Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Tekstualizacja marzenia. O...

Tekstualizacja marzenia. O małych prozach Marcela Prousta

Paweł Majewski

Słowo „tekst” oznacza źródłowo „tkaninę”. Joyce tka ją na sposób ściśle zintelektualizowany, Proust – na sposób ściśle emocjonalny (z dobrą wiedzą o wewnętrznej sprzeczności tego określenia). Znaczną część literatury ubiegłego stulecia można usytuować na osi, której skrajne punkty wyznaczyli ci dwaj pisarze.

Znałem pewną damę, która z Luwru wychodziła z zamkniętymi oczami, bo po doskonałych postaciach Rafaela, po lasach Corota, ścierpieć nie mogła brzydoty przechodniów i paryskich ulic. […] Ja wychodząc z Luwru nie opuszczam świata cudów, dalej w nim pozostaję, czy raczej dopiero po tej inicjacji zaczynam dostrzegać blask słońca i cienie na kamieniu, lśniącą wilgoć na bokach konia, szary lub błękitny pasek nieba między domami, przebłysk życia w błyszczących lub matowych źrenicach mijanych ludzi.

Marcel Proust, „Tajemniczy korespondent”, s. 126, przekład Anastazji Dwulit

 

Cytat z młodzieńczego szkicu Marcela Prousta „Dar wróżek”, który po raz pierwszy ukazał się w druku dopiero w 2019 roku, stanowi jeden z kluczy do świata jego wyobraźni, gdzie ani sztuka nie naśladuje życia, ani życie – sztuki, lecz obie te dziedziny współistnieją ze sobą, przenikając się w strumieniu nadwrażliwej, czynnej, twórczej świadomości. Czytając kolejne niewielkie tomy próz Prousta wydawane sukcesywnie przez oficynę Eperons-Ostrogi, można wejść przynajmniej do zewnętrznych warstw tego prawdziwie sztucznego świata.

I tak, „Żale, marzenia błękitu” to zestaw młodzieńczych szkiców, w których obserwacje detali świata zewnętrznego przeplatają się z ćwiczeniami stylu i precyzyjnymi relacjami z bujania w obłokach. Dwudziestoletni autor, trochę jak Cherubin w „Weselu Figara”, bardzo chce kochać już, ale nie wie dokładnie, kogo powinien pokochać, więc kocha wszystkich po trochu, jak gdyby wypróbowując własną zdolność do uczucia. Jednak już na tym wczesnym etapie przejawia się u niego tendencja do traktowania rzeczywistych osób nie tyle jako obiektów własnych emocji, ile raczej jako wstępnych bodźców, pobudzających go do celebrowania tych uczuć wewnątrz samego siebie. Tom o tytule „Tajemniczy korespondent” jest takim samym zestawem, tylko nieco ściślej przylegającym do realnej egzystencji, z nieco wyraźniejszymi rysami uczucia. Warto podkreślić, że polski przekład tego tomu dostaliśmy zaledwie rok po pierwodruku w języku oryginału, ponieważ składające się na niego teksty przez cały XX wiek pozostawały szerzej nieznane.

Wreszcie „Sprawa Lemoine’a” to również ćwiczenie stylu, lecz szczególnego rodzaju – jest to bowiem zbiór pastiszów odtwarzających możliwy sposób opisania tego samego epizodu przez różnych pisarzy; zbiór podobny nieco do „Ćwiczeń stylistycznych” Queneau, lecz o wiele głębiej umocowany w warstwach tradycji literackiej, mieszanych zresztą pod względem chronologii ku tym większej uciesze czytelnika. Pastisze te ukazywały się w „Le Figaro” w 1908 roku, kiedy ich autor znany był jeszcze głównie jako wnikliwy kronikarz życia towarzyskiego paryskich wyższych sfer. Dziś jednak widzimy, mądrzejsi o przeszło sto lat, że pastiszowanie cudzych idiomów literackich nie było dla Prousta zabawą, lecz składnikiem procesu, w którym wyodrębnia on i delimituje własny styl pisania, próbując stylów cudzych, może trochę tak, jak człowiek, który chce przekonać się ostatecznie, że chce nosić właśnie takie ubrania, jakie nosi, przez eksperymentowanie z ubraniami innego rodzaju i upewnianie się, że tamte nie leżą na nim tak dobrze. Skądinąd można tu też docenić, z jakim wyczuciem pisarz sonduje niewyraźną granicę czy raczej prowizoryczną z konieczności linię demarkacyjną, która oddziela żartobliwy pastisz od złośliwej karykatury cudzego sposobu wypowiadania się.

Przy lekturze tych drobnych utworów, nieistotnych w porównaniu z „Poszukiwaniem”, ale interesujących jako przyczynki do niego, widoczna jest konsekwencja twórcza Prousta – oraz jej szczególna istota. Był on bowiem autorem, który od najwcześniejszych juweniliów po ostatnie korekty „Poszukiwania” konsekwentnie uprawiał niekonsekwencję w konstrukcji literackiego obrazu świata. Nie składał swojego dzieła w całość – rozumianą jako zamknięta struktura intelektualna lub estetyczna przeznaczona do prezentacji w swej skończonej formie – lecz montował je z miliona drobnych elementów w taki sposób, by pozostawić czytelnikowi zadanie zobaczenia w nich pełnego obrazu. Ta cecha jest właściwa dla literatury modernistycznej. Teoretycy literatury mówią o niej czasem jako o przejściu od kryterium epistemologicznego do ontologicznego w dziele literackim – co znaczy, że odbiorca takiego dzieła musi o własnych siłach skonstruować przedstawiony w nim świat, zanim zacznie go poznawać i rozumieć, podczas gdy w dziełach literatury dziewiętnastowiecznej ten świat był mu na ogół jasno wykładany i pozostawało tylko śledzić fabuły. Kiedy jednak zestawi się pod tym względem Prousta choćby z Joyce’em, łatwo dostrzec, jak odmienne były metody obu tych gigantów modernizmu. Obaj układali puzzle niemożliwe do pełnego ułożenia (ten gest przeniósł potem do tworzywa fabularnego Perec w „Życiu instrukcji obsługi”, niejako podsumowując i domykając całą sprawę), lecz układali je na bardzo odmiennych poziomach gry z tekstem i z czytelnikiem. Joyce operował bowiem – ujmując rzecz w morderczym felietonowym skrócie – na poziomie semantyki i składni oraz metafikcjonalnej tradycji literackiej, którą wbudowywał w tkankę własnego tekstu w taki sposób, że niewtajemniczony czytelnik może jej w ogóle nie zauważyć. Natomiast Proust pracował nie na atomach znaczenia, lecz na atomach afektu. To afekty – przelotne wrażenia, których większość ludzi nawet nie rejestruje w ujęzykowionym strumieniu świadomości, drobniutkie ślady pamięci, jakieś zapomniane i odpomniane wrażenia sprzed ćwierci wieku, pół-gesty i pół-sygnały w grach towarzysko-uczuciowych, o których nie wiadomo nawet, czy na pewno zaistniały – są dla Prousta materiałem, z którego kształtuje on swój tekst. Słowo „tekst” oznacza źródłowo „tkaninę”. Joyce tka ją na sposób ściśle zintelektualizowany, Proust – na sposób ściśle emocjonalny (z dobrą wiedzą o wewnętrznej sprzeczności tego określenia). Znaczną część literatury ubiegłego stulecia można usytuować na osi, której skrajne punkty wyznaczyli ci dwaj pisarze.

Proust wcielił w życie (lub raczej w tekst – ale jemu akurat nie czyniło to większej różnicy) maksymę Mallarmego – „wszystko na świecie istnieje po to, aby skończyć się książką”. A właściwie nie tylko wcielił i wtekścił, ale nawet wzmocnił jej wydźwięk. Bo dla niego wszystko na świecie było jedynie pretekstem do zaistnienia książki, kilku książek, siedmiu książek.

Na koniec dwie drobne uwagi. Pierwsza do noty biograficznej widniejącej na skrzydełkach okładek dwóch ze wspomnianych tutaj tomów. Napisano w niej o autorze: „Pomimo złego stanu zdrowia w latach 1882–1889 służył w armii”. Gdyby uznać tę informację bezkrytycznie, wypadłoby przyjąć, że Marcel poszedł do woja, mając jedenaście lat i słabe zdrowie, po czym spędził w kamaszach całe siedem lat, co czyniłoby z niego wyjątkowo doprawdy nakręconego małego militarystę. W rzeczywistości w roku 1882 rozpoczął naukę w Lycée Condorcet, a w armii odbył służbę w okresie 1889–1890. Przy redagowaniu tej noty coś musiało z niej wypaść i tak już pozostało.

Druga uwaga dotyczy wzmianki uczynionej przez Tłumaczkę „Sprawy Lemoine’a” w świetnie napisanym wstępie do tego przekładu, wzmianki mówiącej, że sprawa Dreyfusa nastąpiła w sto lat po śmierci Micheleta. Faktycznie nastąpiła ona w sto lat po jego narodzinach – jeśli za jej kulminację przyjąć opublikowanie przez Zolę listu do prezydenta Republiki. Tego typu omyłki rachunkowej nie ustrzegł się jednak również Umberto Eco, który w jednym ze swoich felietonów napisał, że cesarz August żył 49 lat (lata 63–14), zapominając, że data urodzenia antycznego władcy przypada na okres przed naszą erą, a zgonu – już na naszą erę, należy je zatem zsumować, a nie odjąć drugą od pierwszej. A, i jeszcze trzeci drobiazg: „Martiala” ze strony 47 „Sprawy Lemoine’a” (w pastiszu z Saint-Beuve’a) można by jednak przeistoczyć w Marcjalisa, bo to chyba tego rzymskiego epigramatyka miał na myśli wymyślony przez Prousta Saint-Beuve – szczęście czytelnicze byłoby wówczas jeszcze pełniejsze.

 

Książki:

Marcel Proust, „Żale, marzenia błękitu”, tłumaczenie i wstęp Anna Zofia Jaksender, redakcja Anastazja Dwulit, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2019; „Tajemniczy korespondent i inne teksty”, przełożyła i wstępem opatrzyła Anastazja Dwulit, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2020; „Sprawa Lemoine’a. Pastisze”, tłumaczenie i wstęp Anastazja Dwulit, redakcja Piotr Skalski, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2020.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 651

(26/2021)
29 czerwca 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj