Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Drobne foszki geniusza....

Drobne foszki geniusza. O „Listach do księcia Valentinois” Marcela Prousta

Paweł Majewski

Minoderia, krygowanie się, obłuda i nagminna fabulacja. Tym wypełnione są listy Prousta do zjawiskowego arystokraty. Można w nich jednak zobaczyć człowieka, który rozpaczliwie łaknie cudzej bliskości, ale nie wie, jak ją pozyskać, więc usiłuje to zrobić, krygując się karykaturalnie przed wytęsknionym Innym.

Marcel Proust postrzegany bywa często jako autor jednego, chociaż nader obszernego utworu. Jest to błędne mniemanie, aczkolwiek uzasadnione faktem, że siedem tomów „W poszukiwaniu straconego [względnie «utraconego»] czasu” przyćmiło zdecydowanie jego pozostały dorobek w oczach potomnych. Jednak Proust, zanim skupił się na swoim chef-d’oeuvre, napisał wiele innych tekstów, zarówno fikcjonalnych, jak i eseistycznych oraz publicystycznych. Niektóre są ciekawe tylko jako wstępne studia albo dodatki do „Poszukiwania”, lecz niektóre inne mają także samoistną wartość.

Wydawnictwo Eperons-Ostrogi od kilku lat konsekwentnie publikuje tłumaczenia drobniejszych rzeczy Prousta oraz cząstek jego olbrzymiej korespondencji. Niedawno wydano w ramach tego przedsięwzięcia listy pisarza do jednego z jego licznych arystokratycznych znajomych, księcia de Valentinois. Tomik ten należy zakwalifikować do ciekawostek literackich, a na tle dwudziestu jeden tomów pełnego wydania korespondencji Prousta jego zawartość stanowi kroplę w wartkiej rzece epistolografii. Jednak i z takiego drobiazgu można niejedno wyczytać.

Listów tych jest pięć (słownie: pięć, a właściwie cztery oraz jeden telegram) i zajmują, wraz z przypisami, złożone nieprzeciętnie dużą czcionką i z przestronnymi światłami w typografii, dwadzieścia cztery strony tej książeczki. Pozostałą część (razem jest tu zaś 137 stron, nie licząc nieliczbowanych) wypełniają ilustracje, aneks z podanym dla porównania listem młodego Prousta do hrabiego de Montesquiou i esej interpretacyjny napisany przez jednego z francuskich proustologów, o którego nastawieniu do tematu może świadczyć na przykład to, że list drugi nazywa on „bardzo długim”, chociaż określenie to można przyjąć za dobrą monetę tylko wtedy, kiedy porówna się ten list do dawnych biletów wizytowych albo do pierwszych smsów. Całość, powtórzmy ten sąd, sprawia wrażenie typowego suweniru literackiego sporządzonego jako ekscerpt z akademickich edycji krytycznych, do których normalni ludzie nie zaglądają i przeznaczonego dla (normalnych, oczywiście) proustowych aficionados.

Wypada i warto coś powiedzieć o adresacie tych listów. Pierre Marie Xavier Raphaël Antoine Melchior Grimaldi de Polignac (1895–1964), znany również jako duc de Valentinois, był potomkiem znakomitej francuskiej rodziny szlacheckiej, której korzenie sięgały XI wieku. W 1920 roku – właśnie w czasie, kiedy Proust pisał do niego pomienione listy – ożenił się z wnuczką panującego wówczas księcia Monako, Alberta I, która wprawdzie miała tę wadę, że była dzieckiem nieślubnym i chodziły słuchy, że jej matka była praczką dworską, ale miała również tę zaletę, że przewidywano ją na następczynię tronu niezbyt dużego, niemniej suwerennego państwa. Co prawda ani owa księżniczka, ani książę de Valentinois nie wstąpili na monakijski tron, ale przypadł on ostatecznie w udziale ich synowi, którym był Rainer III Grimaldi (1923–2005), mąż amerykańskiej gwiazdy filmowej Grace Kelly i ojciec księżniczek Karoliny i Stefanii, za młodu celebrytek nieschodzących z pierwszych stron plotkarskich tygodników (to było jeszcze przed socmediami elektronicznymi), oraz Alberta II, obecnego władcy Monako. Książę Pierre de Valentinois wywierał podobno na ludziach wrażenie nadzwyczajnie – nawet jak na osobę szlachetnie urodzoną – wyrafinowanymi manierami i stylem bycia oraz przejawiał spore zainteresowanie sztuką, literaturą i nauką; był też jednak uwikłany w różne podejrzane historyjki obyczajowe, a jego wżenienie się w rodzinę książęcą operetkowej monarchii o powierzchni całych dwóch kilometrów kwadratowych uczyniło go postacią jeszcze bardziej proustowską. Jego fotografie ukazują delikatnego blondyna o regularnych rysach i łagodnym wyrazie twarzy. Trudno się dziwić, że Proust, którego arystokratyczno-estetyczne klimaty kręciły do nieprzytomności, ale był za krótki (prosimy o wybaczenie tych kolokwializmów), żeby móc wejść w prawdziwie najwyższe sfery, zagiął na niego parol.

Kilka zachowanych listów Prousta do zjawiskowego na swoje czasy arystokraty pokazuje w miniaturze te cechy charakteru twórcy „Jana Santeuila”, które czynią go osobistością mało sympatyczną. Głównym celem autora jest podtrzymanie więdnącej znajomości z księciem, a dążąc do jego realizacji, posługuje się on takimi środkami, jak minoderia, krygowanie się, obłuda i nagminna fabulacja, pokrętność i nieszczerość – wszystko w ponadprzeciętnym stężeniu. Wygląda to ze strony Prousta trochę jak złośliwa karykatura sposobu bycia Henry’ego Jamesa. Albo raczej samego siebie.

Istotą sprawy w przypadku relacji Proust–Valentinois jest zagadkowe zerwanie tej znajomości, które intrygowało badaczy i wielbicieli. Jeśli jednak odczytać listy bez przesadnej rewerencji dla ich autora, kwestia nie jest chyba szczególnie tajemnicza. Po pierwsze, Proust uznał, że może przyjąć wobec bez mała ćwierć wieku młodszego od siebie księcia rolę mentora artystycznego i udzielił mu dwóch rad w kwestii działań twórczych. Pierwsza z nich brzmi: „pracuj!”. Druga: „pewne utalentowane istoty same z siebie nie wiedzą, jak wejść w komunikację ze sztuką stanowiącą ich powołanie” [cytaty ze s. 21]. Wygląda na to, że Proust, przekonany już wówczas silnie o własnej epokowej genialności, sądził, iż każde napisane przez niego słowo ma wartość apokaliptyczną, a ten, do kogo jest kierowane, powinien czuć się wybrańcem bogów. Z kolei obdarowany takimi radami książę, który okazjonalnie pisywał chyba jakieś drobiazgi, ale nie myślał poważnie o pracy literackiej czy artystycznej, odebrał te przekazy prawdopodobnie jako nieco nachalne nadskakiwanie ze strony zmanierowanego pisarza o dwuznacznej konduicie (prościej – jako próbę podrywu), a żale nadawcy na zbyt rzadkie widywanie się z adresatem raczej nie polepszyły całej tej sytuacji.

Po drugie, w listach pojawia się kwestia subskrybowania książki. Wychodziła wtedy luksusowa, limitowana i kosztowna edycja „W cieniu zakwitających dziewcząt”, na którą rozpisano subskrypcję, a Proustowi zależało na jej pełnym wykupieniu, naganiał więc swoich znajomych, aby się na nią zapisywali (publikacji nie było w normalnej sprzedaży księgarskiej). Również do młodego księcia skierował taką prośbę i uczynił to w sposób, który można streścić następująco: „nie wypada mi subskrybować własnej książki, więc niech pan ją kupi za mnie, a ja panu zwrócę pieniądze i najlepiej niech pan jeszcze namówi paru zamożnych znajomych, żeby również ją kupili”. Taka propozycja jest, niestety, zwyczajnie niegrzeczna i nie trzeba być arystokratą, żeby poczuć się nią urażonym, nawet, jeśli wychodzi od bardzo wybitnego autora. Te dwie sprawy, a ściślej – metody obrane przez Marcela przy ich załatwianiu – stanowią prawdopodobnie wystarczające wyjaśnienie krótkiego, uprzejmego listu księcia (dołączonego także do edycji), w którym daje on swojemu egzaltowanemu korespondentowi do zrozumienia, że nie jest szczególnie zainteresowany podtrzymywaniem z nim ścisłego kontaktu.

Proust ujawnia się w listach do diuka de Valentinois jako człowiek tak patologicznie ześrodkowany na samym sobie i swoim „ja”, że cały świat dookolny stanowi dla niego mało istotny dodatek do tego jedynego ważnego elementu rzeczywistości. Losu zwykłego narcystycznego buca uniknął tylko dlatego, że jego „ja” zawarło w sobie cały świat w nadzwyczaj kreatywnym melanżu egzystencji i światowości, dla której bycie światowcem stanowiło tylko jedną z faset. Natomiast snucie wyrafinowanych hipotez, domysłów i spekulacji krytycznych na tych paru śladach niezbyt zażyłej znajomości wygląda trochę niepoważnie i jest jednym z dowodów znanej skądinąd od dawna przesady (oględnie mówiąc) Francuzów w pieczołowitości, z jaką traktują oni swoje dziedzictwo literackie.

Ale można przeczytać te listy przychylniej – zbliżając się o parę kroków do pozycji, którą zajął francuski krytyk, pisząc esej, który do nich dołączono. Mianowicie w zawartych w nich zmanierowanych, mizdrzących się, nieszczerych zdaniach można zobaczyć człowieka, który rozpaczliwie łaknie cudzej bliskości, ale nie wie, jak ją pozyskać, więc usiłuje to zrobić, krygując się karykaturalnie przed wytęsknionym Innym. Jest czego współczuć.

 

Książka:

Marcel Proust, „Listy do księcia Valentinois”, przeł. Krzysztof Matuszewski, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2020.

 

* Zdjęcie użyte jako ikona wpisu: Portret Marcela Prousta autorstwa Jacques’a-Émile’a Blanche’a, 1892. Źródło: Wikimedia Commons (domena publiczna).

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 648

(23/2021)
8 czerwca 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj