Mało jest w kinie nazwisk, które tak pasowałyby do pełnego czarnego humoru i makabreski świata Morticii i Gomeza Addamsów jak osoba Tima Burtona. I choć ostatecznie reżyserem kultowej hollywoodzkiej adaptacji „Rodziny Addamsów” w latach dziewięćdziesiątych został Barry Sonnenfeld, w 2022 roku Burton stanął u sterów serialowej produkcji platformy Netflix. Po trzech przepełnionych oczekiwaniem i plotkami z planu latach „Wednesday” w końcu powraca.

Addamsowie rodem z Hogwartu

Drugi sezon obejmuje kolejny rok Wednesday w akademii Nevermore. Nowy dyrektor (Steve Buscemi) rozpoczyna porządki po swojej poprzedniczce i próbuje przywrócić pechowej szkole dawny splendor. Miasteczko Jericho znów nawiedza plaga morderstw, a Wednesday zdaje sobie sprawę, że ktoś śledzi każdy jej krok. Jej przyjaciółki Enid (Emma Myers) i Bianca (Joy Sunday) także wchodzą w nowy semestr z własnymi problemami, a świeżo zatrudniona nauczycielka muzyki pani Capri (Billie Piper) zdecydowanie coś ukrywa.

Z drugiej strony Morticia (Catherine Zeta-Jones) i Gomez (Luis Guzman) chcą być bliżej dzieci i przenoszą się niedaleko akademii, a Pugsley (Isaac Ordonez), który również rozpoczyna edukację w Nevermore, praktycznie od razu pakuje się w kłopoty. Kolejne sekrety rodziny Addamsów sprawiają, że przeszłość wcale nie odeszła w zapomnienie. Stare grzechy rzucają długie cienie, a liczba czarnych charakterów w serialu będzie się tylko powiększać.

W pewnym sensie „Wednesday” podtrzymuje ducha oryginału: czyli zarówno pasków z komiksem Charlesa Addamsa czy serialu z lat sześćdziesiątych. Ten duch to przede wszystkim ukazanie współczesności w krzywym zwierciadle, a zarazem ironiczny komentarz na jej temat. Serial i konstrukcja postaci Wednesday budzi też skojarzenia z równie rezolutną i odważną (choć zdecydowanie mniej preferującą mrok i beznamiętny wyraz twarzy) Pippi Långstrump Astrid Lindgren, czy także z niegdyś komfortowym dla wielu czytelników i widzów, a obecnie problematycznym z racji kontrowersyjnych wypowiedzi J.K. Rowling, światem Hogwartu. Ostatecznie akademia Nevermore wydaje się wprost wzięta z książek pisarki, podobnie jak z gruntu podejrzani nowi nauczyciele, którzy co roku zasiewają niepokój w sercach uczniów. Tak jak Hogwart, Nevermore wydaje się jedną z najbardziej niebezpiecznych szkół na świecie, a patronujący mu duch Edgara Allana Poego najwyraźniej dba o to, by każdy semestr przynosił odpowiednie emocje.

Gabinet osobliwości

Pierwszy sezon „Wednesday” dobitnie pokazał, że sukces serialu opiera się w dużej mierze głównie na Jennie Ortedze w tytułowej roli. I choć przez ostatnie trzy lata aktorka grywała w mniej („Dziewczyna Millera”) lub bardziej udanych filmach, to dwudziestokilkuletnią Ortegę i jej wszechstronność porównuje się często z inną gwiazdą kina Tima Burtona: Winoną Ryder (zresztą obie aktorki zagrały matkę i córkę w „Soku z żuka 2”). Ryder po debiucie u Burtona, święciła triumfy w kinie lat dziewięćdziesiątych – równie przekonująca w czarnej komedii dla nastolatków, dramatach obyczajowych czy adaptacji Edith Wharton. Jenna Ortega jest tak samo wszechstronna i wiarygodna w każdej z ról. Jej Wednesday jest wyrazista i charyzmatyczna, mistrzyni ripost, nieobliczalna, a przy tym podejrzanie spokojna i opanowana. Drugi sezon zdecydowanie pokazuje skalę jej możliwości i bez zdradzania zbyt wiele można śmiało powiedzieć, że ukazuje on nieraz zaskakujące oblicze Wednesday.

Jennie Ortedze partnerują cudownie lodowata Catherine Zeta Jones, czarujący Luis Guzman i Fred Aminsen, komik, były aktor „SNL” i współtwórca serialu „Portlandia”. Aminsen w roli wujka Festera jest na ekranie zawsze gwarancją anarchistycznej zabawy i godnym partnerem w szalonych planach bratanicy.

Ale pojawia się także szereg nowych nazwisk. Niektórzy aktorzy prosto z uniwersum Tima Burtona, inni, którzy wykorzystali szansę, by z nim współpracować. Steve Buscemi jest przesadnie entuzjastycznym i skrywającym szereg sekretów nowym dyrektorem szkoły. Thandiwe Newton i Frances O‘Connor to dwie tajemnicze postacie związane ze szpitalem, kolejnym podejrzanym miejscem na mapie Wednesday. Pojawiają się Christopher Lloyd (wujek Fester z filmów Sonnefelda) w małej roli profesora Orloffa oraz nieznaczne epizody Lady Gagi i Haleya Joe Osmenta, które pozostawiają pewien niedosyt.

Jednym z najcenniejszych nowych nazwisk jest przede wszystkim Joanna Lumley jako równie sarkastyczna jak Wednesday, elegancka babcia Hester. Hester Frump, postać wprost z oryginalnego komiksu, w serialu zimnokrwista bizneswoman, potentatka biznesu pogrzebowego i złośliwa oponentka córki Morticii, jest rolą wprost stworzoną dla Lumley.

Wreszcie, w Nevermore i okolicach miasta Jericho pojawiają się po raz kolejny postacie z pierwszego sezonu. Ostatecznie w świecie rodziny Addamsów śmierć nie zawsze oznacza koniec.

Na cmentarzysku popkultury

W przeszłości Tim Burton wielokrotnie pokazywał, że jest w stanie zgrać swoją kochającą Edgara Allena Poe i horrory klasycznego Hollywood wrażliwość z tym, co może zainteresować publiczność. Gotycki eskapizm „Gnijącej panny młodej”, bajkowość „Edwarda Nożycorękiego” i „Dużej ryby”, adaptacja Roalda Dahla, satyry na współczesność „Soku z żuka” czy „Marsjanie atakują”. Owszem zdarzały się potknięcia jak „Planeta małp”, ale tak naprawdę coś zmieniło się dopiero po „Mrocznych cieniach”. Ton, który umiał tak perfekcyjnie niegdyś dobrać, zaczął powoli przypominać autoparodię. Ostatnia dekada w twórczości amerykańskiego króla mroku to adaptacja powieści young adult – przyjęty bez entuzjazmu „Dom przyjaciół pani Peregrine”, czy jeden z najgorszych filmów w reżyserii Burtona – remake disneyowskiej bajki, czyli „Dumbo”. Pierwszy sezon „Wednesday” okrzyknięto powrotem reżysera do formy, potem dołączył przyjęty z entuzjazmem sequel „Soku z żuka”.

Oczywiście nie można do końca rozpatrywać „Wednesday” jako autorskiego projektu Burtona, zwłaszcza biorąc pod uwagę i rozmaitych reżyserów pracujących przy projekcie, ale też samych kreatorów serialu, za który w większości fabularnie odpowiadają scenarzyści Alfred Gough i Miles Millar, z którymi Burton współpracował także przy „Soku z żuka 2”. Niekoniecznie także drugi sezon „Wednesday”, pomimo wielu jasnych stron, jest produkcją Burtona, na którą czekali jego miłośnicy.

Pod wieloma względami sezon drugi zawiera imponujący zakres pomysłów. Filmowe inspiracje to kino Alfreda Hitchcocka od „Ptaków”, „Zawrotu głowy” i „Psychozy” po rozgrywającą się również w ośrodku dla nerwowo chorych „Urzeczoną”. Mieszają się też filmowe inne tropy – od „Zakręconego piątku” i „Rąk Orlaka” po uwielbianych niegdyś przez Burtona współczesnych doktorów Frankensteinów. Nie można też odmówić serialowi wielu efektownych wizualnie scen: przypominający „Kochanków z księżyca” Wesa Andersona szkolny kamping, maskowa gala w weneckim stylu czy będące prztyczkiem w nos amerykańsko-meksykańskich relacji ironiczne przedstawienie Dias de Los Muertos jako kulturalnego przywłaszczenia. Czasami dialogi są w stanie znakomicie uchwycić i kostyczną osobowość Wednesday, i mroczny humor jej rodziny. Balans między ekscentrycznym światem Addamsów a bardziej ponadczasowymi tematami związanymi z ludzkimi relacjami także wypada korzystnie. Na przestrzeni ośmiu odcinków wszystkie wątki zostają zgrabnie zawiązane i na bieżąco rozwiązywane – nawet jeśli ostatni odcinek sprawia dość rozczarowujące wrażenie.

Jednak drugi sezon serialu, pomimo kilku naprawdę satysfakcjonujących momentów, pod wieloma względami pozostaje produktem gorszego sortu. Tworem, który przypomina miejscami filmy Burtona, wyzyskuje jego pomysły, inspiracje i zainteresowania, ale ostatecznie przepuszcza wszystko przez klisze innych seriali Netflixa dla nastolatków i dodaje rozmaite motywy rodem z cmentarzyska popkultury.

Podobnie jak w przypadku fabuły sequelu „Soku z żuka” ma się wrażenie, że jest to projekt wypluty przez sztuczną inteligencję, która próbuje stworzyć podsumowanie motywów i estetyk najbardziej zbliżonych do świata Tima Burtona. Netflix to ta sama platforma, która jeszcze jakiś czas temu bez mrugnięcia okiem finansowała filmowo-serialowe przedsięwzięcia sztuka dla sztuki – krótkometrażowe adaptacje opowiadań Roalda Dahla w reżyserii Wesa Andersona, serial „Ripley” czy „Irlandczyka” Martina Scorsesego. Tutaj nie ma wątpliwości, że w drugim sezonie „Wednesday” wyraźnie widać, iż jeszcze bardziej niż serial słynącego z zamiłowania do gotyku reżysera, jest to po prostu produkt platformy Netflix z wszystkimi implikacjami tego określenia.

Z ust samej Wednesday w jednym z końcowych odcinku serialu padają ironiczne słowa: „Szalony naukowiec. Banalny soundtrack. Idealnie”. I pod wieloma względami niestety podsumowują one sezon drugi serialu, w którym pomimo intryg, napięcia i zwrotów akcji, na sam koniec można odkryć, że to tylko schematyczna produkcja z postacią Wednesday i rodziną Addamsów w rolach jedynie intrygujących ozdobników. Czasem gdzieś pod tym może i przebija się Burtonowski mrok, ale tylko nieznacznie.

Tym, co nadaje drugiemu sezonowi „Wednesday” pewien urok i sprawia, że mimo wszystko dalej chce się go oglądać, nie jest ani hojność platformy, ani wysilone zabiegi scenarzystów, ani nawet pomysły Burtona. O wdzięku tym decydują tylko aktorzy, którzy sprawiają, że chce się dalej wierzyć w ten świat o zapachu cmentarnej bryzy, pogrzebowych lilii i szyderczego śmiechu Wednesday.