0000398695
close
W walce o demokrację nie robimy sobie przerw! Przekaż 1,5% na Fundację Kultura Liberalna WSPIERAM
close
Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

PRZEKAŻ
1,5%
PODATKU
close

W walce o demokrację

nie robimy sobie przerw!

Przekaż 1,5% na Fundację
Kultura Liberalna

Przekaż 1,5%
na Fundację Kultura Liberalna
forward
close

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Rozum i drobnomieszczanie....

Rozum i drobnomieszczanie. Wokół filmu „Strefa interesów” w reżyserii Jonathana Glazera

Wojciech Engelking

W starciu dwóch paradygmatów myślenia o III Rzeszy i Zagładzie – tego Jonathana Littella i tego Hannah Arendt – „Strefa interesów” staje po stronie drugiego. Co więcej: radykalizuje go.

W „Łaskawych” Jonathana Littella jest taka scena: oto w 1943 roku w berlińskim mieszkaniu Adolfa Eichmanna odbywa się towarzyska kolacja. Po posiłku, przy winie, gospodarz zagaduje narratora powieści, doktora prawa oraz pasjonata filozofii i literatury Maxa Auego, na temat „Krytyki praktycznego rozumu”. Czy byłby mu w stanie wyjaśnić imperatyw kategoryczny i – to sugestia, która pojawia się wpierw nieśmiało – to, jak zgodny jest on z robotą, którą na rzecz III Rzeszy obydwaj, acz w różny sposób, wykonują? Aue prezentuje Eichmannowi uproszczoną wykładnię prawa völkisch, dającą się podsumować tytułem tekstu Carla Schmitta z 1934 roku „Der Führer schützt das Recht” (jego komentarza do wystąpienia Hitlera w Reichstagu po Nocy Długich Noży) bądź specyficzną wersją imperatywu Kanta, którą w 1942 roku sformułował Hans Frank: postępuj tak, by Hitler był z ciebie dumny.

Czytelnikom „Eichmanna w Jerozolimie” prędko przypomni owa scena początek VIII rozdziału tej książki, gdy na procesie w Izraelu nazistowski zbrodniarz bezbłędnie cytuje maksymę filozofa z Królewca. Co jest w odsyłającym do tego zdarzenia fragmencie z „Łaskawych” istotne, to zestawienie Eichmanna z Auem, intelektualistą, i stwierdzenie, że są oni w dostępie do praktycznego rozumu równi. Dokonując tego zestawienia, Littell zabiera głos w sprawie, która zaczęła intrygować dyskurs krótko po upadku III Rzeszy („Hitler’s Professors” Maxa Weinreicha opublikowano już w 1946 roku): jak to możliwe, że w ustroju tym brali udział intelektualiści? Jak to możliwe, że – pisze w „The Nazi Conscience” Claudia Koonz – „mianowani profesorowie niemieckich uniwersytetów ochoczo przywitali dyktaturę człowieka, którego wyrzucono ze szkoły nim ją skończył”? 

Zdziwienie – zdziwieniem. Jest z nim jednak pewien problem. W pytaniu o ich udział sformułowanym tak, jak sformułowała je Koonz, zawarte jest bowiem przeświadczenie, iż mianowani profesorowie mają z praktycznym rozumem lepsze połączenie, niż ci, którzy nie dzierżą tego tytułu; że o jakości naszego imperatywu kategorycznego decyduje zanurzenie w kulturze. Littell w przywoływanej scenie takie podejście zbija, stwierdza – dostęp do moralności jest demokratyczny, ma go biskup i złodziej, doktor prawa Aue i Eichmann legitymujący się wykształceniem średnim. W tym sensie wspomniany fragment z „Łaskawych” stanowi polemikę z Arendt i z sokratejską z ducha tezą o banalności zła – manifestującą się w przekonaniu, że podsądny z Jerozolimy nie umiał odróżniać go od dobra, a nie umiał tego czynić ze względu na swoją bezmyślność.

„Strefa interesów”, film Jonathana Glazera noszący ten sam tytuł co powieść Martina Amisa z 2014 roku (czemu nie piszę, że film na podstawie tejże – o tym niżej), w sporze Littella z Arendt staje po stronie i autorki „Korzeni totalitaryzmu” i badaczy zdziwionych intelektualistami przywdziewającymi brunatne koszule. O ile bowiem po tych ostatnich w istocie trudno było się tego spodziewać, po pewnej warstwie społecznej – tak interpretuję elitarystyczne przesłanie filmu Glazera – nie. Warstwą ową jest drobnomieszczaństwo.

Film Glazera może nieść takie przesłanie, ponieważ, po pierwsze, jego bohaterem jest nie Eichmann, lecz Rudolf Höss, komendant (do 1943 roku, gdy „Strefa…” się kończy; potem do Auschwitz wrócił w 1944 roku na stanowisko szefa miejscowego garnizonu SS) obozu Auschwitz-Birkenau, po drugie zaś – to zdanie wpierw zabrzmi jak tautologia – ponieważ się go ogląda. Co przydarza się Hössowi, nie jest widzowi opowiedziane, lecz pokazane.

A właściwie: jest mu pokazana połowa, może nawet mniej, tego, jak się komendantowi wiedzie, „Strefa…” ogranicza się bowiem do Hössa życia domowego. Podstawowy pomysł na ów film w rozmaitych omówieniach wyłuszczano już setki razy, jednak powtórzę: w lwiej jego części nie jest widzowi pokazany Höss w kurtce od munduru bądź marynarce, lecz gdy je już zdejmie, podwinie rękawy koszuli, zasiądzie do kolacji z rodziną, wybierze się na spacer z żoną albo nad rzekę z dziećmi. Główną lokacja „Strefy…” to willa Hössa, otoczona pięknym ogrodem, granice którego wyznacza mur lagru, domostwo bowiem do niego przylega. Życie domowe jako takie zaś, przeżywane z dnia na dzień – a tak właśnie przeżywane jest w „Strefie…”, której twórcy stwierdzili raz, że obrazem chcieli w filmie stworzyć wrażenie „«Big Brothera» w domu nazistów” – nie ma, jak wiadomo, sensu. Jest zbieraniną w dużej mierze fizjologicznych czynności – jedzenia, spania, wydalania – którym czasem towarzyszą atrakcje społeczne (wizyta kolegów, przyjazd krewnych z dalekich stron), jednak znaczenie musi, by nie czuć się całkowicie bezwolnym, nadać im przeżywający; odpowiedzieć samemu sobie i tym, z którymi dzieli domowy los, po co mu cała ta bieganina. Odpowiedź, jakiej udziela Höss – właściwie: małżeństwo Hössów – brzmi: gdyż taka forma życia, jaką żyją, jest najwygodniejszą oraz najlepszą formą życia ze wszystkich możliwych.

Dobrze pokazuje to scena, w której państwo komendantostwo rozmawiają o zapowiedzi odwołania Rudolfa z funkcji komendanta, Frau stwierdza zaś: przecież tak ciężko pracowaliśmy, aby się tu znaleźć; przecież to idealne miejsce do życia; przecież ten dom, w którym mieszkamy, i ogród, który go otacza (na jego pielęgnacji na ogół upływają komendantowej dni) – one są wspaniałe. Jest nam tu, rzecze Frau, po prostu świetnie. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego życia – wymarzyłam sobie właśnie takie. Ja tu zostaję.

Teraz o tym, czemu to sposób przyswojenia dzieła Glazera, czyli oglądanie, umożliwia mu elitarystyczne przesłanie. Dzięki temu, że widz musi obcować z cielesnymi Hössem i Hössową, a nie swoimi, dekodowanymi z liter wyobrażeniami o nich (jak jest to w „Strefie interesów” Amisa – gdy odbiorca czyta o tamtej wersji komendanta, stara się go jakoś uszlachetnić), dostrzega, z kim obcuje. Odbywa się to na najbardziej banalnym poziomie przyjęcia filmu, w ramach którego – to szczególnie uderza – mąż i żona nie mają twarzy, lecz prymitywne mordy. Höss, świetnie zagrany przez Christiana Friedela, przywodzi na myśl trzydziestoletniego, agresywnego „byczka” (sam Friedel jest po czterdziestce, w wieku, w którym był prawdziwy Höss, gdy był komendantem Auschwitz, lecz wygląda od niego młodziej). Jego żona, jeszcze lepiej odtwarzana przez Sandrę Hüller, kojarzy się z nie mniej agresywną, acz w sposób pasywny, irytującą „Karen”, która w sklepie z byle jakiego powodu żąda przyjścia menedżera. (Jakże inni są od łysiejącego gryzipiórka Eichmanna!). Spoglądając na nich z pseudonaukowym, fizjonomicznym uprzedzeniem, można wpierw stwierdzić: byty ludzkie z takimi mordami nigdy nie mogłyby zrobić specjalnej kariery – następnie przywołać samego siebie do porządku za podążanie za uprzedzeniem, a potem stwierdzić: o to w „Strefie…” chodzi.

Jeżeli przywoływany wyżej Max Aue z „Łaskawych” Littella – ale też Golo Thomsen z powieści Amisa – byli przedstawicielami mieszczaństwa, których uwznioślała predylekcja do filozofii i malarstwa, a na ich zawodowe pozycje i pięcie się Auego po szczeblach SD spoglądać można było jak na przykład profesjonalnej, korporacyjnej kariery, z Hössem i Hössową jest inaczej. Państwo komendantostwo to nie mieszczanie, ale drobnomieszczanie, niższa klasa średnia, Mittelstand, która, zgodnie z tezami Seymoura Lipseta, Theodore’a Geigera i Jürgena Winklera, była nie tyle bazą wyborczą nazistów, ile dla której nazizm stanowił konieczną rewolucję – broniącą tejże klasy przed deprywacją. W szczególnych przypadkach, do których Hössowie należą, nie tyle obronił, ile pozwolił się wznieść.

Jeśli bowiem wedle Winklera deprywacja Mittelstand była przed nastaniem III Rzeszy relatywną, w przypadku Hössów i poziomu życia, na który weszli dzięki rządom Hitlera, nie ma go co z uprzednim porównywać. W pewnym momencie do Auschwitz przyjeżdża matka Hössowej i wspomina z satysfakcją o żydowskich przemysłowcach, u których swego czasu szorowała podłogi; przesłanie jest takie, że, bardzo proszę, status jej córki i zięcia, manifestujący się przede wszystkim w przedmiotach, które ich otaczają, przypomina ten jej niegdysiejszych chlebodawców. Może i te przedmioty należy zdobywać w dziwaczny sposób – futra Hössowej trafiają do jej szafy z obozowej „Kanady”, podobnie jak elementy bielizny; są noszone po kimś – lecz w końcu stają się własnością państwa komendantostwa.

Oglądając „Strefę…”, widz jest jednak zdziwiony: zakładać gacie, które niedawno dotykały sfer intymnych kogoś, kto jest aktualnie więziony bądź przed chwilą został zamordowany? To tylko pierwsze pytanie z szeregu wszystkich, które można streścić w jednym: jak oni mogli tak żyć? Jak oni mogli mieszkać w domu zaraz obok obozu zagłady? Pytanie jest cokolwiek praktyczne, nie odnosi się tylko do podświadomej wiedzy, co dzieje się za szarym, betonowym, udekorowanym drutem kolczastym płotem – takiej wiedzy, którą można wyprzeć, o której można zapomnieć. Wszak matka Hössowej w willi wytrzymać nie może, bo i słyszy dobiegające zza muru krzyki, i czuje swąd spalonych ciał, i nie musi pytać głośno, cóż to tak capi, bo znakomicie wie i w końcu pospiesznie wyjeżdża. Do tego wszystkiego nie można się przyzwyczaić – najlepszym na to dowodem, że gdy podczas kąpieli z dziećmi w płynącej obok obozu rzeczce Sole Höss dostrzega, że płynie nią trup, natychmiast zabiera potomstwo do domu, na gwałtowne, długie, nieprzyjemne szorowanie.

Odpowiedź na pytanie o to, jakim cudem nie przeszkadzały im cudze majtki, smród palonych ciał i okrzyki zza płotu, brzmi tak: Hössowie mogli żyć, jak żyli, ponieważ nie mieli dostępu do praktycznego rozumu (ani, jeśli słuch i węch to zmysły odnoszące się do doznań estetycznych, władzy sądzenia), a nie mieli go dlatego, że byli drobnomieszczanami, którym okoliczności społeczne i gospodarcze Niemiec przed nastaniem III Rzeszy poskąpiły życia, o którym marzyli, rozumianego przede wszystkim poprzez akumulację materialnie rozumianych dóbr i ich konsumowanie. W przypadku Hössa idzie także o wypełnianie tradycyjnej roli mężczyzny i zapewnianie rodzinie pewnego poziomu egzystencji; w tym sensie jego figura wpisuje się schemat mężczyzny wychowanego w epoce wilhelmińskiej opisany przez Klausa Theweleita w „Męskich fantazjach”, wliczając w to obrzydzenie do kobiet – z Hössową śpią w oddzielnych łóżkach. (Siła „Strefy…” polega na tym, że komendantową brzydzi się i widz; dobrze tę abominację wzmacnia scena z „chrumkaniem”).

Nie znaczy to jednak, że Hössowie u Glazera nie mają dostępu do żadnego rozumu; tym, który męża i żonę łączy w dążeniu do banalnej i wygodnej prywatności, jest rozum instrumentalny. Położenie na niego właśnie nacisku w filmowej „Strefie…” uwydatnia różnice między obrazem Glazera a powieścią Amisa, której adaptacją się obraz mieni. Nie jest nią, bo przedstawia może połowę jednego z trzech głównych wątków powieści – w dodatku tę połowę, która nie jest dziełem wyobraźni wielkiego brytyjskiego pisarza, ale którą wziął z historii, zmieniając to, co w filmie zmienione nie zostało – u niego Höss nazywał się Paul Doll, a jego żona wdawała się w romans z głównym bohaterem powieści. U Glazera o romansie pani komendantowej – przejawie ludzkich instynktów, choćby było nimi pożądanie uprzedmiotawiające drugiego człowieka, by widzieć w nim obiekt seksualny – nie ma co mówić, stałby w zbytniej sprzeczności z logiką rozumu instrumentalnego. U Amisa Auschwitz może być sytuacją niemożliwą, ponieważ wykreowane przezeń postaci są to w stanie rozpoznać – Golo Thomsen wie, że co mu się przydarza, przydarza się w anus mundi. U Glazera – nie są, więc Auschwitz to tylko sposób na to, aby żyć wygodnie, a żyć wygodnie to akumulować dobra. Jego „Strefa interesów” to faktycznie strefa interesów – nazwa wzięta od Interessengebiet jako obszaru wokół obozu; KL jest po to, by państwo komendantostwo zrobili na nim interes, którego stawką jest ich komfort.

Narracja o Hössach – czy właściwie: pokazywanie Hössów – jest w „Strefie…” przełamana dwoma krótkimi motywami. Pierwszy, kręcona w negatywie opowieść o polskiej dziewczynce, też przecież drobnomieszczance, która stara się więźniom pomagać, wskazuje, że Glazer nie oskarża całej tej klasy społecznej o współudział w zbrodni. Ów motyw, acz będący cennym źródłem światła w tej strasznej historii (jak na ironię, pod względem kolorystycznym „czarnym mlekiem”), nie jest istotny dla opowieści o Hössach, w przeciwieństwie do drugiego, który „Strefę…” wieńczy: kadrów ze współczesnego muzeum Auschwitz-Birkenau.

W „Powojniu” Tony Judt stwierdza: co stało się w Europie po 1945 roku, przyrównać można do zachęty, jaką Izokrates potraktował Ateńczyków na koniec wojny peloponeskiej: rządźmy teraz wspólnie i w taki sposób, jakby nic złego się nie zdarzyło. W dawnych miejscach Zagłady prędko wyrosły pomniki (upamiętniający bohaterów getta warszawskiego w pierwszym kształcie w mniej niż rok po 8 maja 1945 roku) i muzea – to na terenie KL Auschwitz-Birkenau otwarto w 1947 roku, po tym, jak przez półtora roku znajdywał się tam obóz przejściowy dla jeńców niemieckich. W rok po otwarciu odwiedził je Tadeusz Różewicz i napisał sławny wiersz „Warkoczyk”, do dzisiaj czytany w polskich szkołach na lekcjach języka polskiego. Szkolne wycieczki, przypomina Michał Bilewicz w niedawno wydanym „Traumalandzie”, regularnie odwiedzają też teren dawnego obozu, co, jak przekonuje badacz, dla wielu uczniów ma się wiązać z traumą. Glazer popartego badaniami przekonania Bilewicza nie podziela – co pokazuje w finale „Strefy…”, czyniącym ją w istocie wstrząsającym i wybitnym filmem.

Finał „Strefy interesów”, w którym pracownice muzeum odkurzają podłogę (jeśli można ją w ogóle nazwać „podłogą”) niegdysiejszej komory gazowej (jeśli komora gazowa, choć od osiemdziesięciu lat bez jednego roku nikogo w niej nie zagazowano, może być „niegdysiejsza”) mówi bowiem widzowi – tak ja to odbieram – no, i tyle, byłeś w tym miejscu, albo w innym obozie zagłady, zamienionym na muzeum. Teraz wyjdziesz z kina, zapewne oburzony na to, jak Hössowie mogli tak żyć, i wrócisz – dokąd wrócisz? Skoroś obejrzał raczej artystyczny europejski film, toś jest przedstawicielem mieszczaństwa (niekoniecznie rozumianego wyłącznie klasowo), więc wrócisz do tego, co państwo komendantostwo starali się swymi postępkami osiągnąć, to jest – do wygody; za nią wszak biegasz, póki się nie zmęczysz.

Jest wiec ten finał zupełnie inny niż finał powieści bądź co bądź historycznej – w którym Golo Thomsen spotyka niegdysiejszą panią komendantową i teatralnie, jako Bürger i Bürgerin, odgrywają oni scenę pożegnania raczej, niźli faktycznie się żegnają; wycieczek do współczesności u Amisa nie ma. U Glazera to ta wycieczka stanowi o sile efektu na koniec „Strefy…”, za jej bowiem sprawą powiada widzowi: tyle razy słyszałeś o tym, że Auschwitz to nie historia, ale wieczna groźba, tyle razy widziałeś te straszne obrazy, że ci spowszedniały. W historię się przemieniły. W muzeum.

Więc czmychaj.

PS. Filmy są mądrzejsze od reżyserów (podobnie jak powieści są mądrzejsze od pisarzy itd.) i należy to uszanować. Z tego względu nie ma w tym tekście ani słowa o przemówieniu wygłoszonym przez Jonathana Glazera na gali rozdania Oscarów.

Ikona wpisu i ilustracje: materiały prasowe dystrybutora Gutek Film.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 795

(14/2024)
2 kwietnia 2024

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj