Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Czyżby czar minionych...

Czyżby czar minionych lat? O prozie Tadeusza Konwickiego

Paweł Majewski

Mówiło się kiedyś, że niektórzy pisarze trafiają po śmierci do „literackiego czyśćca”. Ich utwory przestają być czytane, ale tylko na jakiś czas. Ostatnio w takim czyśćcu przebywał odkrywany na nowo Jarosław Iwaszkiewicz. Czy taki los czeka też prozę Konwickiego?

Poprzedni tekst niżej podpisanego dotyczył powieści Sebalda. Ten ma dotyczyć powieści Tadeusza Konwickiego. Czytanie Konwickiego po Sebaldzie przypomina trochę pociąganie bimbru z gwinta po spożyciu omletu z truflami. Ale nie takie kombinacje lekturowe mają za sobą publicyści „Kultury Liberalnej”, więc przejdźmy nad tym do porządku.

W pierwszej serii Biblioteki Narodowej wydano niedawno dwie późne powieści Konwickiego, „Kompleks polski” i „Małą Apokalipsę”, wprowadzając tym samym autora do panteonu literatury polskiej stanowionego przez tę serię. Można więc przy okazji rzucić kilka uwag na jego temat, a zwłaszcza na temat jego aktualnej sytuacji w tej literaturze.

Mówiło się kiedyś, że niektórzy pisarze trafiają po śmierci do „literackiego czyśćca”, rozumiejąc przez to, że ich utwory przestają być czytane, ale tylko na jakiś czas. W ostatniej dekadzie XX wieku w takim czyśćcu przebywał na przykład Jarosław Iwaszkiewicz, dopóki nie odkryto go na nowo jako twórcę, powiedzmy, queerowego – i nie zaczęto wyczytywać z jego dzieł treści, które za życia autora „Brzeziny” były traktowane przez krytykę omownie, i to jeśli w ogóle je zauważano. Szkoda, że Stary nie dożył tego renesansu. W czyśćcu przebywa wciąż Jerzy Andrzejewski, którego można by dziś czytać podobnie jak Iwaszkiewicza, lecz z czasem ujawnia się coraz silniej jego podrzędność artystyczna wobec starszego o dziesięć lat kolegi – w tym sensie, że o ile Iwaszkiewicz dysponował własnym głosem i miał wyraziście ukształtowany indywidualny styl wypowiedzi artystycznej, o tyle twórczość Andrzejewskiego nawet w najlepszych swoich odsłonach polegała głównie na umiejętnym i bystrym – ale zbyt łatwo dostrzegalnym – kopiowaniu cudzych pomysłów i chwytów. Trudno dziś powiedzieć, czy Andrzejewski jeszcze się odrodzi czytelniczo i to zastrzeżenie dotyczy sporej grupy twórców literatury polskiej piszących w czterdziestopięcioletnim okresie trwania PRL.

Przypadek Konwickiego jest pod pewnymi względami podobny – ten pisarz również uległ postępującemu zapomnieniu po śmierci, a właściwie nawet jeszcze na długo przed śmiercią, jako że od końca lat osiemdziesiątych krytyka przyjmowała jego nowe publikacje chłodno, a sam Konwicki wyraźnie tracił siły twórcze. W plejadzie pisarzy peerelowskich wyróżniał się on natomiast przez szczególnie silne i jawne skupienie na własnej biografii, której meandry dawały mu sposobność do rozważań o losach Polski i Polaków. Za młodu żołnierz Armii Krajowej, potem przez pewien czas ideowy komunista, następnie sceptyczny, nieco wycofany opozycjonista, a wreszcie twórca dość zagubiony w nowej rzeczywistości – Konwicki przeszedł przez większość etapów szlaku, przez który Historia gnała polską inteligencję drugiej połowy XX wieku. Należał przy tym do intelektualistów stale wątpiących – w każdym razie po epizodzie zawierzenia Polsce Ludowej w latach pięćdziesiątych. Podzielał w ten sposób postawę wielu swoich pobratymców w rozumie, od Leszka Kołakowskiego po Emila Ciorana, którzy po przejściu podobnego epizodu (acz wobec krańcowo odmiennych ideologii) przez całą resztę życia jak ognia unikali jednoznacznego opowiedzenia się po którejkolwiek stronie debat i sporów toczonych w naszej cywilizacji, odnajdując zawsze „pro i contra” każdego problemu, jak Kołakowski, albo wylewając na świat i ludzi potoki żrącej ironii i sceptycyzmu, jak Cioran.

Rozważając w swoich powieściach kolejne epizody polskich walk niepodległościowych, Konwicki wciąż pytał o ich sens. „Czy warto było?”. „Po co to było?” – takie pytania powracają u niego raz po raz. W powstańczych zrywach nie dostrzegał ani wzniosłego tragizmu, ani wspaniałej przygody, lecz głównie odrażające nagromadzenie cierpienia i przemocy. Żyjąc w Polsce Ludowej i rozczarowując się coraz mocniej do jej rzeczywistości, odwoływał się do chwytów artystycznych zarówno sięgających do tradycji narodowej (co jest szczególnie dobrze widoczne w niektórych współtworzonych przez niego filmach), jak i do unieważniania negatywnych stron własnej sytuacji poprzez ironiczne uwznioślanie upodlonej peerelowskiej inteligencji oraz nie mniej ironiczne upadlanie samouwznioślającej się tejże inteligencji.

Był zarazem Konwicki (dla znajomych Konwa) – jak wie każdy, kto choć trochę zna realia życia literackiego stolicy Polski w ostatnich dekadach poprzedniego ustroju – prawdziwym bratem łatą dla wielu osobników, których nie wpuszczono by dziś na wręczenie Nagrody Nike, zdecydowanie niewylewającym za kołnierz bywalcem lokali o podejrzanej konduicie, człowiekiem pozornie bezpretensjonalnym i skromnym, lecz przy bliższym oglądzie jego twórczości skupionym na samym sobie w stopniu ponadprzeciętnym nawet jak na jednostkę twórczą. Zarówno w „Kompleksie polskim”, jak i w „Małej Apokalipsie” pierwszoosobowy narrator nazywa się Tadeusz Konwicki, jest znanym pisarzem, mieszka w warszawskim Śródmieściu przy ulicy Górskiego, zaś wszelkie wydarzenia fabularne tych powieści kręcą się wokół niego. I wiemy oczywiście, że każda studentka polonistyki wie, że to nic nie znaczy, bo persona literacka nigdy nie jest tożsama z autorem, więc nawet, kiedy manifestacyjnie zaznacza taką tożsamość, utożsamienie jej z autorem przez czytelnika jest karygodną naiwnością ze strony tego ostatniego. Jednakowoż gombrowiczopodobne ogrywanie tego chwytu przez Konwickiego może się wydać przesadne, zwłaszcza w tych partiach jego utworów, w których dość wyraźnie, choć nie wprost, wpisuje on własne doświadczenie osobisto-historyczne w tradycję dziewiętnastowiecznej polskiej walki narodowowyzwoleńczej.

Ale ten sposób pisania miał przez długi czas wielkie uznanie i wzięcie. Powieści Konwickiego nie były tak oderwane od codziennego życia Polaków jak wysmakowane opowiadania Iwaszkiewicza ani tak przeładowane koturnowymi sztafażami literackimi jak utwory Andrzejewskiego. Problemy polskich dziejów nie były w nich analizowane z intelektualnym dystansem Jasienicy, nie mówiąc o zupełnie nieprzystępnej dla większości ludzi prozie Parnickiego. Odnajdując się jakże łatwo w opisach małej codzienności warszawskich ulic (podawanych też bez osobliwości stylistycznych à la Białoszewski), czytelnicy mogli równie łatwo pogodzić się zarówno z nienachalnym może, lecz ustawicznym suflowaniem im osoby autora, jak i z jego nieokreślonym stosunkiem do „sprawy polskiej”. W tej nieokreśloności kryła się do pewnego momentu siła Konwickiego. Dopiero po transformacji ustrojowej, kiedy rozważania o przeznaczeniu AK-owców lub nieuniknioności losu Romualda Traugutta ustąpić musiały dość gwałtownie problemom związanym z hiperinflacją i bezrobociem strukturalnym, jego gwiazda zbladła. A potem nie miała jakoś okazji, aby znów zalśnić pełnym blaskiem.

Na pytanie, dla kogo dziś mogą być interesujące obrachunki Tadeusza Konwickiego z samym sobą oraz z dziejami jego kraju i narodu, niełatwo jest odpowiedzieć. Odczytując go teraz na nowo, można odnieść wrażenie, że jego pisarstwo postarzało się zaskakująco szybko, że było dopasowane tylko do czasów, w których powstawało. Warszawa Konwickiego jest dla dzisiejszych dwudziesto- czy nawet trzydziestolatków równie egzotyczna, jak Warszawa Prusa. Wnikliwe rozliczenia historyczne i ideowe, w których pisarz ten nie gloryfikował żadnej ze stron sporów, nie wyglądają atrakcyjnie dla obecnych urzędowych dawców narracji, kochających jednoznaczną dwubiegunowość. Może jednak fakt, że w tak szybkim tempie stał się pisarzem dawnej epoki, za jakiś czas odnowi go dla publiczności na prawach znanych w kulturze popularnej jako oldskul.

 

Książka:

Tadeusz Konwicki, „Kompleks polski”, „Mała Apokalipsa”, wstęp i opracowanie Przemysław Kaniecki, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2021, seria Biblioteka Narodowa (BN I 336).

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 664

(39/2021)
28 września 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj