą, młodzi twórcy nieustanie szukają oryginalnych rozwiązań. Można odnieść wrażenie, że czują się ograniczeni, skrępowani kinem gatunków, stąd takie filmy jak „Liza, lisia wróżka”, „Po życiu”, „Niebiańska zmiana”, „Towarzysz Drakulicz”, „Lajko – Cygan w kosmosie”. W każdym z przywołanych przykładów mamy do czynienia z odrealnionymi fabułami, wzajemnym przenikaniem świata rzeczywistego i tego całkowicie wymyślonego. Cechą rozpoznawczą tych dzieł jest surrealizm, czarny humor i abstrakcyjne postrzeganie rzeczywistości. Rodzima publiczność reaguje bardzo pozytywnie na ten typ kina, od kilku lat węgierskie filmy skutecznie walczą w box office’ach, głównie z amerykańską konkurencją, wytworzyła się moda chodzenia do kina na węgierskie filmy. „Najgorsze wiersze świata” zostały wybrane najlepszym filmem węgierskim w roku premiery, a później zebrały wiele nagród na zagranicznych festiwalach. To nie są laury dla egzotycznego kina, wręcz przeciwnie. Kino węgierskie – jeszcze do niedawna kojarzono jako hermetyczne, „ciężkie”, pesymistyczne w wymowie i trudne w odbiorze – co pogłębiała bariera językowa. Ulega ono jednak kolosalnym zmianom.

Kinematografię tę charakteryzuje nie tylko zajmowanie się uniwersalną tematyką. Przede wszystkim młodzi oraz reprezentujący średnie pokolenie twórcy skutecznie uporali się z traumą węgierskiej historii (w przytłaczającej większości nie wracają do nieudanych powstań, okresu terroru stalinowskiego, rewolucji ‘56 roku), która definiowała kino węgierskie do końca pierwszej dekady XXI wieku. Motyw wiecznej ofiary, z którą identyfikowany był naród węgierski, jest już w filmach pokolenia Reisza nieobecny. Jedyne ramy czasowe, które tę generację interesują, to te ograniczone własną pamięcią. Wspomnienia ojca wydają się Tamásowi nierealne, abstrakcyjne. Polski widz kojarzy dramaty historyczne Miklósa Jancsó, Zoltána Fábriego czy Márty Mészáros, w których pretekstem do opłakiwania tragicznego losu było niemal każde wydarzenie z przeszłości. Choć wspomnienie o Wielkich Węgrzech jest wciąż żywe i pielęgnowane przez kolejne pokolenia, a poczucie krzywdy spowodowane zapisami traktu pokojowego z Trianon dokładnie sprzed stu lat nie zanika, węgierska publiczność preferuje historie bardziej współczesne, których sama jest uczestnikiem. Podobnie było w przypadku wczesnych filmów Istvána Szabó, który na przykład w „Wieku marzeń” też opowiadał o problemach swojego pokolenia. Trzeba pamiętać, że Jancsi z „Wieku marzeń” i Tamás z „Najgorszych wierszy…” są tak naprawdę reprezentantami generacji reżyserów, która jest bohaterem zbiorowym tych filmów.

Tak jak w pamiętnym filmie Ferenca Töröka „Plac Moskwy”, przełomowe wydarzenia historyczne nie mają żadnego znaczenia dla pokolenia reżysera. Wspomnienie w obrazie Reisza, związane z upadkiem komunizmu, dotyczy jedynie utraty przytomności podczas przemówienia premiera Antalla. Charakterystyczne jest również to, że nie tylko tu Reisz unika odniesień do aktualnej polityki: tak było też w jego debiucie, gdzie tylko między wierszami przemycał aluzje do ówczesnych problemów gospodarczych (przyjaciele wyjeżdżali za granicę w poszukiwaniu pracy). Tak jest też w filmie „Najgorsze wiersze świata” – gdy tylko w dialogach jest mowa o węgierskim wstawaniu z kolan, temat szybko ulega zmianie lub w ogóle głosy rozmówców są wyciszane. Czy brak zainteresowania polityką wynika z faktu, iż jednym z podmiotów wspierających proces produkcji była państwowa fundacja filmowa? Sądzę, że stoi za tym raczej autentyczne zniechęcenie tą tematyką oraz brak zaufania do polityków. Jedyne co mierzi Tamása w otaczającej rzeczywistości, to wszechobecne billboardy, symbol dzikiego kapitalizmu, który na Węgrzech nie przeszedł „ewolucji”, lecz pozostał w pierwotnej formie z początku lat 90. Bohater filmu dziwi się, że można tak zaśmiecać przestrzeń publiczną w historycznym mieście i epatować na każdym kroku kiczowatymi reklamami. Z drugiej strony, podejmuje współpracę z agencją reklamową (na krótko wprawdzie), co budzi jego rozterki wewnętrzne i zwiększa frustrację własną sytuacją.

Materiały prasowe Aurora Films

Surrealizm po węgiersku

Reisz podniósł surrealizm w filmie na wyższy poziom, nawet w stosunku do filmów innych młodych reżyserów. Bohaterka „Lizy, lisiej wróżki” rozmawiała z duchem japońskiego piosenkarza, który mordował jej adoratorów, w „Po życiu” Mózes pomagał duchowi zmarłego ojca opuścić ziemski padół, Tamás natomiast spotyka się z samym sobą z różnych okresów swojego życia (7, 14, 17 lat) i wspomina decyzje, które wpłynęły na jego przyszłość. Głównie dotyczą one sfery uczuciowej, błędów popełnionych w relacjach damsko-męskich, a właściwie dziewczęco-chłopięcych. Wspomina nauczycieli i chciałby wierzyć, że ta relacja działa w obie strony, choć później okazuje się, że w ogóle go nie pamiętają. W kilku sekwencjach wraca do młodzieńczych wierszy, które niestety nie były najlepszej jakości i pozostały na zawsze w szufladzie.

To historia kryzysu wieku średniego czy wczesnośredniego (Tamás ma trzydzieści kilka lat) głównego bohatera, który po miłosnej porażce nie potrafi poskładać sobie życia. Powrót do przeszłości ma bardziej pomóc w ucieczce od teraźniejszości niż w znalezieniu rozwiązań aktualnych problemów. Szczególnie, że część tych wspomnień nie jest prawdziwa, trochę wyblakła, jak fotografie, które Tamás ogląda. Często jest zagubiony, postępuje według węgierskiego powiedzenia: nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej – czyli czeka na kolejne ciosy od losu (również od samego siebie w wieku 7 lat). To ten charakterystyczny dla Węgrów gen pesymizmu, który przekazują z pokolenia na pokolenie, a który niezwykle utrudnia dostrzeganie światła w tunelu. Dlatego też reżyser tak łatwo przechodzi od komedii do dramatu sentymentalnego. Mimo wszystko Reisz potrafi inaczej niż jego wielcy poprzednicy zmusić swojego alter ego do niekonwencjonalnego działania – Tamás nie traci humoru w niektórych sytuacjach, choć bywa to czarny humor (na pogrzebie ukochanej ciotki Vali wywołuje zamieszanie przez to, że, bardziej interesuje się losem mrówki niż przebiegiem ceremonii).

Motyw wiecznej ofiary, z którą identyfikowany był naród węgierski, jest już w filmach pokolenia Reisza nieobecny. Jedyne ramy czasowe, które tę generację interesują, to te ograniczone własną pamięcią.

Grzegorz Bubak

Dwa bratanki

Wspomniałem o elementach uniwersalnych, do których oczywiście zalicza się kwestia bolesnych wspomnień, utraconej miłości, dorastania, ale w filmie Reisza znajdziemy również pewne motywy rozpoznawalne szczególnie przez polskiego widza. W wielu scenach pojawia się na przykład nieśmiertelny autobus ikarus, który przecież jeździł nie tylko po ulicach Budapesztu, a specyficzna interpretacja „Dziewczyny o perłowych włosach” Omegi, jedynej znanej w Polsce węgierskiej piosenki, jest klasą samą w sobie. Z kolei krótki dialog w języku polskim w jednej ze scen pogłębia absurdalność sytuacji i wyobcowanie Tamása z otoczenia.

Materiały prasowe Aurora Films

„Najgorsze wiersze świata” ogląda się dobrze, niemal każdy przecież na jakimś etapie dokonuje rozliczeń, swoistego podsumowania własnych dokonań, które niekoniecznie wypadną pozytywnie, stąd łatwość postawienia się w sytuacji Tamása. Przede wszystkim jednak konwencja zastosowana przez reżysera ułatwia odbiór, niestandardowe rozwiązania wizualne, efekty specjalne pozwalają zachować pewien dystans do scen o poważniejszej wymowie. Dominujące elementy komediowe, ironia, czarny humor dodają obrazowi potrzebnej lekkości – film Reisza po prostu nie przytłacza.

Kino węgierskie ostatnich lat nieprzypadkowo święci spektakularne triumfy, to zasługa twórców wywodzących się z różnych generacji, a ważną rolę odgrywają debiutanci, szczególnie ci z doświadczeniem, na przykład telewizyjnym. Powstają filmy sprawnie łączące nieszablonowe konwencje kina artystycznego z wymogami kina komercyjnego, nastawionego na masowego odbiorcę.

Film Reisza z jednej strony wpisuje się w nurt kina węgierskiego, w którym widoczne jest odejście od przełomowych wydarzeń historycznych na rzecz sięgania do aktualnych zagadnień z wykorzystaniem arsenału filmowych sztuczek – nowatorskich rozwiązań wizualnych. Z drugiej strony, wszechobecny surrealizm nie przeszkadza w opowiadaniu historii, które, choć wymyślone, pozostają w jakimś stopniu odbiciem węgierskiej rzeczywistości – problemów pokolenia samego reżysera.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 608

(38/2020)
1 września 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj