Prowokacja polityczna to zachowanie, którego celem jest wywołanie reakcji u przeciwnika politycznego, władz lub służb, które te władze reprezentują. Reakcji często gwałtownej, nieprzemyślanej, nielegalnej czy nieproporcjonalnej. Prowokacja służy więc do skompromitowania oponenta, pokazania jego prawdziwej twarzy albo zmiany narracji medialnej.

Nieposłuszeństwo jako sprzeciw, prowokacja jako strategia

W innych wypadkach, kiedy za twórcami prowokacji stoi władza, służy ona do usprawiedliwienia represji lub manipulowania nastrojami społecznymi.

Czasami prowokacja przypomina obywatelskie nieposłuszeństwo. Zachowania te różnią się jednak intencją i sposobem działania. Nieposłuszeństwo obywatelskie polega na jawnym, pokojowym złamaniu prawa, które uznaje się za niesprawiedliwe. Kluczowe jest tu otwarte działanie bez użycia przemocy oraz gotowość do poniesienia konsekwencji prawnych. To właśnie podkreśla moralny wymiar sprzeciwu i ma skłonić władzę do zmiany prawa lub praktyki.

Prowokacja natomiast opiera się na celowym wywołaniu reakcji przeciwnika lub jego sojuszników – najczęściej rządu czy służb – w taki sposób, by ujawnić jego słabość, brutalność albo niekonsekwencję. Potwierdzić zarzuty wobec nich. Dopuszcza łamanie prawa lub przemoc, często działa w szarej strefie. Jej intencje nie zawsze są jawne, a adresatem w dużej mierze jest opinia publiczna.

Nieposłuszeństwo obywatelskie to moralny sprzeciw wobec prawa, a prowokacja to strategia mająca zmusić przeciwnika do reakcji, która go skompromituje.

Jest z założenia obliczona na eskalację konfliktu i zaognienie sytuacji, doprowadzanie jej do punktu, w którym nie można jej zignorować.

Protest czy manifestacja może być prowokacją, ale nie musi, zależnie od tego, jaką formę przyjmie i jakiej reakcji oczekują protestujący. Najgorszym rezultatem jakiejkolwiek inicjatywy społecznej jest jej zignorowanie. Brutalny atak na manifestację czy inny duży protest paradoksalnie bywa sukcesem.

Dlatego też czasami podejmuje się działania, mając świadomość niskiej szansy powodzenia oraz dużego ryzyka represji. Te ostatnie bardziej szkodzą wizerunkowi represjonującego i umacniają pozycję bitych, aresztowanych i szykanowanych. Stąd logika „jeśli się uda, to świetnie, jeśli będą z nami walczyć – tym lepiej”.

Jak aktywiści załatwili Donaldowi Tuskowi tekę premiera

Obecny rząd pewnie by tego nie przyznał, ale zawdzięcza swoją władzę także prowokacjom, zazwyczaj oddolnym i organizowanym często przez grupy, z którymi nie jest mu dzisiaj po drodze. Konfederaccy antyszczepionkowcy i przedsiębiorcy, aktywistki strajków kobiet, aktywiści na granicy – wszystkie te grupy, przez protesty i akcje, które ściągały zarówno przemoc rządzących, jak i uwagę mediów, przyłożyły rękę do spadku popularności PiS-u.

Koalicja wygrała z przewagą trzydziestu kilku mandatów – która to przewaga zmniejszyła się jeszcze po odejściu Razem. Wierzę, jak zresztą kilku innych analityków – że to właśnie dzięki szeregowi nagłośnionych przez aktywistów i media skandali, naruszeń prawa i afer PiS-u udało się jej uzyskać ten wynik.

Wybory w październiku 2023 roku były przecież nie tyle głosowaniem za Donaldem Tuskiem, co przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, Przemysławowi Czarnkowi czy przemocy na granicy. 75-procentowa frekwencja, najwyższa w III RP, symbolizowała masę wściekłych ludzi. Chociaż uczestników protestów antylockdownowych i feministki z czarnych marszy często nie łączyło ich zbyt wiele, poza niezgodą na działania ówczesnego rządu. I gotowością do zostania zatrzymanym, pobitym czy otrzymania mandatu, kiedy tę niezgodę wyrażają.

Każdy, kto był na czarnych protestach, pamięta, że istotną ich cechą było prowokowanie policji, znajdujące się na granicy prawa. Wyzywające hasła, kładzenie się na chodniku, blokowanie ulic, sporadyczne rzucanie kamieniami, skandowanie pod domem Jarosława Kaczyńskiego.

Ogromne koszty wizerunkowe

Chociaż dzisiaj możemy romantyzować te protesty, wulgaryzmy czy hasła wymierzone w policję – w tym „zdejmij mundur, przeproś matkę” – czy blokowanie ulic, paraliżujące miasta na godziny, były ich inherentną, „nieelegancką” częścią. Kiedy mundurowi reagowali przemocą, utrwalali obraz władzy, która najpierw zabiera Polkom prawo do decydowania o własnym ciele, a potem bije je na ulicach.

W listopadzie 2021 roku Jakub Sypiański, tłumacz współpracujący z Grupą Granica, został zaatakowany przez nieoznakowych żołnierzy WOT-u w pobliżu strefy objętej stanem wyjątkowym na granicy polsko-białoruskiej. Stało się to po tym, jak odmówił wykonania ich poleceń. Przebywał tam od tygodni, pomagając migrantom.

Choć sama pomoc nie była prowokacją, to odmowa podporządkowania się poleceniom i późniejsze nagłośnienie sprawy zostały odebrane jako akt sprzeciwu. Incydent stał się w mediach przykładem nadużyć służb wobec obywateli niosących pomoc. W 2025 roku sąd orzekł, że działania wobec Sypiańskiego były bezprawne i przyznał mu odszkodowanie.

Wszystkie te historie miały cechy prowokacji. Ich koszty wizerunkowe – zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrze – były dla prawicy olbrzymie. I kosztowały ją utratę władzy.

Flotylla wolności

Czasami prowokacje trwają dekady, są jak kropla drążąca skałę. Ciekawym przypadkiem cyklicznej, globalnej prowokacji, jest historia gazańskiej Flotylli Wolności.

Po przejęciu władzy w Gazie przez Hamas w 2007 roku Izrael wprowadził blokadę ograniczającą przepływ towarów, w tym żywności, paliwa, nawozów i materiałów budowlanych. Przez pewien czas blokada obejmowała nawet podstawowe produkty. Izrael tłumaczył ją względami bezpieczeństwa, lecz największe organizacje międzynarodowe uznawały za nadmierne i szkodliwe dla ludności cywilnej.

W reakcji na to powstała Koalicja Flotylli Wolności, zainicjowana przez Free Gaza Movement i turecką organizację IHH. Jej celem było dostarczenie pomocy humanitarnej do Gazy, zwrócenie uwagi świata na sytuację jej mieszkańców. Oraz symboliczne przełamanie blokady, w której uczestnictwo Egiptu – zdaniem aktywistów – wspierały Izrael i Stany Zjednoczone. Gaza, licząca wówczas około 1,5 miliona mieszkańców, cierpiała z powodu niedożywienia i anemii. ONZ szacowała, że ponad połowa populacji żyła w niepewności żywnościowej.

W tle pojawiły się doniesienia o izraelskim dokumencie „Red Lines”, określającym minimalne kaloryczne zapotrzebowanie mieszkańców Gazy, co według krytyków dowodziło świadomego tworzenia gospodarki niedoboru. Izrael utrzymywał, że dokument był jedynie roboczy i nigdy nie wdrożony, lecz organizacja Gisha i inne NGO wskazywały, że polityka w praktyce odpowiadała tym założeniom. Przed blokadą do Gazy wjeżdżało 10–12 tysięcy ciężarówek miesięcznie, podczas gdy w latach 2007–2010 liczba spadła do około 2,3–2,4 tysiąca.

Tragiczna, ale udana prowokacja

W 2010 roku największym statkiem flotylli był Mavi Marmara, wspierany przez kilka mniejszych jednostek. Dwa inne – Challenger 2 i Rachel Corrie – doznały awarii, z powodu, jak podejrzewano, sabotażu. Na pokładach zgromadzono setki ton żywności, leków i materiałów budowlanych. Nie można było liczyć na rozwiązanie kryzysu, ale na doraźną pomoc i zmuszenie Izraela do zmiany polityki. Środkiem do tego miało być złamanie blokady lub sprowokowanie międzynarodowej reakcji na siłowe zatrzymanie floty.

31 maja 2010 roku izraelscy komandosi zaatakowali flotyllę, zabijając dziewięciu aktywistów. Izrael tłumaczył, że działał w obronie własnej, wskazując na znalezione na statkach noże czy pałki. Wiele osób uznało to za dowód brutalności i nadużycia siły.

Izrael spotkał się z szerokim potępieniem międzynarodowym i groźbą sankcji. W konsekwencji w czerwcu 2010 roku poluzował restrykcje, wpuszczając więcej towarów, również tych wcześniej zakazanych. Według raportu Biura Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej (OCHA) z 2011 roku dostawy wzrosły o 66 procent. Było to jedynie 35 procent poziomu sprzed blokady, ale dla mieszkańców oznaczało istotną poprawę sytuacji.

Tragedia Flotylli stała się przykładem skutecznej politycznej prowokacji. Brutalna reakcja przeciwnika zmusiła go do ustępstw w dłuższej perspektywie.

Udział dziennikarzy i polityków jest kluczowy

Wszystkie kolejne flotylle były w zasadzie czystymi prowokacjami: nie wiozły ze sobą zapasów, które mogłyby realnie zmienić coś w sytuacji dwumilionowej populacji Gazy. Miały na celu jednak udowodnić jedną z dwóch rzeczy. Po pierwsze, że do Gazy da się dopłynąć i opresyjne państwo nie jest w stanie zatrzymać, mówiąc językiem aktywistów, międzyludzkiej solidarności. Po drugie, przypomnieć światu, jak brutalnym reżimem jest Izrael.

Takich inicjatyw było kilkadziesiąt w ciągu ostatnich osiemnastu lat. Większość kończyła się przechwyceniem przez izraelskie wojsko, część padła ofiarą sabotażu.

Najnowsza, Global Sumud, składa się z kilkudziesięciu łodzi, które mają przypłynąć do Gazy w tym samym czasie. To już trzecia flotylla w ostatnich miesiącach. Płynie w niej też polska delegacja, która po awarii łodzi, została rozdzielona między inne statki. Wśród płynących do Gazy polskich przedstawicieli jest między innymi prezes Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Palestyńczyków Polskich i EUPAC, Omar Faris (któremu krytycy zarzucają legitymizowanie Hamasu czy organizację protestu podczas Marszu Żywych w Oświęcimiu – co stanowi inny przykład prowokacji politycznej), dziennikarka Patrycja Wieczorkiewicz, poseł Franciszek Sterczewski.

Udział dziennikarzy, osób publicznych czy polityków jest szczególnie istotny. Wcześniejsze misje tj. Madleen czy Handala, z czerwca i lipca, były przechwytywane przez izraelskie wojsko, każdorazowo wywołując skandal. Działo się tak chociażby z powodu zatrzymania aktywistki Grety Thunberg czy aresztowania francuskiej eurodeputowanej Riny Hassan.

Aktywiści i dziennikarze ściągają uwagę na tego typu inicjatywy i dają świadectwo tego, jak zostaje potraktowana reszta załogi. Politycy z kolei wymuszają reakcję swoich wspólnot politycznych.

Bezkarne aresztowanie czy przemoc wobec przedstawiciela danego państwa lub związku państw, wymusza reakcję pod groźbą blamażu.

Przeciwko „kulturalnym ludziom”

Przykładem budzących emocje polskich prowokacji politycznych są też propalestyńskie inicjatywy kolektywu BAS. Wiele wskazuje, że jest on odpowiedzialny między innymi za oblanie czerwoną farbą platformy firmy Maersk na Paradzie Równości w Warszawie, oblanie sztuczną krwią izraelskiego muzyka Davida D’ora, protest na festiwalu Nowe Horyzonty czy akcję przeciwko izraelskim firmom na targach zbrojeniowym MSPO 2025.

fot. Paweł Jędral

Akcje przedstawicieli BAS są często postrzegane jako wprost nielegalne – łączą się z niszczeniem mienia, kończą się często aresztem i zarzutami. Przez część opinii publicznej uważane są za „nieeleganckie” – bo „wprowadzają politykę na apolityczne wydarzenia”. Albo za oburzające, bo są często wymierzone w ludzi kultury czy biznesu, którzy, pozornie, nie mają bezpośredniego związku z zabijaniem. Aktywiści widzą jednak jasny związek między legitymizowaniem Izraela a korzystaniem z jego środków czy patronatów albo wspierania IDF. D’or w 2016 roku zapowiedział swój udział w wiecu wsparcia dla Elora Azarii, żołnierza IDF, który zabił obezwładnionego Palestyńczyka. Wycofał się z tej inicjatywy po fali krytyki.

Istotą tych prowokacji jest udzielenie odpowiedzi na pytanie – co nas bardziej porusza, krzyki i farba czy zbrodnie na cywilach i ich legitymizowanie?

Kontrast między prześladowaniem ludzi, którzy zniszczą mienie albo przerwą wydarzenie kulturalne, a normalnym traktowaniem tych, którzy pośrednio wspierają kraj popełniający kolejne zbrodnie, z każdą akcją staje się coraz bardziej widoczny.

Aktywiści BAS są gotowi łamać prawo, oburzać i ponieść konsekwencje swoich działań. Wierzą w to, że absurdalność ich długich aresztowań i brutalnego traktowania przez policję oraz oburzenia „elit” na ich akcje zmotywuje innych do działania.

Nie bójmy się prowokacji

Prowokacje często służą większemu dobru. Są głosem w imieniu słabych i tych, którzy nie mogą działać otwarcie. Mają odkrywać niesprawiedliwość czy postawiony na głowie porządek wartości.

Kiedy oblewasz czerwoną farbą elewację izraelskiej czy rosyjskiej ambasady, łamiesz prawo. Jednak robisz to w przekonaniu, że skala łamania praw człowieka przez te państwa nie pozwala na bierność.

Twoje „łamanie prawa” czy „akt wandalizmu” jest nie tylko drobiazgiem wobec ich przewinień. Jest wręcz aktem odwagi. Jeśli w wyniku tego zostaniesz skuty, pobity lub zatrzymany przez policjantów, można zapytać, dlaczego represje spotykają ciebie, a nie przedstawicieli tych reżimów.

Pod wieloma względami, zniszczenie mienia, złamanie prawa, niosąc pomoc humanitarną, czy prowokowanie sił mundurowych niesprawiedliwego rządu, mimo bycia nielegalnym, jest często bardziej etyczne niż pisanie przez niektórych autorów kolejnego tekstu w mainstreamowej prasie, rozmywającego odpowiedzialność za zbrodnie.

Kiedy setka statków z całego świata płynie do Gazy, możliwe, że łamie prawo międzynarodowe. Możliwe, że ich załogi padną ofiarą przemocy czy szykan. We wtorek jeden ze statków został zaatakowany przez drona. Celem jest pokazanie, że reżim okupacyjny krzywdzi najsłabszych i jest gotów brutalnie traktować pokojowych aktywistów z państw trzecich.

Aktywność polityczna czasami wymaga ryzyka i gotowości do poniesienia ofiar, to założenie jest istotną aktywizmu. Najwyższy czas przestać udawać, że o tym nie wiemy.

This issue was published as part of PERSPECTIVES – the new label for independent, constructive and multi-perspective journalism. PERSPECTIVES is co-financed by the EU and implemented by a transnational editorial network from Central-Eastern Europe under the leadership of Goethe-Institut. Find out more about PERSPECTIVES: goethe.de/perspectives_eu.

Co-funded by the European Union. Views and opinions expressed are, however, those of the author(s) only and do not necessarily reflect those of the European Union or the European Commission. Neither the European Union nor the granting authority can be held responsible.