Raluca Nagy na Literackim Sopocie fot. Anita Musioł

Zapraszam do przeczytania ostatniego z trzech wywiadów z gościniami i gośćmi Literackiego Sopotu, którego tegoroczna edycja była poświęcona Rumunii.

Wywiad z Tatianą Țîbuleac.

Wywiad z Bogdanem-Alexandru Stănescu.

Sylwia Góra: Jesteś autorką, która w pewnym sensie wciąż jest w drodze, a z drugiej – jesteś też obecna na rumuńskim rynku literackim. Czy myślisz, że taki dystans pozwala ci na inne, świeże spojrzenie na to, co dzieje się w literaturze twojego kraju?

Raluca Nagy: Wydaje mi się, że w pewien sposób odzyskałam swój język, bo książki zaczęłam pisać po rumuńsku. Wcześniej w swojej pracy zawodowej posługiwałam się przede wszystkim językiem angielskim. 

I to, że zaczęłam pisać książki dla rumuńskich czytelniczek i czytelników, zmusiło mnie, aby być na bieżąco z tym, co dzieje się w Rumunii. I to spojrzenie zewnętrzne, obiektywne, bez dodatkowych implikacji i znaczeń, zawdzięczam temu, że jestem antropolożką. To sprawia, że faktycznie mam inne spojrzenie niż jakikolwiek pisarz czy pisarka, którzy mieszkają w Rumunii.

Nawiązując do twojego zawodu, w książce bardzo ważna wydaje się pamięć. Czy pamięć stanowi o naszej tożsamości? I czy, kiedy nie pamiętamy, tracimy tę tożsamość?

To bardzo dobre pytanie. Wszystkie książki, które napisałam, odnoszą się do pamięci. W mojej pierwszej powieści bohaterka ma świetną pamięć, pamięta absolutnie wszystko, w „Teo od 16 do 18” – przez to, że bohaterka została poddana agresywnemu leczeniu w wyniku swojej choroby – nie pamięta już niczego. W mojej ostatniej książce piszę o własnej pamięci, dzielę się wspomnieniami dziecka, które żyło w reżimie komunistycznym. 

Być może pamięć jest tym, czym się zajmuję, ze względu na moje liczne podróże, które pomogły mi opowiedzieć o sobie samej. 

Martwi mnie jednak kontakt z nowymi technologiami, które wiążą się też z utratą nie tylko czasu, ale także koncentracji czy właśnie pamięci. Wydaje mi się, że w bardzo krótkim okresie uzewnętrzniliśmy naszą pamięć, w takim sensie, że przenieśliśmy ją do naszych smartfonów, komputerów itd.

Mówimy o pamięci i tożsamości, ale z drugiej strony bohaterka powieści jest trochę everywoman. Czy zatem język, kraj są jej do czegoś potrzebny? 

Teo jest tak naprawdę obywatelką świata i jej pochodzenie właściwie nie ma znaczenia. Ona podróżuje tak dużo, że z każdym kolejnym wyjazdem traci odrobinę swojej tożsamości. To jest zresztą zjawisko, które zaobserwowałam u współczesnej młodzieży, zarówno jeśli chodzi o zachowanie, jak i zainteresowania. 

Dotyczy to młodych ludzi z różnych, często bardzo od siebie odległych kultur – są sobie bliżsi niż na przykład własnym rodzicom. I to chciałam pokazać właśnie poprzez postać Teo. 

Tematem powieści jest także cielesność i przekroczenia z nią związane oraz przemoc systemowa względem kobiet. 

Bardzo często słyszałam: feminizm nie jest nam już potrzebny, kobiety otrzymały bardzo wiele równości. I wtedy zaczęłam się przyglądać temu, jak wygląda leczenie kobiet, zwłaszcza onkologiczne. Okazuje się, że od personelu medycznego, który powinien się opiekować pacjentkami, doświadczają one często przemocy. 

Przed nami jest naprawdę jeszcze wiele pracy i to smutne, że w niektórych dziedzinach życia jest tak źle. Patriarchat nigdzie się nie wybrał, on tu wciąż jest. 

Jednak „Teo od 16 do 18” to także opowieść o relacjach między kobietami – ciepłych, siostrzanych, ale także raniących, zwykle międzypokoleniowych. Sporo literatury rumuńskiej podejmuje temat relacji: córka–matka, syn–matka, córka–ojciec. 

Moje pokolenie pisarek i pisarzy ma inne spojrzenie na to, jak wychowuje się dzieci i usiłuje budować nowe stosunki, bardziej równorzędne, a nie tak hierarchiczne. Chcemy też pokazać naszym rodzicom, że sami już wydorośleliśmy. 

Wokół mnie obserwuję wiele trudnych stosunków na linii matka–córka, co jest dość uniwersalne, ale patrząc na historię Rumunii, jest to też dość typowe. To ciekawe, w jaki sposób przetwarzamy traumy naszych rodziców, których oni sami nie byli w stanie przepracować. 

Tematy seksualności, feminizmu to były tematy przemilczane przez nasze matki, a my nie chcemy dłużej milczeć. Nie tyle ze względu na siebie, ile na nasze córki. 

Temat raka szyjki macicy nie jest przypadkowy. Mamy przecież szczepienia, które mają chronić przed nim dziewczynki, ale poziom wyszczepienia w Rumunii jest tak niski na tle innych krajów europejskich, że to temat ważny w debacie publicznej. 

Kiedy Ministerstwo Zdrowia próbowało wprowadzić szczepienia w Rumunii, pojawiły się różnego rodzaju plotki czy teorie, które były bardziej lub mniej zasadne, na temat wersji szczepionki, która wówczas istniała. Mówiło się, że na skutek tego szczepienia dziewczynki mogą stać się bezpłodne, stąd natychmiastowy opór rodziców. Do tego sam fakt szczepienia był zwalczany, zwłaszcza w okresie pandemii covid-19. 

Pojawienie się choroby w większości przypadków ma miejsce już po tym, jak kobiety urodziły dzieci i to chyba najsmutniejsze, bo są postrzegane jako macice, które swoje już zrobiły, więc w zasadzie nie są nam one do niczego potrzebne i nie trzeba się nimi tak przejmować. Mają przekroczony termin ważności, zarówno pod względem seksualnym, jak i płodności. 

Czy kiedy w Rumunii pojawiła się książka, zdarzyło się, że jakaś kobieta napisała do ciebie, że na przykład poszła na badania czy odwiedziła ginekologa?

Tak, dostałam wiele wiadomości od kobiet, że identyfikują się z bohaterką lub rzeczywiście poszły się zbadać. Czasem pisały, że się zaszczepiły, innym razem okazywało się, że są nosicielkami wirusa HPV, ale zaczęły się leczyć. 

Była też jedna kobieta, która pisała do mnóstwa firm farmaceutycznych, że moja książka jest najlepszą kampanią społeczną zachęcającą do szczepień. Była też reżyserka teatralna, która sama była nosicielką wirusa HPV i zdecydowała, że nie będzie już na ten temat milczała, ale zrobi sztukę o swoim doświadczeniu. 

Bardzo się z tego cieszę, bo uważam, że wstyd i milczenie w niczym nam nie pomagają, a najważniejsza jest właśnie solidarność. 

Pytam o to, bo wciąż zastanawiamy się, jaka jest rola literatury. Często szukamy w wysokich rejestrach, ale może dzisiaj literatura rozszerza swoje funkcje i wyręcza media czy państwo w mówieniu o tym, czym jest prawda, kłamstwo, fake news. To chyba największy problem współczesnego świata – łatwe odpowiedzi na trudne pytania, czyli teorie spiskowe. A jeśli literatura zmienia swoje funkcje, to dobrze czy źle? 

Moim zdaniem sztuka, nie tylko literatura, powinna mieć funkcje edukacyjne, ale także oczyszczające. 

Jedyną szansą, żeby się przeciwstawić teoriom spiskowym, jest znalezienie języka dla opowieści, która będzie nas spajać, sprawi, że nawiążemy jakąś relację z innymi. 

Na koniec chciałabym zapytać o wspólnotę. Bohaterka powieści tworzy wiele relacji, ale jednak jest w nich bardzo samotna. Czy to oznaka naszych czasów – że jesteśmy zbiorem jednostek, ale nie potrafimy już stworzyć wspólnoty?

Paradoksem jest, że w świecie, gdzie cały czas się z kimś komunikujemy i ta komunikacja jest tak łatwa, ludzie są tak bardzo samotni. Samotność jest chorobą dzisiejszych czasów. To, że nie ma dziś społeczności, z punktu widzenia nauk społecznych, jest symptomem tego, co się dziś wydarza.

Patrząc na to, jak rozwija się obecnie sztuczna inteligencja, możemy przewidzieć, że w przyszłości czeka nas jeszcze większe osamotnienie i poczucie zagubienia. A jeśli nie samotność, to z pewnością poczucie wyalienowania i braku przynależności. 

Książka:

Raluca Nagy, „Teo od 16 do 18”, tłum. Olga Bartosiewicz-Nikolaev, wyd. Pauza, Warszawa 2025.

Za fantastyczne tłumaczenie rozmowy z autorką ogromnie dziękuję Annie Marii Luft.

A tych, którym nie udało się przyjechać w tym roku na Literacki Sopot, zapraszam do obejrzenia zapisów spotkań festiwalowych, które można znaleźć tu.