Jakub Bodziony: Jeśli Węgry przez ostatnie 16 lat były państwem mafijnym, to co teraz stanie się z jego szefem?
Bálint Magyar: Stawka tych wyborów dla Viktora Orbána była zasadniczo inna niż dla kogoś takiego jak Jarosław Kaczyński. Kaczyński był autokratą, ale nie przestępcą. W jego przypadku pytanie brzmiało: czy będzie rządził, czy znajdzie się w opozycji.
W przypadku Orbána jest inaczej. Węgry funkcjonują jako państwo mafijne — sprywatyzowana forma państwa pasożytniczego. W jego ramach partia, czyli polityczne przedsiębiorstwo, przejęła całe państwo i gospodarkę. Cały system działa jak organizacja przestępcza.
Dla Orbána stawka jest więc egzystencjalna: albo pozostaje wszechwładnym przywódcą, albo traci władzę, immunitet, a może i wolność. Nawet jeśli zachowałby immunitet parlamentarny, jego szersze zaplecze — członkowie rodziny, sojusznicy, klienci — mogłoby zostać objęte śledztwami.
Skoro nie ma dokąd się wycofać, sytuacja jest niebezpieczna.
Jednocześnie wybory były nierówne. Większość mediów jest kontrolowana przez rząd. Opozycja praktycznie nie miała dostępu do mediów publicznych. Orbán intensywnie wykorzystywał w kampanii zasoby państwowe i partyjne.
Do tego dochodzi masowa redystrybucja środków publicznych przed wyborami.
W 2022 roku około 2–2,5 procent PKB zostało rozdysponowane wśród wyborców tuż przed głosowaniem — ten sam mechanizm był stosowany podczas tej kampanii.
Internet obiegły nagrania, na których urzędnicy odwiedzali mieszkańców i wręczali im paczki z winem i czekoladkami. Dotyczyło to głównie głosowania za granicą, ale ogólny mechanizm jest uniwersalny. Rząd używa bezpośrednich zachęt materialnych, żeby wpływać na wyborców. Orbán przyznał też policji, służbom i wojsku bonus odpowiadający sześciu miesięcznym pensjom. Była to oczywista próba kupienia lojalności.
Bezpośrednio przed wyborami pojawiła się też publiczna dyskusja, czy Orbán nie spróbuje pod jakimś pretekstem ich odroczyć. Organizowane przez niego tak zwane operacje pod fałszywą flagą nie przyniosły skutku.
Jednak, ku zaskoczeniu wielu, od razu po ogłoszeniu wstępnych wyników uznał swoją porażkę.
Gdyby Orbán próbował unieważnić zwycięstwo Tiszy, reakcja nie ograniczyłaby się do symbolicznych protestów. Nie przypominałoby to sytuacji z Białorusi czy Gruzji, gdzie ludzie wychodzą na ulice w ciągu dnia, a wieczorem wracają do domów, a władza to przeczekuje. Na Węgrzech taki ruch najpewniej wywołałby trwały opór. I w takim scenariuszu nie sądzę, żeby policja czy wojsko były gotowe użyć siły wobec demonstrantów.
Bardzo trudno byłoby też sfałszować wyniki wyborów. Każdy lokal wyborczy jest monitorowany. W całych Węgrzech jest ich około 11 tysięcy, a ruch Tisza ma swoich delegatów w komisjach liczących głosy. Są też wolontariusze przed lokalami, którzy monitorują ewentualny nacisk czy próby kupowania głosów.
Skala mobilizacji była ogromna. Jeszcze w trakcie kampanii widać było, że system zaczyna pękać. Wysoki rangą funkcjonariusz służb ujawnił publicznie, że prowadzono działania przeciwko infrastrukturze informatycznej opozycji. Z kolei oficer armii, wcześniej wykorzystywany w propagandzie rządowej, wystąpił przeciwko władzy, dekonstruując fałszywą narrację o ukraińskim zagrożeniu.
Obaj przyznali, że znaczna część aparatu państwowego poparłaby zmianę władzy.
Magyar przez lata był częścią systemu, był związany z Fideszem, pracował w instytucjach państwowych. Punkt zwrotny nastąpił w 2024 roku, gdy oskarżył ludzi Orbána o ingerencję w sprawy karne. Czy Orbán nie docenił konkurencji?
Na początku 2024 roku zlekceważył Pétera Magyara i ruch Tisza. Dopiero w połowie 2025 roku zaczął traktować go poważnie, wtedy był to już silny ruch polityczny.
To zasadnicza różnica między nim, a na przykład Putinem. Putin eskalował represje wcześniej — zamordował Borysa Niemcowa w 2015 roku, a kilka lat temu Nawalnego — zanim któryś z nich zaczął mu realnie zagrażać. Ani Niemcow ani Nawalny nie mieli za sobą szerokiego, zorganizowanego ruchu. Na Węgrzech sytuacja wygląda inaczej. Sama partia Tisza jest wciąż stosunkowo mała, ale szerszy ruch — tak zwane „wyspy Tisza” — stworzył ogólnokrajową sieć.
Mówimy o około 100–150 tysiącach uczestników i 30–50 tysiącach aktywnych organizatorów. Ta mobilizacja zmieniła obraz wyborów, chociaż ordynacja i manipulowanie okręgami od lat wspierały Fidesz.
Co stanie się z Orbánem i jego ludźmi?
Znaczna część majątku Orbána jest już ulokowana za granicą, w miejscach, z których bardzo trudno byłoby go odzyskać. Mimo to ryzyko nie dotyczy tylko jego samego. Obejmuje jego rodzinę — córkę, zięcia, innych krewnych — oraz najbliższe otoczenie.
Widać to po zachowaniu rodziny. Córka Orbána Ráhel i jej mąż István Tiborcz — który jeszcze dekadę temu nie miał nic, a dziś jest około 30. najbogatszym człowiekiem na Węgrzech — w 2022 roku, w trakcie kampanii wyborczej, wyjechali do Hiszpanii pod pretekstem edukacji dzieci w tamtejszych szkołach. Wrócili, gdy Orbán wygrał. Teraz znowu są za granicą, tym razem w Stanach Zjednoczonych, rzekomo dlatego, że Ráhel studiuje na tamtejszym uniwersytecie. Kiedy system zaczyna się chwiać, takie rzeczy nie umykają uwadze.
Nie nazwałbym ich nawet oligarchami, bo to sugeruje pewien stopień niezależności. W rzeczywistości są całkowicie od niego zależni. To istota państwa mafijnego: scentralizowany system kontroli działający jak organizacja przestępcza.
To coś więcej niż kleptokracja?
Nie chodzi tylko o wyprowadzanie środków publicznych. Chodzi o przejmowanie majątku — firm, kapitału — przy użyciu instrumentów państwa. Nie poprzez jawną przemoc, ale poprzez przymus prawny i administracyjny.
Skala jest ogromna. Weźmy Lőrinca Mészárosa — figuranta Orbána. Był wiejskim hydraulikiem, kolegą Orbána z dzieciństwa. Dziś jest najbogatszym człowiekiem na Węgrzech, w okolicach 800. miejsca na świecie. Jego majątek to około 2 procent węgierskiego PKB. To większy udział niż majątek Elona Muska w relacji do PKB Stanów Zjednoczonych.
Czym właściwie jest Tisza? Formalnie ta partia posiada zaledwie dwunastu członków. W polskim kontekście słyszałem porównania do „Solidarności” — niewielka struktura formalna, ale szeroki ruch społeczny stojący za nią.
To kuszące porównanie, ale też mylące. Zachodni obserwatorzy próbują klasyfikować takie ruchy przez pryzmat etykiet ideologicznych. Jeśli patrzeć tylko na retorykę, Tisza może wyglądać jak umiarkowana partia centroprawicowa.
Ale to powierzchowne. Tak, Magyar używa symboliki narodowej — świadomie odzyskuje ją od reżimu Orbána — ale zaplecze społeczne tego ruchu jest znacznie szersze.
Było badanie, w którym zapytano sympatyków Tiszy o ich identyfikację ideologiczną. Około 43 procent określiło się jako liberałowie, 22 procent jako lewica, 12 procent jako konserwatyści, około 10 procent jako zieloni, a reszta była niezdecydowana. To więc nie jest klasyczna partia, ale raczej ruch o charakterze narodowego frontu społecznego.
I ważne jest rozróżnienie między „narodowym” a „nacjonalistycznym”. Magyar używa języka narodowego, bo bez tego nie da się wygrać. Ale to nie czyni jego projektu automatycznie nacjonalistycznym. I choć czasem używa tych samych haseł co Orbán — „Bóg, naród, rodzina” — pełnią one zupełnie inną funkcję.
To prowadzi do kluczowej różnicy między Węgrami a Polską. Celem Kaczyńskiego było zarówno zmonopolizowanie władzy, jak i realizacja spójnego programu ideologicznego.
System Orbána jest inny. Nie opiera się na spójności ideologicznej, tylko na spójności funkcjonalnej.
Czyli?
To znaczy, że ideologia jest narzędziem. Używa z niej tego, co działa w danym momencie, nawet jeśli to element przeczący innemu.
Weźmy religię. Kiedy Orbán przedstawia się jako chrześcijański przywódca, chodzi o zajęcie wyższej pozycji moralnej wobec przeciwników politycznych. Jednocześnie utrzymuje bliskie relacje z Ilhamem Alijewem w Azerbejdżanie i popiera jego działania — nawet gdy obejmują wypędzenie dziesiątek tysięcy ormiańskich chrześcijan.
Zawetował nawet unijne oświadczenia potępiające te działania. Nie ma tu więc spójności wartości — jest tylko funkcjonalne użycie.
To samo dotyczy pojęcia narodu. Dla Orbána „naród” nie oznacza całego społeczeństwa węgierskiego. Oznacza jego własną sieć patronalno-klientelistyczną. Ci spoza niej są przedstawiani jako obcy — agenci Brukseli, nieprawdziwi Węgrzy.
Ale nawet określenie „etnonacjonalista” jest mylące. Gdy władze słowackie wprowadzają rozwiązania szkodliwe dla Węgrów na Słowacji, Orbán nie reaguje, jeśli koliduje to z jego interesami politycznymi. Wspierał w wyborach prezydenckich w Rumunii Simeona — który był jawnie antywęgierski — bo potrzebował jego wsparcia na poziomie UE.
Widzieliśmy podobne mechanizmy w Polsce — strategiczne sojusze ponad deklaracjami. Granicą jest otwarta współpraca z Putinem.
W przypadku Orbána powiązanie z Rosją jest głębokie i ma konkretną genezę. Według dwóch niezależnych świadectw, w latach dziewięćdziesiątych na Węgrzech przebywał Siemion Mogilewski — szef mafii powiązany z rosyjskim FSB. Przekazał Fideszowi znaczne środki finansowe. Putin skonfrontował Orbána z tym kompromatem podczas jego wizyty na Kongresie Jednej Rosji w Petersburgu w 2009 roku. Od tamtej chwili Orbán niemal z dnia na dzień zmienił się z polityka antyrosyjskiego w prorosyjskiego i ogłosił „otwarcie na wschód”. Od tego czasu jest zamieszany w interesy naftowe i gazowe Putina, z których czerpie osobiste zyski. Do mafii — jak mówi Magyar — nie ma swobodnego wejścia i wyjścia. Orbán jest wewnątrz i nie może opuścić tej struktury.
Wymowne są też ujawnione nagrania: rozmów Orbána z Putinem oraz ministra spraw zagranicznych Pétera Szijjártó z Ławrowem. Obaj raportowali Moskwie poufne informacje z posiedzeń Rady UE i prawdopodobnie także NATO.
Węgry funkcjonowały więc jak rosyjski zasób wewnątrz UE i NATO. Dlatego nie należy traktować narracji ideologicznych poważnie. To samo dotyczy antysemityzmu czy nacjonalizmu – są wykorzystywane selektywnie, kiedy jest to politycznie użyteczne. Nie tworzą spójnego światopoglądu.
Problem polega na tym, że zarówno admiratorzy Orbána, jak i wielu jego zachodnich krytyków skupiają się na jego ideologicznych panelach — Bóg, Naród, Rodzina — nie rozumiejąc, że to tylko opakowanie. Nikt w kampaniach przeciwko orbánizmowi nie mówił jasno: czy chcesz ryzykować utratą swojej firmy za nielojalność wobec rządu? Czy chcesz żyć bez wolnych mediów? Czy chcesz, żeby organizacje obywatelskie były nękane?
Krytycy Orbána przez lata popełniali symetryczny błąd: przyklejali mu etykietki „etnonacjonalisty”, „antysemity”, „antyromskiego” — co jest po prostu nieprawdą lub co najmniej nadużyciem. To myliło zachodnią publiczność, bo „antydemokratyczny” polityk kojarzy się z banalnym autorytaryzmem, a nie z precyzyjnie skonstruowaną maszyną kryminalną na poziomie państwa.
Od lat toczę spory z organizacjami monitorującymi wybory, takimi jak OBWE, które określają węgierskie wybory jako „wolne, ale nieuczciwe”. Kwestionuję samo pojęcie „wolne”. W wyborach w 2022 roku lider zjednoczonej opozycji dostał jednorazowo pięć minut w mediach publicznych — tylko raz, tylko pięć minut — a mimo to opisuje się to językiem „nierównowagi medialnej”. Równie dobrze można powiedzieć komuś, komu odcięto nogę, że może brać udział w wyścigu — bo wprawdzie jest bez nogi, ale nadal „wolny”.
Taki język jest totalnie mylący i pozbawiony sensu.
Czy Magyar jest innego rodzaju populistą?
Nie nazwałbym go populistą. W ogóle uważam, że pojęcie populizmu jest często źle rozumiane. W moim ujęciu populizm to instrument ideologiczny dla tego, co nazywam moralnie nieskrępowanym egoizmem zbiorowym. Pozwala mobilizować poparcie poprzez zwalnianie ludzi z obowiązków solidarności wobec innych.
„America First”, „Hungary First” — to slogany, które mówią: nie jesteśmy nikomu nic winni. Rozbijają ideę wspólnej odpowiedzialności. Orbán bardzo skutecznie to wykorzystywał, zwłaszcza w kwestii migracji.
On nie próbuje rozwiązywać problemów — on ich używa.
Migracja na przykład stała się głównym tematem politycznym, chociaż Węgry nigdy nie były głównym celem migracji. Większość ludzi chciała dostać się do Austrii albo Niemiec.
Jednocześnie rząd wypuścił z więzień tysiące skazanych przemytników ludzi — wiedząc, że prawdopodobnie wrócą do tego procederu.
Dlaczego?
Bo istnienie problemu jest politycznie użyteczne.
Podobnie manipulowano przepływami migrantów w zależności od potrzeb wyborczych w krajach sąsiednich — kierując ich do Austrii albo na Słowację, w zależności od tego, komu Orbán chciał pomóc. Na Słowację nikt nie chciał jechać — ale Orbán skierował tam migrantów, żeby pomóc w kampanii wyborczej Robertowi Ficy.
Schemat jest więc stały: generować strach, wskazać cel i mobilizować politycznie.
Migranci, społeczność LGBTQ+, Soros, Unia Europejska…
…potem Ukraina. Jak na to reagują Węgrzy? Z badań wynika, że znaczna część społeczeństwa uważa, iż większym zagrożeniem dla kraju jest Ukraina niż Rosja — a wśród wyborców Fideszu jest to jeszcze wyraźniejsze.
To działa według tej samej logiki. Narracja mówi, że Węgry są zagrożone — ekonomicznie i militarnie — przez Ukrainę i przez politykę UE wobec niej.
Ludziom mówi się, że ich pieniądze są zabierane i przekazywane Ukraińcom, że węgierscy mężczyźni mogą zostać wysłani na front. Nie ma to oparcia w rzeczywistości, ale jest politycznie skuteczne. Ukraińcy w ogóle nie potrzebują węgierskich żołnierzy — w nowym typie działań wojennych byliby oni całkowicie bezużyteczni. Ale to nie jest kwestia logiki, tylko mechanizmu generowania strachu.
Dlatego Péter Magyar unika tego tematu — i ma rację. To wynika z mechanizmu populizmu, o którym mówiłem wcześniej.
Jednocześnie Orbán starannie formułuje swoją retorykę jako sprzeciw wobec „Brukseli”, a nie wobec samej UE — bo społeczeństwo węgierskie pozostaje silnie proeuropejskie. Dzięki temu jego wyborcy mogą utrzymywać psychologiczne rozdzielenie: popierają członkostwo w UE, ale sprzeciwiają się „Brukseli”.
A jak zmieni się węgierska polityka zagraniczna?
Ideologicznie Magyar jest chyba bliżej Nawrockiego niż Tuska. Ale jego polityka będzie zdecydowanie bardziej przypominać to, co robi polski rząd, a nie prezydent. Kluczowym spoiwem będzie stosunek do Rosji — Magyar jest głęboko antyrosyjski i to będzie naturalny fundament współpracy z Polską. Dlatego też na pierwszą wizytę zagraniczną wybrał Warszawę.
Jeśli chodzi o ramy regionalne, to można spodziewać się, że postawi nie na Grupę Wyszehradzką, ale na Inicjatywę Trójmorza — budując sojusz od Finlandii i krajów bałtyckich aż po Bułgarię, skierowany bezpośrednio przeciwko Rosji.
W relacjach z samą Rosją będzie pragmatyczny. Zacznie dywersyfikować dostawy ropy i gazu, stopniowo uniezależniać się od rosyjskiej energii — w takim tempie, w jakim będzie to możliwe.
A co z relacjami z UE?
Tu sytuacja jest konkretna. Węgry płacą teraz około miliona euro dziennie kary za niewywiązywanie się z unijnych zasad migracyjnych. Magyar może to przyjąć jako akceptowalny koszt — bo to, co Węgry stracą na karze, jest nieporównywalne z tym, co odzyskają, odblokowując fundusze unijne. Nieuchronne jest też ograniczenie węgierskiego prawa weta. Znacie to z własnej historii — polskie liberum veto przez półtora wieku paraliżowało Rzeczpospolitą i przyczyniło się do jej rozbiorów.
Z kolei Trump po utracie władzy przez Orbána szybko się od niego zdystansuje. Nie chce być kojarzony z przegrywem.
W swojej książce „Węgry. Anatomia państwa mafijnego” opisuje pan Węgry jako postkomunistyczne państwo mafijne działające tak od lat. Przez 16 lat ten system wydawał się stabilny i skuteczny. Żaden inny konkurent Orbána nie był blisko odebrania mu władzy. Co się zmieniło?
System opierał się na trzech głównych filarach.
Pierwszy to gospodarka. Mniej więcej w latach 2012–2019 Węgry korzystały z dobrej koniunktury i bardzo wysokiego poziomu funduszy unijnych — najwyższych w przeliczeniu na mieszkańca.
Jednocześnie kapitał był wycofywany z kluczowych sektorów publicznych — ochrony zdrowia, edukacji, polityki społecznej, infrastruktury. To tworzyło dużą pulę środków uznaniowych, które można było redystrybuować politycznie.
Część trafiała przez zamówienia publiczne — do sieci klientelistycznej. Część była przekazywana bezpośrednio obywatelom, jak choćby poprzez przywrócenie trzynastej emerytury. To budowało poparcie wyborcze.
Drugi filar to sama sieć patronacko-klientelistyczna. W państwie mafijnym systemowo zastępuje się dystrybucję opartą na regułach dystrybucją uznaniową. To tworzy zależność.
Kiedy ludzie są zależni od decyzji uznaniowych, można nimi sterować — i karać ich za nielojalność. Aparat państwa staje się narzędziem nie tylko rządzenia, ale i przymusu.
To coś, co w Polsce nigdy nie rozwinęło się w takim stopniu. Orbán wykorzystał władzę do demontażu autonomii instytucji. Scentralizował edukację, przejął kontrolę nad mediami, osłabił samorządy i przekształcił gospodarkę w system klientelistyczny.
Jak to wygląda w praktyce?
Na poziomie lokalnym, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, władza często jest skoncentrowana w rękach kilku osób: burmistrza, księdza, przedsiębiorcy powiązanego z zamówieniami publicznymi, czasem także nieformalnych lichwiarzy. Razem mogą oni faktycznie kontrolować społeczność. Mobilność jest ograniczona, więc ludzie nie mogą łatwo wyjść z tych struktur.
Weźmy edukację. Przed 2010 rokiem większość szkół podlegała samorządom. Potem system został znacjonalizowany. Minister uzyskał prawo mianowania dyrektorów — pięciu tysięcy dyrektorów szkół w całych Węgrzech.
Jednocześnie scentralizowano kontrolę zatrudnienia. Jeśli nauczyciel został zwolniony z powodów politycznych, praktycznie nie miał możliwości znalezienia pracy gdzie indziej w kraju.
To nie są widoczne formy represji. Dlatego wielu zachodnich obserwatorów nie rozpoznaje ich. Oczekują czegoś na wzór klasycznej dyktatury — scentralizowanej, jednorodnej przemocy, jak KGB wlokące do gułagu. Tymczasem na Węgrzech działa to poprzez szeroki wachlarz mechanizmów zależności, często nieformalnych i trudnych do uchwycenia.
Obserwuję to zjawisko od ponad dwudziestu lat. Już w 2001 roku, podczas pierwszego rządu Fideszu, opublikowałem artykuł pod tytułem „Węgierska ośmiornica. Zorganizowany górny świat” — w którym ukułem kategorię „zorganizowanego górnego świata” jako odpowiednik zorganizowanej przestępczości. System był wtedy w formie embrionalnej, bo Fidesz nie miał jeszcze większości konstytucyjnej. Narodziny reżimu autokratycznego nastąpiły w 2010 roku, kiedy Fidesz zdobył tę większość.
A trzeci filar?
Słabość opozycji.
Można wyróżnić cztery typy partii opozycyjnych. Jedne były zmarginalizowane. Inne udomowione — kooptowane albo uwikłane w układy korupcyjne. Kolejne zostały finansowo wyeliminowane. Były też partie fasadowe, tworzone po to, by rozbijać scenę polityczną.
W efekcie żadna z nich nie stanowiła realnej alternatywy. Stały się częścią szerszego ekosystemu reżimu. To dawało stabilność.
Co więc to przełamało?
Suma kilku czynników. Od 2020 roku pogorszyła się sytuacja gospodarcza z powodu pandemii, a potem słabego odbicia, w ostatnich latach wzrost był praktycznie zerowy. Jednocześnie osłabł napływ funduszy unijnych. Systemy publiczne — ochrona zdrowia, edukacja, polityka społeczna — wyraźnie się pogorszyły.
Gdy pyta się ludzi o największe problemy kraju, wskazują właśnie te obszary. Ale gdy pyta się, dlaczego tak się stało, odpowiedź jest jasna: korupcja. Ona staje się kluczowa, gdy ludzie łączą ją z własnym doświadczeniem — na przykład gdy niewydolność systemu zdrowia prowadzi do śmierci bliskich. Są też badania pokazujące, że większość Węgrów uważa, iż korupcja jest zorganizowana centralnie, a nie wynika z pojedynczych nadużyć.
Ostatecznym impulsem był skandal z ułaskawieniem osoby skazanej za pedofilię w 2024 roku. Wywołało to szok moralny.
Obnażyło hipokryzję władzy, która stale przedstawia się jako moralnie konserwatywna.
Następnie odbyła się duża demonstracja — zorganizowana nie przez partie, ale przez influencerów — na placu Bohaterów. Wzięło w niej udział kilkadziesiąt do stu tysięcy osób. Pokazało to wyraźnie, że istnieje popyt na zmianę władzy.
Ale nadal nie było podaży politycznej. Zdolność mobilizacyjna dotychczasowej opozycji się załamała. Była ona w stanie zgromadzić najwyżej kilka tysięcy osób.
Powstała więc próżnia.
I w tę próżnię wszedł Péter Magyar.
On reprezentuje realną zmianę, bo zakłada odejście od polityki permanentnego konfliktu z Brukselą i przejście do relacji partnerskich, co może umożliwić ponowne uruchomienie funduszy. A te są bardzo potrzebne.
Tisza ma ogromny mandat do reform. Ale państwo mafijne jest głęboko zakorzenione. Istnieje gęsta sieć powiązań personalnych, ekonomicznych i instytucjonalnych. Jak głęboko ten system jest osadzony w sądownictwie, mediach, biznesie, samorządach? Bo jak widać na przykładzie Polski, sama zmiana władzy nie zmienia automatycznie systemu.
Na Węgrzech jest inaczej. Sam reżim działa jako struktura przestępcza. To ma konsekwencje. Od lat argumentuję, że nie należy tego ujmować jako standardowego konfliktu rząd–opozycja, tylko jako problem na poziomie reżimu. Celem nie jest tylko zmiana rządu, ale zmiana reżimu.
To rozróżnienie ma znaczenie, bo wpływa na strategię — a nawet na język. Stara opozycja unikała tego ujęcia. Nie używała pojęć takich jak „państwo mafijne”, „państwo przestępcze” czy „zmiana reżimu”.
Magyar to zmienił?
Konsekwentnie używa określeń takich jak „rząd mafijny”, „klan Orbána”, „państwo przestępcze”. I ten język został przejęty przez szerszy ruch. Słychać go dziś na demonstracjach: „mafia Fideszu”, „mafia Orbána”. To istotna zmiana. Tworzy wspólne rozumienie tego, czym jest system — i co należy zmienić.
Warto tu zaznaczyć coś, co dotyczy też Polski: Kaczyński — nawet jeśli jego poglądów nie podzielamy — jest purytaninem. Nie jest osobiście przestępcą. Dlatego zachowuje moralne podstawy do oporu i może potencjalnie wrócić do władzy.
Na Węgrzech, kiedy urząd skarbowy i inne organy kontrolne wejdą z kamerami do zamków, hoteli i posiadłości klanu Orbána i pokażą to publicznie — tak jak stało się na Ukrainie z pałacem Janukowycza i jego słynną złotą toaletą — moralna pozycja systemu do jakiegokolwiek oporu całkowicie zniknie.
Nikt objęty postępowaniem karnym nie będzie mógł stawać przed społeczeństwem jako obrońca wartości. Amerykański przypadek pokazuje też ograniczenia narzędzi politycznych: impeachment nie był w stanie trwale wykluczyć Trumpa, a ścieżka prawna okazała się zbyt powolna, by mieć znaczenie polityczne.
Ale nawet jeśli ta diagnoza jest trafna, pozostaje problem praktyczny. System jest obsadzony ludźmi powołanymi przez Orbána. Jeśli chcesz ich rozliczyć, musisz iść do instytucji — sądów, prokuratury — które mogą stawiać opór.
Tylko częściowo. Najwyższe poziomy systemu mogą stawiać opór, to prawda. Ale szersza warstwa instytucjonalna nie składa się z przestępców. Większość sędziów nie jest osobiście uwikłana. To samo dotyczy wielu urzędników. Gdyby angażowali się w nielegalne działania w obronie reżimu, sami staliby się podatni na odpowiedzialność karną. Oczywiście są kluczowe postacie — jak długoletni prokurator generalny Péter Polt i jego żona, głęboko osadzeni w systemie i realnie zagrożeni odpowiedzialnością karną — które mogą stanowić przeszkodę. Ale to wyjątki, nie reguła.
Warto przy tym pamiętać, czym tak naprawdę jest zaplecze Orbána. To nie lojaliści — to najemnicy. Dopóki są opłacani, są posłuszni. Gdy pieniądze przestaną płynąć — odejdą. Prawdziwa baza Orbána, czyli słabiej wykształcona, starsza i biedniejsza wiejska ludność, nie jest siłą zdolną do zbudowania nowego ruchu politycznego. Do jej mobilizacji potrzebny jest aparat i pieniądze — a tych zabraknie.
Paradoksalnie, Tisza jest pod tym względem znacznie silniejsza, niż wynikałoby z jej formalnej struktury. Sto do stu pięćdziesięciu tysięcy osób skupionych w wyspach Tisza, które nie są formalnie członkami partii są bardziej zdyscyplinowane, niż byli dawni członkowie liberalnych partii, którzy mieli legitymacje, ale wykazywali się własnym zdaniem.
Dlatego uważam, że w przypadku załamania reżimu system nie utrzyma się w całości. Zacznie się rozpadać. Gdy tylko zmienia się percepcja — gdy aktorzy wewnątrz systemu uznają, że zmiana jest nieunikniona — lojalność szybko eroduje. To, co wygląda jak stabilna struktura, może rozpaść się zaskakująco szybko.
Istnieje też konkretna strategia rozmontowania systemu od środka. Niżsi urzędnicy, którzy pod przymusem lub na polecenie podpisywali decyzje umożliwiające korupcję, formalnie są współsprawcami. Ale prawdziwi przestępcy są wyżej — często niczego nie podpisali. Jeśli zaproponować tym niżej w hierarchii złagodzenie kary w zamian za zeznania i pytanie: kto cię do tego zmusił? — łańcuch odpowiedzialności zacznie rozwijać się od dołu ku górze. Opisuję to jako węgierski wariant ugody procesowej pod rządami mafii. Dotychczas działał w wersji odwróconej — nie mów, a dostaniesz mniejszą karę. Teraz czas na wersję właściwą — mów, a dostaniesz mniejszą karę.
Péter Magyar i jego partia Tisza zdobyli dwie trzecie miejsc w parlamencie, czyli większość konstytucyjną. To oznacza, że zmiana będzie łatwiejsza?
Gdyby jej nie mieli, to sytuacja byłaby bardzo trudna. Orbán uchwalił wiele ustaw, których zmiana wymaga właśnie takiej większości. Coraz większa część aparatu państwa dostosowuje się do perspektywy nowej władzy.
Jak zmienić ten reżim bez popadania w chaos?
Są trzy niezbędne filary. Pierwszy: rozbicie organizacji przestępczej. Drugi: zerwanie klientelistycznych zależności od Putina i Rosji. Trzeci: odbudowa państwa prawa i konstytucyjnych instytucji. I tylko w tej kolejności. Dopóki nie zostanie rozbita przestępcza struktura, nie da się trwale zerwać z Rosją. A dopóki oba te warunki nie zostaną spełnione, odbudowa instytucji będzie niemożliwa. Reszta — konkretna polityka gospodarcza czy społeczna jest według mnie drugorzędna wobec fundamentalnego pytania: czy Węgry w ogóle wrócą do normalnej demokracji.
Gdzie w takim razie widzi pan największe ryzyko związane z Magyarem i Tiszą?
Długofalowo – w gospodarce. To jest obszar, w którym nie ma jeszcze jasnej odpowiedzi. Magyar mówi o odbudowie relacji z Unią Europejską i to jest kluczowe, bo bez tego nie będzie funduszy europejskich.
Ale to nie rozwiązuje wszystkiego. Pytanie brzmi: jaki będzie model gospodarczy? System Orbána działał w oparciu o redystrybucję i o środki z Unii Europejskiej. Jeśli te środki wrócą, to oczywiście pomoże — ale nie wystarczy.
Nie ma jeszcze jasnej odpowiedzi na to, jak miałaby wyglądać polityka gospodarcza po zmianie władzy. I to jest realne ryzyko. Bo łatwo jest zbudować ruch sprzeciwu wobec systemu, ale znacznie trudniej jest zaproponować spójny model gospodarczy.
Drugim ryzykiem jest brak doświadczenia ogromnej części nowych parlamentarzystów i bardzo wąska struktura samego ruchu.
Czy upadek Orbána może mieć szersze konsekwencje? Kevin Roberts, szef Heritage Foundation, mówił, że Węgry Orbána to nie tylko jeden z modeli, ale wręcz wzorcowy model nowoczesnego rządzenia.
Ten system, w warunkach braku zasobów, nie jest ani trwały, ani powtarzalny. Kiedy Orbán straci władzę, na jaw zaczną wychodzić powiązania finansowe i polityczne między jego reżimem a skrajnie prawicowymi partiami w całej Europie. Europejskie służby wywiadowcze będą chciały je ujawnić — bo dla nich jest to dosłownie walka na śmierć i życie z Rosją. Nie można pozwolić na rosyjskich agentów wewnątrz UE. A spora część tych rzekomo patriotycznych, suwerenistycznych partii to właśnie rosyjskie aktywa.
Gdy opinia publiczna w zachodnich krajach zobaczy, jak głęboko sięgały powiązania Orbána z Putinem i Ławrowem, będzie żądać podobnych śledztw wobec własnych partii skrajnej prawicy.
Kluczowe będzie również to, jak TISZA poradzi sobie ze zmianą reżimu oraz kwestiami gospodarczymi. Jeśli Magyarowi się uda, to może uruchomić falę podobną do tej, którą wywołało pierwsze zwycięstwo Trumpa, tyle że w odwrotnym kierunku.