close
 
close
Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Czytając > W gruncie rzeczy...

W gruncie rzeczy każdy cierpi podobnie. O książce „Ruth i Pen” Emilie Pine

Sylwia Góra

Pierwsza wydana w Polsce książka Emilie Pine, zbiór esejów „O tym się nie mówi”, wyróżniała się na tle innych tekstów wpisujących się w nurt popularnego autobiografizmu. Osobista opowieść o kolejnych próbach zajścia w ciążę i poronieniach oraz życiu jako córka alkoholika, była naprawdę przejmująca. Tym razem Pine debiutuje jako powieściopisarka i znów dotyka trudnych intymnych spraw, z którymi mierzą się tytułowe bohaterki.

Nowa książka Pine jest w pewien sposób rozwinięciem jednego z tematów, które pojawiły się w „O tym się nie mówi”, gdzie autorka pisała o bezpłodności i wielokrotnych, rozpaczliwych próbach zajścia w ciążę. Tytułowa Ruth pragnie bowiem stworzyć rodzinę, o jakiej od dawna z mężem marzą, i jest przekonana, że nie ma innej drogi, bo byłaby to droga „na skróty”. Dla mnie, jako czytelniczki, ta historia by wystarczyła. Jednak, jak wskazuje tytuł książki, bohaterki są dwie. Jest jeszcze Pen – szesnastolatka w spektrum autyzmu, która przeżywa właśnie swoją pierwszą miłość. Obiektem jej fascynacji jest Alice – jak początkowo myślimy, zupełne przeciwieństwo Pen.

Jeden dzień

Udanym zabiegiem Pine jest przedstawienie życia bohaterek na przestrzeni jednego dnia, który zaczyna się o 6.19, a kończy o 1.15. Obie przemierzają ulice Dublina jak co dzień, ale dzięki temu jak w soczewce widzimy, że nasze wielkie życiowe dramaty i radości to suma takich właśnie dni. Od razu zdradzę też (co w żaden sposób nie zepsuje lektury), że bohaterek nic nie łączy, nie znają się, choć podczas tych wędrówek wpadną na siebie dwa razy. 

Ruth poznajemy w pracy. Jest terapeutką, która świetnie radzi sobie z rozwiązywaniem dylematów swoich pacjentów, ale tym razem jest zirytowana. Nie zostaniemy zaskoczone i zaskoczeni, że sprawdzi się tu ludowe porzekadło „lekarzu, ulecz się sam” czy „szewc bez butów chodzi”. Ruth nie radzi sobie ze swoimi emocjami nie tylko w stosunku do własnej osoby, ale również w relacjach z mężem – Aidanem. Para od dłuższego czasu stara się o dziecko. Są już po kilku nieudanych zapłodnieniach in vitro i ich małżeństwo wisi na włosku. 

Pen jest nastolatką, która przeżywa typowe dla swojego wieku sprawy – chce być częścią grupy, poszukuje akceptacji, przyjaźni, miłości. Ma gorzej niż rówieśnicy, bo się wyróżnia – jest dziewczyną w spektrum. Na polskim podwórku literackim nie jest to temat zbyt popularny (u nas mówi się przede wszystkim o chłopcach w spektrum, choć powoli się to zmienia), więc na pewno jest to wartość dodana dla polskich czytelniczki i czytelnika.

Dla Pen to ma być wyjątkowy dzień, wszystko dokładnie zaplanowała. Najpierw pójdą z Alice na demonstrację organizowaną przez Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, a potem z okazji urodzin przyjaciółki zamierza ją zabrać na koncert i wyznać, co tak naprawdę do niej czuje. Oczywiście możemy się domyślać, jak dalece niekomfortowe są dla Pen wszelkie demonstracje, które wiążą się z hałasem i tłumem. Ale czego nie robi się dla swojej pierwszej wielkiej miłości.

I tutaj mamy zgrzyt. Spotkanie na demonstracji, a potem w pubie i dyskusja o klimacie jest dla mnie niestety zupełnie niepotrzebnym i szalenie dydaktycznym fragmentem. Temat, owszem, ważny i faktycznie pewnie obecny w codziennym życiu dzisiejszych nastolatków, ale w tej opowieści wygląda na „doklejony”. Bo „Ruth i Pen” to tak naprawdę powieść o poszukiwaniu swojego miejsca w większej całości i odkrywaniu potrzeby bycia nie dla innych, ale dla siebie samej.

Samotność i trudność porozumienia

Mamy zatem neuroróżnorodność, jest niepłodność i in vitro oraz zmiany klimatyczne, będzie też wątek aseksualności. A do tego, oprócz dwóch tytułowych bohaterek, równie ciekawi bohaterzy i bohaterki drugoplanowe – Claire (matka Pen), Aidan (mąż Ruth), Alice (przyjaciółka/ukochana Pen). Chciałabym dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Zwłaszcza o Aidanie, który wydaje się pragnąć dziecka mocniej i bardziej rozpaczliwie niż jego żona Ruth – tak, jakby miało ono zapełnić jakąś ogromną pustkę, która istnieje nie tyle w ich małżeństwie (które zdaje się naprawdę udane), ile w nim samym. Jakby jego życie zależało od tego, czy uda się jemu i jego żonie powołać nową istotę na ten świat.

Zresztą to właśnie opis samotności dwojga ludzi, którzy bez wątpienia się kochają, ale zamykają się w swoim cierpieniu, jest dla mnie najbardziej przejmujący. Oboje milczą, wyobrażają sobie, co myśli to drugie, dopowiadają, ale nie rozmawiają. Nie zadają pytań. A jeśli już pytają, wcale nie chcą znać odpowiedzi. Kiedy zaczynają już rozmowę, ich słowa mijają się, nigdy nie znajdują się we właściwym miejscu i czasie.

Chciałabym usłyszeć myśli Aidana, który przy kolejnej nieudanej próbie towarzyszy żonie w najgorszych chwilach i to on trzyma w dłoniach martwy płód, a potem decyduje, co zrobić dalej, bo Ruth nie jest w stanie. Dlaczego to on nie chce zrezygnować z kolejnych prób zapłodnienia in vitro, dlaczego tak kurczowo trzyma się wizji szczęśliwej rodziny, która może taka być, tylko jeśli jest w niej potomstwo. Książka zyskałaby naprawdę wiele, gdyby Pine zdecydowała się skoncentrować na tym właśnie wątku. Na jednej opowieści, bo jest ona wystarczająco zajmującą, trudna, ważna i unikalna.

Uciekać czy zostać

Obie bohaterki, choć się nie znają, mają jednak coś wspólnego. Muszą sobie odpowiedzieć na ważne pytanie: Co teraz? Uciekać czy zostać? Zaryzykować czy lepiej pozostać w tym, co znane i bezpieczne? Ta powieść traktuje bowiem tak naprawdę o miłości, smutku, rozczarowaniach, rozpaczy na różnych etapach życia kobiety. Młodej, która, nie będąc neurotypową, miała już okazję poznać smak odrzucenia, kpiących komentarzy, wytykania palcami, sytuacji, w których usłyszała „przecież to tylko takie żarty”, i nieco bardziej dojrzałej, która sama narzuciła sobie pewne wymagania, a jednocześnie pragnie tego, co najbardziej podstawowe w oczach społeczeństwa – zostać matką. Czasami zastanawiałam się wraz z Aidanem, czy Ruth na pewno marzy o dziecku, czy tylko jej się wydaje, że bez niego nie będzie szczęśliwa.

„Ruth i Pen” to także opowieść o nas samych w relacji z innymi osobami. Tymi najbliższymi – rodziną, przyjaciółmi, znajomymi, ale też wszystkimi innymi ludźmi, których spotykamy na swojej drodze. A także o nieustających próbach porozumienia na poziomie słów i na poziomie emocji oraz o tym, jak często to porozumienie nie jest możliwe. I to niekoniecznie dlatego, że go nie chcemy, ale dlatego, że tak bardzo skupiliśmy się na własnych potrzebach, cierpieniach i żalach, że po prostu nie mamy już w sobie miejsca na cudze. Pine jednak mimo wszystko pozostawia nas z nadzieją, że nie ma „zawsze i nigdy”. Jest „pomiędzy”, w którym możemy znaleźć dla siebie całkiem wygodne, bezpieczne miejsce.

 

Książka: 

Emilie Pine, „Ruth i Pen”, przeł. Olga Dziedzic, Wydawnictwo Cyranka, Warszawa 2023.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 738

(9/2023)
28 lutego 2023

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj